Fotograf w podróży

WYPRAWY: PAMIR – na Dachu Świata

Droga wspina się ostrymi zawijasami w kierunku przełęczy, a mi coraz trudniej złapać oddech. Idę w stronę granicy pieszo. Plecak ciąży mi coraz bardziej, oprócz sprzętu mam ze sobą czterodniowy zapas jedzenia.

Przyjeżdżając tu miałem nadzieję, że górska droga prowadząca do Tadżykistanu, słynna Pamir Highway, będzie ruchliwą szosą, pełną ciężarówek i mikrobusów. Tymczasem spędziłem na poboczu już 3 godziny i minął mnie jeden samochód, całkowicie pełny. Wokół żywej duszy, a do posterunku granicznego po stronie kirgiskiej jeszcze kawał drogi. Zaczynam się niepokoić. Dziś ostatni dzień ważności mojej wizy, muszę wydostać się z kraju! Dopiero około południa zjawia się samochód, którego kierowca, za sporą sumę, podrzuca mnie do budki żołnierzy. Formalnie opuszczam tam Kirgistan, jednak od posterunku Tadżyków dzieli mnie jeszcze 25 kilometrów. Nie ma rady. Muszę iść pieszo, tego dnia na drodze nie pojawi się już nic. Maszeruję aż do zapadnięcia ciemności, spędzam noc przy drodze i dopiero nazajutrz, wśród padającego śniegu, docieram na przełęcz Kyzyl Art, 4280 m. Mijają mnie pierwsze samochody wiozące turystów, kierowca każdego z nich zostawia u pograniczników łapówkę. Trzy kartony papierosów to opłata za bezproblemowy wjazd do kraju. Pojawienie się pieszego jest lekką sensacją, ode mnie łapówki nikt nie żąda.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Znalazłem się w Pamirze, w miejscu przed stu laty nazywanym „Dachem Świata”, jałowym i w większości pustym płaskowyżu leżącym na wysokości 4 kilometrów, otoczonym górami, których najwyższe wierzchołki wyrastają na 7 i pół kilometra wzwyż.
Zagłębiając się w niego staję co chwilę zauroczony. Wokół piękny krajobraz, taki, jak najbardziej lubię w górach: szczyty nagie, ale pełne barw. Roślinności prawie nie ma i cała geologia leży tu na wierzchu. Każda ściana skalna to mozaika kolorów. Droga prowadzi między kolejne szczyty, daleko po horyzont.
Pośrodku takiej górskiej pustyni udaje mi się złapać dżipa z grupą Brytyjczyków. Zgadzają się mnie wziąć. Tego popołudnia ląduję nad jeziorem Karakol. Wzdłuż brzegu ciągnie się osada ponad stu domów z gliny i kamieni. Niektóre z nich mają bielone ściany, inne kolorem zlewają się z otaczającymi je skałami. Powstałe miliony lat temu po uderzeniu meteorytu jezioro jest jednak słone i mimo bliskości tej masy wody, mieszkańcy zmagają się z jej brakiem. Chodzi się tu po nią do jedynej we wsi studni.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Od najbliższego dużego osiedla, Murgab, dzieli mnie prawie sto kilometrów drogi. Ponownie udaje mi się złapać samochód. Drogę, której przejście pieszo wymagałoby czterech dni, przejeżdżamy w kilka godzin. Samochód podskakuje na nierównej nawierzchni i pokonuje zakręty prowadzące na przełęcz Ak-Bajtal. Jesteśmy na wysokości 4655 m, w najwyższym punkcie Szosy Pamirskiej. Ta wysokość sprawia, że droga jest drugą najwyższą międzynarodową szosa świata.

W Murgab trafiam na koński festiwal. Miejscowi zachęcają: taka okazja zdarza się tylko raz w roku. Decyduję się poczekać na dzień rozpoczęcia święta i nie żałuję. Na niewielkiej równinie za miastem czeka rozbitych kilkanaście kirgiskich jurt. Wokół nich kręcą się setki mieszkańców z Murgab i innych osiedli, niekiedy odległych o wiele godzin. W najlepsze trwa jarmark, na prowizorycznych straganach rozłożone arbuzy, jabłka, przywiezione z Chin słodycze. W surowym klimacie Pamiru wiele z tych rzeczy jest na co dzień niedostępnych. W jurtach zjeść można proste potrawy pamirskiej kuchni, głównie plov z ryżu i warzyw.
Po południu setki osób śledzą grę, w czasie której kilku jeźdźców próbuje zatrzymać w pędzie galopującą na koniu kobietę. Ma to przypominać tradycyjne porwanie narzeczonej. Kirgizki, ubrane w odświętne stroje, mają za zadanie uciec „zalotnikowi”, a po dotarciu do końca toru zawrócić i przegonić go batem. Konie galopują niemal ocierając się o siebie, jednej z par nie udaje się zapanować nad wierzchowcami. Ile sił w nogach uciekam, a dwa konie mijają mnie niemal na wyciągnięcie ręki. Tym razem narzeczona została zdobyta!

Na wysokim płaskowyżu roślinność ograniczona jest często do niewielkich zagłębień, wypełnionych w dodatku słoną wodą. Pamir to jedno z najmniej przyjaznych miejsc do życia jakie znam.

Główną drogę opuszczam w wiosce Aliczur. Pasterskiej ścieżki jaka miała prowadzić w góry prawie nie widać pod nogami. Podejście okazuje się trudniejsze i dłuższe niż sądziłem i przed wieczorem nie udaje mi się dotrzeć do przełęczy, za którą chciałem szukać noclegu. Na moje spotkanie wyjeżdża jednak pasterz. On ani słowa po rosyjsku, ja po kirgisku, ale mowa gestów nie zawodzi. Zaprasza mnie na noc do swojej jurty.

Okrągły namiot uszyty jest z grubej tkaniny i rozpięty na rusztowaniu z drewnianych listewek. Dach dobrze chroni przed deszczem, a dywany leżące na ziemi dodają wnętrzu przytulności.

W niewielkim piecu pali się wysuszony nawóz jaków, jedyny dostępny tu opał. Na grubej serwecie, staje przede mną chleb, masło, śmietana i herbata, podawana w małych czarkach. Mąka i mleko jaków to jedyne dostępne tu pokarmy. Jem i piję, młoda Kirgizka nalewa jeszcze. Filiżanka gościa nie może być pusta nawet na chwilę.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Rano w dolinę przyjeżdża grupa pamirskich Tadżyków. Wpadli w interesach, by zabrać do Aliczur część z jaków, które pasą się wokół. Każdy rusza do pracy. Żegnam się i ruszam wyżej. Kolejna noc zastaje mnie wysoko w górach, ale nie muszę bać się mroźnego biwaku. Tym razem zaprasza mnie do siebie załoga małej kopalni srebra. Do późna siedzimy w baraku, pijąc herbatę i rozmawiając. Gościnność mieszkańców Pamiru jest nie do opisania.

Na zachód od Aliczur zaczyna się prawdziwe pustkowie, przez prawie 30 kilometrów wędruję pustą drogą. Mijam słone jeziorka, jedyne miejsca, w których znaleźć można roślinność. Poza tym okolica przypomina pustynię. Chcę odnaleźć kamienne kręgi i ruiny sprzed dwóch tysiącleci, leżące w dolinie jeziora Jaszilkul.
Znajduję je nazajutrz, ale by przyjrzeć im się z bliska, muszę przeprawić się przez rzekę. Woda w jej końcowym odcinku jest głęboka, na szczęście prąd niezbyt silny. Po drugiej stronie, stoi nad jeziorem wiekowe mauzoleum. Kamienne ściany wytrzymały próbę czasu, widać nawet resztki kopuły.

Miejscowy piekarz pracował od świtu, by upiec kilkaset pachnących lepioszek, płaskich chlebów. Ponieważ przestrzegał trwającego Ramadanu, mimo gorąca przez cały dzień nie wziął do ust ani pożywienia, ani łyka wody.

Miejscowy piekarz pracował od świtu, by upiec kilkaset pachnących lepioszek, płaskich chlebów. Ponieważ przestrzegał trwającego Ramadanu, mimo gorąca przez cały dzień nie wziął do ust ani pożywienia, ani łyka wody.

Kilka kilometrów dalej, powyżej jeziora, czyjeś ręce ułożyły z kamieni dwa wielkie kręgi. Zrzucam plecak i kładę się w środku jednego z nich. Zamykam oczy, żadna moc jednak nie napływa. Może zabrakło jakiegoś rytuału albo miejsce nie działa tak, jak sobie to wyobrażałem? Do Szosy Pamirskiej wracam nazajutrz wieczorem. Znowu kilka godzin oczekiwania, aż o zachodzie słońca, w chwili gdy zaczynam się poddawać, zatrzymuje się obok mnie ciężarówka jadąca z Chin. Kierowca zaprasza do środka. Noc spędzamy obok czajkany, herbaciarni-zajazdu, on w szoferce, ja zawinięty w śpiwór obok wozu. Rano na drugą stronę gór, gdzie wita nas dolina pełna drzew i zielonych sadów. Jaka odmiana po pobycie wśród górskich pustkowi!
Idylla jest jednak pozorna. Gdy docieram do miasta dowiaduję się, że poprzedniego dnia zginął tu szef lokalnego KGB i tadżyckie wojsko ściąga do Pamiru dziesiątkami helikopterów. Granica z Afganistanem zamknięta. Wieczorem zasypiam na tarasie hotelu, postanawiając nazajutrz wyjść w góry, ale nie udaje się to. O czwartej rano budzi mnie kanonada strzałów i wybuchy granatów. W Pamirze rozpoczęła się wojna.

To, co z początku wyglądało na niegroźne zamieszki, zamienia się w otwarte walki, które ogarniają cały Chorog i okoliczne góry. Pociski przelatują nad dachem mojego hotelu, przez lornetkę widzę śmigłowiec desantujący żołnierzy na okolicznych szczytach, gdzie ścierają się z rebeliantami. W mieście nie ustają eksplozje. Wyjście na ulice oznacza niebezpieczeństwo – przypadkowa kula może dosięgnąć mnie w każdej chwili, w dodatku nad miastem czają się rządowi snajperzy. Było jasne, że walka nie toczy się już z garstką zabójców, ale dużymi oddziałami miejscowych. Skąd Pamirczycy wzięli broń? Nietrudno zgadnąć: po wojnie domowej z lat 90. zostały tu pewnie duże zapasy. Kupno karabinu w Afganistanie też pewnie nie jest problemem.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Na szczęście nazajutrz ogłoszono zawieszenie broni. Większość z nas skwapliwie z niego korzysta, ewakuując się z miasta. Strzały padają od tej pory już sporadycznie, mimo to wojsko delikatnie usuwa turystów z gór. Nic tu po mnie. Wraz z dwójką poznanych wcześniej Polaków wynajmujemy miejsca w samochodzie jadącym do stolicy.

Pamir – podróż przez niego była pasmem niespodzianek. Nie zawsze przyjemnych. Ostatnie dni na Dachu Świata wyglądały wręcz dramatycznie. Jeśli jednak spytacie czy wróciłbym w góry Tadżykistanu, bez wahania odpowiem „tak!”. Najpiękniejsze góry jakie poznałem i gościnność ich mieszkańców mają w sobie magię, która każe wrócić tam, gdy tylko nadarzy się okazja.

 

Tekst i zdjęcia:
Łukasz Supergan
http://www.shangri.pl

 

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com

Okładka numer 09 FotoGeA.com

gdzie jest znacznie więcej świetnych zdjęć!
https://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać