Fotograf w podróży

MAROKO – nie sposób się nudzić

W czasie mojej ostatniej podróży do Maroka, przekonałam się po raz kolejny że samotne podróżowanie gwarantuje: nieprzewidywalność zdarzeń a co z tym idzie: mnóstwo przygód. Naturalna obawa o to, że nie będzie z kim się dzielić wrażeniami, lub że może przydarzyć mi się coś przykrego ustępuje, gdy postanawiasz zaufać swojej intuicji i otwierasz się na nowe doświadczenia. Okazuje się wtedy, że to co początkowo wydawało się minusem jest tym co cieszy najbardziej. Bo wreszcie nie trzeba nic z nikim uzgadniać, gdzie zjemy obiad, albo dokąd pójdziemy wieczorem. Można poddać się sytuacjom spontanicznym, zabrać się z miłym towarzystwem w trasę kiedy jest Ci po drodze, lub pójść własną ścieżką i pożegnać się z napotkanym towarzyszem podróży, który w ciągu jednego wieczoru próbował streścić Ci opowieści z całego życia.

Celem moich tegorocznych wakacji był festiwal muzyki Gnawa (the Gnaoua World Music Festival of Essaouira), odbywający się w niezwykle urokliwym, wietrznym mieście As-Sawira leżącym nad samym Atlantykiem. Z muzyką Gnaoua zetknęłam się podczas wcześniejszych wyjazdów do Maroka. Urzekło mnie to, że jej dobry odbiór możliwy jest praktycznie tylko w wykonaniu na żywo. Przywiezione do Warszawy nagrania na CD nie robiły już tak dużego wrażenia. Nie mogłam pojąć, dlaczego grupa nastolatków śpiewających i wyklaskujących rytmy podczas przeciągającej się podróży rozklekotanym autobusem zapadła mi w pamięć i serce bardziej, niż profesjonalne nagrania sączące się z głośników mojej wieży stereo? Postanowiłam więc przeżyć ją w miejscu, gdzie zjeżdżają najlepsze afrykańskie grupy Gnawa oraz obecnie ponad 200 tysięcy fanów z Afryki i reszty świata. Tam, gdzie w ciągu czterech dni, wokół kilku scen, w tym jednej ustawionej na szerokiej plaży, w ferii kolorów i dźwięków, wspólnie bawią się Marokańczycy, Europejczycy, rastamani i hippisi po pięćdziesiątce…

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Zanim jednak dotarłam na festiwal poznałam niezwykłych ludzi i cudowne miejsca, których odwiedzenia nie miałam w planach… ponieważ najważniejszym planem był brak planu.

Marokańska Fantazja, czyli paradna szarża berberyjskich jeźdźców.

Marokańska Fantazja, czyli paradna szarża berberyjskich jeźdźców.

Już w samolocie czułam, że ta podróż będzie szczególna. Pojawiło się kilka znaków, takich jak piosenkarka Kayah i jej zespół jadący na występy przed publicznością turystycznych kołchozów w Agadirze – to miejsce omijam szerokim łukiem. Poznałam też Polkę, mieszkającą od 15 lat w Rabacie, która opowiedziała mi historię swojej marokańskiej miłości i małżeństwa, a przy okazji zrobiła dla mnie listę naturalnych kosmetyków, bez zakupienia których nie powinnam wyjeżdżać z tego pięknego kraju. I wreszcie – podczas afrykańskiego rozgardiaszu, zwanego po prostu przesiadką w Casablance poznałam pilota i podróżnika w jednej osobie, który przewoził do Maroka … oponę – tak dużą, że zapragnęłam zobaczyć samochód do którego jest przeznaczona. Zanim jednak zasiadłam na przedniej kanapie tego autka z silnikiem V8 6500 cm TD, 240 koni mechanicznych, z napędem 4×4 i skrzynią redukcyjną, nocowałam na dachu domu berberyjskiej rodziny w Tiznicie, rozmawiałam z kobietami szykującymi w kuchni cuscus na rodzinną kolację, piłam małymi łyczkami kawę w kawiarni do której wstęp mają zwyczajowo mężczyźni, uzupełniałam zapasy przypraw na targu, na którym nikt się nie targował (ponieważ jest to ponoć rozrywka wymyślona dla przyjezdnych). Byłam urzeczona atmosferą niezwykle życzliwego i nie zepsutego turystyką, a także wyjątkowo gorącego południa. Jednak to co najlepsze miało dopiero nastąpić. A był to pobyt w bazie paralotniarzy nad Atlantykiem, oddzielonej od głównej drogi kilkoma kilometrami pustyni. Specyficzne dla tego miejsca prądy powietrzne unoszą ludzi-ptaków ponad wysokim klifem. W oczekiwaniu na sprzyjający wiatr mieszkają w wydrążonych grotach nad brzegiem oceanu, bez dostępu prądu, ale za to z bieżącą wodą dostarczaną raz w tygodniu do zbiorników na klifie. Mieszkania urządzone są skromnie, w marokańskim stylu. Muzyka wieczornego szumu fal i rozgwieżdżone niebo odbijające się w tafli oceanu zapewniają nie zmącony odpoczynek po dniu pełnym „wzniosłych” wrażeń. Mówią, że to smile factory, czyli fabryka uśmiechów. I to prawda, latanie to tak radosne i dosłownie uskrzydlające przeżycie, że nawet teraz gdy je wspominam, czuję że mimowolnie uśmiecham się do ekranu.
Wreszcie nadszedł pierwszy dzień festiwalu… do As-Sawiry udało się dotrzeć dopiero późną nocą. Cóż, aby obejrzeć uliczną paradę otwarcia, trzeba będzie tu przyjechać ponownie za rok…

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Na terenach współczesnej As-Sawiry (Essouira) Portugalczycy pod dowództwem Diogo de Azambuja wznieśli w 1506 roku fortecę Castelo Real de Mogador. Obecne miasto założono w II połowie XVIII wieku. Tutejszy port, znany wówczas Europejczykom pod nazwą Mogador stał się ośrodkiem handlu międzynarodowego. W XIX wieku był to jedyny marokański port na południe od Tangeru, do którego mogły zawijać w celach handlowych europejskie statki. W okolicy osiedlili się wówczas brytyjscy kupcy i Żydzi, także Portugalczycy, Berberowie, Arabowie, Francuzi i Gnawa (Gnaoua) – ciemnoskórzy potomkowie niewolników sprowadzonych tu w XV wieku przez Portugalczyków do pracy na plantacjach trzciny cukrowej.
Termin „muzycy Gnawa” odnosi się właściwie do ludzi, praktykujących uzdrawiające rytuały. W marokańskiej kulturze, Gnawa uważani są za ekspertów w magicznym leczeniu ukłuć skorpiona i zaburzeń psychicznych. Wykonanie Gnawa jest mieszanką subsaharyjską, berberyjską, pieśni religijnych i rytmów. Łączy w sobie muzykę i akrobatyczny taniec. Muzyka jest zarówno modlitwą jak i wyrazem celebracji życia. Gnawa grają głęboko hipnotyczny trans, charakteryzujący się stonowanymi melodiami, śpiewami call-and-response (nawoływanie i odpowiedzi publiczności), klaskaniem w dłonie i dźwiękiem talerzy o nazwie krakeb.

Niezwykły, wręcz hipnotyzujący kontakt z publicznością, tu: grupa Maalem (czyli mistrz) Mustapha Baqbou z Marrakeszu.

Niezwykły, wręcz hipnotyzujący kontakt z publicznością, tu: grupa Maalem (czyli mistrz) Mustapha Baqbou z Marrakeszu.

Muzyka Gnawa w ciągu ostatnich kilku dekad, uległa modernizacji, a tym samym stała się bardziej świecka. Gnawa grana w ramach Światowego Festiwalu Muzyki nie ma wymiarów religijnych lub leczniczych. Łączy natomiast muzyczną ekspresję wykonawców pochodzących z czterech stron świata. Gnawa zyskała nowy kierunek, zwany „fusion” łączący rdzeń muzyki duchowej z gatunkami takimi jak jazz, blues, reggae i hip-hop. Muzyka ta zdobyła międzynarodowy charakter i urok, wielu zachodnich wykonawców współpracuje z muzykami Gnawa, dzięki czemu cztery czerwcowe dni festiwalu to najlepsze jam-session na świecie.

Koncerty festiwalowe zaczynają się po południu i trwają do późnej nocy. W ciągu dnia można odpocząć na plaży, spacerować po medynie, przesiadywać na murach fortyfikacji portowych, delektując się świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy. Marokańczycy są zazwyczaj pomocni i są przyjaźnie nastawieni do turystów, szczególnie w miejscach oddalonych od dużych ośrodków turystycznych. Ciekawi są Europejczyków, i choć zdecydowana większość turystów to najbliżsi sąsiedzi z Hiszpanii i Francji, to dobrze orientują się gdzie leży ojczyzna Ebiego Smolarka. Lubią opowiadać o sobie i swoim kraju, tak więc kompanów do rozmów plażowych i kawiarnianych nigdy nie brakuje. Młodzi ludzie, poniżej 30. roku życia stanowią 70% społeczeństwa. Trudno też się dziwić sporemu zainteresowaniu jaką obdarzają zachodnie kobiety. Przed zawarciem małżeństwa Marokańczycy mają niewiele sposobności poznania kobiet, a Europejki, nie związane islamskimi nakazami postrzegane są jako niezwykle niezależne. Nadmiaru okazywanej atencji można uniknąć w miejscach przeznaczonych jedynie dla kobiet, takich jak łaźnie (hammams), czy hotelowe tarasy na dachach. Nad bezpieczeństwem turystów czuwa również niezauważalna policja turystyczna w cywilu, zatem wszelkie zaczepki kończą się zwykle na niegroźnych komplementach, spojrzeniach i uśmiechach.

Przyniesione z portu świeże sardynki – prosto z rusztu – mniam!

Przyniesione z portu świeże sardynki – prosto z rusztu – mniam!

Zdobycie sympatii miejscowego „przyjaciela” jest jednak dobrym sposobem na skosztowanie potraw i zobaczenie miejsc, do których turyści bardzo rzadko trafiają. Tak właśnie dowiedziałam się, jak – w tani sposób, nie dysponując kuchnią, lodówką, ani nawet nożem – zjeść obiad złożony ze świeżych, wybranych przez siebie składników. Otóż, najpierw kierujemy się do portu, gdzie rybacy od świtu do późnej nocy oferują ryby i owoce morza. Następnie na targu kupujemy pachnące słońcem pomidory, cebulę i kolendrę. Na stoisku z przyprawami mówimy po prostu jaką potrawę planujemy. Następnie, naręcza siatek z zakupami, których wartość nie przekracza 15 złotych oddajemy do baru, w którym w ciągu 20 minut wprawny kucharz przyrządza dla nas nasze danie dnia. Bon appetit! Kiedy przyjedziesz ponownie ?

Tekst i zdjęcia:
KASIA STANISZEWSKA
e-mail: tachazit@yahoo.co.uk

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com o fotografowaniu i podróżach
bezpłatnie do pobrania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać