Fotograf w podróży

PERU – W KRAINIE DZIECI SŁOŃCA

Leciałam do Peru pierwszy raz. Od dawna chciałam tam dotrzeć, ale kiedy lądowałam na lotnisku w Limie, nie sądziłam, że tu zacznie się jedna z moich najpiękniejszych podróży. Ten kraj poruszył moją wyobraźnię jak żaden z dotychczas odwiedzanych. Urzekła mnie niezwykła różnorodność krajobrazu, jakim Matka Natura obdarowała ten region – pustynne wybrzeże Pacyfiku ciągnące się na długości 2500 kilometrów, wyniosły łańcuch Andów poprzecinany rwącymi rzekami, bezkresne płaskowyże, barwne poletka pól uprawnych… I potomkowie rdzennych mieszkańców dawnego imperium, Inkowie – Dzieci Słońca – ludzie serdeczni, uśmiechnięci, gościnni. W surowych górskich warunkach stworzyli świat pełen barw, dźwięków i smaków. Eldorado dla fotografików.

W ptasim raju
Z Limy jadę autostradą Panamericana wzdłuż wybrzeża na południe kraju. Błękit nieba coraz śmielej przebija się przez mgłę, aż w końcu z nią wygrywa. Podziwiam piaszczyste plaże, na które nacierają wody oceanu niesłusznie nazwanego Spokojnym. Nad wysokim klifowym wybrzeżem krążą stada morskich ptaków. Czuję się jak w ptasim raju. Żyje ich tu ponad 160 gatunków. Nic dziwnego, znajdują tu doskonałe warunki do życia – przybrzeżne wody obfitują w ryby i substancje odżywcze, które przynosi zimny Prąd Humboldta, a wyżłobione przez morskie fale groty i skalne przesmyki dają schronienie.

Dziewczynka z ludu Collagua w tradycyjnym, bogato zdobionym haftami stroju. Peruwiańskie dzieci są niezwykle barwnym obiektem do fotografowania i chętnie pozują do zdjęć, czasami za drobną opłatą.

Dziewczynka z ludu Collagua w tradycyjnym, bogato zdobionym haftami stroju. Peruwiańskie dzieci są niezwykle barwnym obiektem do fotografowania i chętnie pozują do zdjęć, czasami za drobną opłatą.

W miejscowości Pisco wchodzę na łódź i w towarzystwie miejscowego przewoźnika opływam Wyspy Ballestas. Pelikany, pingwiny Humboldta, mewy i wygrzewające się na gorących skałach masywne cielska lwów morskich chętnie pozują mi do zdjęć. Kadruję je z daleka, bo na ląd schodzić nie wolno – tereny chronione. Potem kieruję obiektyw w niebo, bo nad moją głową krążą klucze kormoranów.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Kosmiczne geoglify
Są gigantycznych rozmiarów, niektóre osiągają długość 300 metrów. Wyryte na kamienistej pustyni ponad 2400 lat temu przez lud Nazca przetrwały do dziś w stanie niemal nienaruszonym – to zasługa suchego klimatu. Przeróżne figury geometryczne, rysunki zwierząt, ptaków, ludzi, niezliczone linie rozmieszczono na ogromnym obszarze około 500 kilometrów kwadratowych. Żeby ogarnąć wzrokiem te kosmiczne dzieła cywilizacji preinkaskiej, trzeba zafundować sobie lot małym samolotem.
Czekam trzy godziny, by wreszcie wejść na pokład 6-osobowego dwuskrzydłowca linii Aero Condor. Zajmuję miejsce oczywiście przy okienku i przygotowuję aparat. Startujemy, samolot wzbija się nad rozległy płaskowyż. Już po chwili pojawiają się w dole geoglify Nazca. Samolot buja niemiłosiernie, przechyla się mocno raz w lewo, raz w prawo. Pilot krzyczy: „Koliber, małpa, wieloryb, drzewo…!”, a ja nie wiem, czy trzymać aparat, czy szukać torebki foliowej. Ustawiam sprzęt na serię i strzelam na chybił trafił, może coś wyjdzie. Po 45-minutowym locie jestem wykończona, kręci mi się w głowie i na miękkich nogach wytaczam się z awionetki. Siadam i przeglądam zdjęcia z nadzieją, że udało mi się utrwalić choć jedną figurę. Mam! Zadowolona wyciągam się na kamiennym podłożu i zastanawiam, czy ten peruwiański płaskowyż nie jest rzeczywiście największą astronomiczną księgą świata? A może lądowiskiem kosmitów?

Pod skrzydłami kondora
Autobusem telepię się do serca tropikalnych Andów. Na horyzoncie wyrastają 6-tysięczniki pasma Cordillery Occidental pokryte czapami wiecznego śniegu. Oczu nie mogę oderwać od pięknych krajobrazów – przełęcze, doliny, tarasy wycięte w górskich zboczach, turkusowe jeziora odbijające górskie szczyty… I wulkan Ampato, na którego szczycie, na wysokości 6310 m n.p.m. zostało odkryte zamarznięte, zmumifikowane ciało Juanity – Lodowej Dziewczyny złożonej w ofierze przez inkaskich kapłanów. To jedna z najlepiej zachowanych mumii świata. Oglądam ją potem w muzeum w Arequipie. Leży w szklanej gablocie w temperaturze minus 20 stopni Celsjusza.

Słynne ruiny Machu Picchu z tarasami, schodami, ścieżkami  budzą zachwyt turystów z całego świata. Ja również nie mogłam oderwać od nich oczu. W tle góruje Huayna Picchu.

Słynne ruiny Machu Picchu z tarasami, schodami, ścieżkami budzą zachwyt turystów z całego świata. Ja również nie mogłam oderwać od nich oczu. W tle góruje Huayna Picchu.

Rozrzedzone wysokogórskie powietrze powoduje, że zaczynam odczuwać dolegliwości choroby wysokościowej: ciężki oddech, ból głowy, pulsowanie w skroniach, nudności. Miejscowi częstują mnie liśćmi koki, mówiąc, że to dla mnie jedyny ratunek. Za ich radą wpycham pod policzek garść liści. Indianie żują je od wieków. Czuję ich gorycz, język mi drętwieje… Aby nieco złagodzić dość nieprzyjemny smak, wypluwam liście i zastępuję je cukierkiem, popijam mate de coca, czyli herbatką z liści koki. Po kilku godzinach złe samopoczucie mija. Autobus pokonuje wąską wyboistą drogę wydrążoną w skale, tuż nad doliną rzeki Colca. To tu wcina się w Andy na długości prawie 100 km najsłynniejszy i najgłębszy na świecie Kanion Colca. Jego ściany wznoszą się na wysokość 3400 m nad poziomem rzeki. W dole wije się rwąca rzeka Rio Colca. Docieram do Krzyża Kondora – najwyżej położonego punktu widokowego. Podchodzę do krawędzi i spoglądam w dół. Widok przyprawia mnie o zawrót głowy…
Siadam więc pod krzyżem i czekam na andyjskie kondory. Po drodze widziałam, jak krążą nad doliną, może i tu jakiś nadleci. Jest! Zatoczył wielkie koło, potem drugie, trzecie i – ku mojej radości – postanowił przyjrzeć mi się z bliska. Przeleciał tuż nade mną. Był potężny i piękny z rozpiętymi na ponad 3 metry skrzydłami! Pomyślałam sobie, że warto było przyjechać do Peru chociażby po to, by przez chwilę znaleźć się pod skrzydłami największego ptaka na świecie…

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Między wodą a niebem
Najwyżej położone żeglowne jezioro świata Titicaca (3820 m n.p.m.) to legendarne miejsce narodzin pierwszego Inki. Niegdyś myślano, że jest bez dna – jego głębokość sięga 460 m. Po tafli jest rozrzuconych kilka wysp naturalnych i ponad 40 sztucznych pływających – każda ma nie więcej niż 20 metrów długości. Zbudowali je Indianie Uros z trzciny totora, którą porastają brzegi jeziora. Kiedy najniższa warstwa gnije, układają od góry nową. To cud ludzkiej wyobraźni i pomysłowości. Tu zresztą nie tylko wyspy są z trzciny – także domy, szałasy, łodzie czy piękne rękodzieła. Bo nadal żyją na nich ludzie, około 300 osób, kultywując indiańskie tradycje „między wodą a niebem” – jak sami określają swój styl życia. W świetle zachodzącego słońca podpływam trzcinową łodzią na jedną z wysp Uros. Totora odbija się złotem w turkusowych wodach Titicaca. Z daleka już widzę w barwnych tradycyjnych strojach mieszkańców wysepki, którzy czekają na brzegu, by nas powitać. Machają, uśmiechają się, a potem serdecznie zapraszają do swoich domostw. Przed każdym na macie leżą bajecznie kolorowe wyroby z wełny: czapki, szale, kilimy, dywany… Zachęcają do kupowania – dla nich to jedno z głównych źródeł dochodów. Biorę „tuskówkę” dla swojej przyjaciółki i szal dla mamy. Potem spaceruję pomiędzy szałasami i robię zdjęcia. Wszyscy chętnie pozują i – o dziwo – nie wyciągają ręki po pieniądze. Na koniec częstują nas pieczonymi kartoflami. Chyba wiedzą, że Polacy lubią ziemniaki. Na dowód, że odwiedza ich sporo naszych rodaków, śpiewają „Sto lat, sto lat…” i „Szła dzieweczka do laseczka”. Mnie jednak najbardziej w pamięci pozostanie indiańska piosenka o niepowtarzalnym brzmieniu przywołująca na myśl szum wiatru kołyszącego bujnymi trzcinami totora.

Mieszkańcy Wysp Uros to bardzo pogodni ludzie i każdego turystę częstują nie tylko pieczonymi ziemniakami, lecz także uśmiechem. A z wełny potrafią wyczarować wszystko. Mnie w takim nakryciu głowy pewnie nie byłoby do twarzy, ale ona wygląda, jakby się w nim urodziła.

Mieszkańcy Wysp Uros to bardzo pogodni ludzie i każdego turystę częstują nie tylko pieczonymi ziemniakami, lecz także uśmiechem. A z wełny potrafią wyczarować wszystko. Mnie w takim nakryciu głowy pewnie nie byłoby do twarzy, ale ona wygląda, jakby się w nim urodziła.

W rytmie huayano
Na nocleg zatrzymuję się w miasteczku Puno, stolicy peruwiańskiego folkloru. Wiedząc, że goszczę w kraju niezwykle muzykalnym i roztańczonym, spodziewam się, że będzie wesoło. I jest, nawet bardzo! Trafiam na paradę tancerzy i grajków różnej maści, wszyscy w oszałamiająco kolorowych kostiumach i maskach z pióropuszami. Bawią się przy dźwiękach uwodzicielskiej marinery – tańca narodowego Peru, kołyszą w rytmie huayano i afroamerykańskim. Grają na sicu, piszczałkach, charango, małych mandolinach wykonanych ze skorupy żółwia, pancernika lub drewna, słychać też harfy, akordeony, skrzypce, bębny, no i oczywiście flety i fletnie Pana. Patrzę i słucham urzeczona. Od czasu do czasu wchodzę do jakiejś knajpki i popijam pisco sour, czyli słynne peruwiańskie brandy z dodatkiem soku z limonki, cukru i ubitego białka z jajka. Doskonałe!
Kiedy już myślę, że zabawa się wkrótce skończy, ona tak naprawdę dopiero się zaczyna. Kulminacyjnym punktem wieczoru okazuje się bowiem diablada, czyli taniec diabłów. Za szatanem podążają anioły, szkielety, błazny… Wszyscy w jaskrawo zdobionych maskach symbolizujących zwycięstwo dobra nad złem. W pewnej chwili roztańczony korowód porywa mnie do wspólnej zabawy, a ja w dżinsach i w polarku wpadam w ten barwny krąg. I tak wiruję aż do świtu. Już dawno się tak dobrze nie bawiłam.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Miasto ożywa
Być w Peru i nie zobaczyć Machu Picchu, to jak być w Rzymie i nie zwiedzić Watykanu. Najpierw funduję sobie za 35 dolarów przejażdżkę luksusowym pociągiem z Cuzco do Aguas Calientes, miasteczka leżącego u stóp Dużej Góry. Wygodnie, czyste toalety, w każdym wagonie kawka, ciasteczka (w cenie biletu) i… wspaniałe widoki.
Tu na każdym kroku jest ogrom roboty dla fotografa. Potem przesiadam się do mikrobusa i krętą drogą nad mrożącą krew w żyłach przepaścią wjeżdżam do opuszczonego miasta Inków. Imponujące, tajemnicze i mistyczne! Przetrwało wieki w doskonałym stanie. Spaceruję ścieżkami pomiędzy domami, świątyniami, fontannami, okrążam place, zaglądam do chatki strażnika. Podziwiam niezwykły kunszt wznoszenia na wysokości ponad 2000 m n.p.m. potężnych kamiennych budowli. Potem wspinam się drogą wiodącą na górujący nad miastem szczyt. Wreszcie znajduję miejsce, gdzie w samotności mogę chwilę posiedzieć i pomilczeć. Patrzę na Machu Picchu i oczami wyobraźni przenoszę się w czasy jego świetności: widzę zadaszone budowle, z fontann tryska woda, zamiast turystów ścieżkami podążają do swych domostw Inkowie w swych tradycyjnych strojach, a na tarasach pasą się stada lam. Pod moimi powiekami miasto ożywa. Jest piękne. Obiecuję sobie, że muszę tu powrócić.

Tekst i zdjęcia: Grażyna Czuduk

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com o fotografowaniu i podróżach
bezpłatnie do pobrania:
https://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać

  • marcin
    23 stycznia 2012 o 17:39

    oj marzy mi się wycieczka do Peru, taka na minimum miesiąc 🙂 obowiązkowo z aparatem !