Fotograf w podróży

LOFOTY – bardzo dzika Europa

Kiedy słyszymy o najpiękniejszych wyspach na świecie, zazwyczaj mamy na myśli Karaiby, Seszele, Malediwy, Fidżi, Polinezję, wyspy greckie i im podobne „raje”. Tymczasem jest na naszym kontynencie archipelag, który przyćmiewa urodą wiele tłumnie odwiedzanych miejsc spod znaku palmy i plaży. To norweskie Lofoty.

Niewiele osób było na Lofotach. Ba! Niewiele jest w stanie pokazać je na mapie. I nic w tym dziwnego – leżą tak daleko i w takim klimacie, że nikt się tam nie wybiera na wakacje, choć są tu plaże, a latem słońce albo wcale nie zachodzi, albo znika za horyzontem na bardzo krótko (wyspy leżą daleko za kołem podbiegunowym). Wschody i zachody trwają tu długie godziny, a zatem – prawdziwy to raj dla fotografów! Ale nawet ci, którzy o tym wiedzą rzadko zapuszczają się w te strony. Wystarczy powiedzieć, że rocznie odwiedza Lofoty około 200 tys. osób, czyli trzy razy mniej niż Zakopane w ciągu długiego weekendu. A wszystko przez to, że te wspaniałe wyspy są naprawdę bardzo, bardzo daleko. No, i nie słyną z nocnych klubów, barów topless i dyskotek..

FotoGeA.com nr. 10 Lofoty

FotoGeA.com nr. 10 Lofoty

Na koniec świata
Teoretycznie na Lofoty można dotrzeć lądem, wodą i powietrzem, ale w praktyce okazuje się, że żaden z tych środków lokomocji nie wystarcza „w pojedynkę”, bez wsparcia innego. My – grupa ambitnych fotografów żądnych niezwykłych wrażeń – zdecydowaliśmy się na wersję samochodową, z niewielkim wsparciem promu. Podróż licząca ponad 2500 km ciągnęła się przez 6 krajów i wiodła w znakomitej większości przez fantastycznie zalesione i pięknie ukształtowane pustkowia Skandynawii. Aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku w Europie jest tyle tak dzikich obszarów, że idealnie nadają się do kręcenia filmów fantasy.
Setki kilometrów pustkowia, góry, jeziora, rzeki, wodospady, a obecność człowieka i ślady cywilizacji – mniej niż symboliczne. Ale wrażenia estetyczne – wspaniałe. Po około 60 godzinach podziwiania widoków i „przyrastania” do samochodowych foteli wjechaliśmy wreszcie na wymarzony archipelag.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Jest środek lipca, a nas witają nisko wiszące chmury, mgła, mżawka. Lato? No, tak – lato. Z dziesiątek charakterystycznych dla tutejszego krajobrazu drewnianych suszarni zniknęły już niemal wszędzie wysuszone dorszowe tusze i nieco upiorne rybie łby – od setek lat eksportowy towar Lofotów. Stoki gór okryła świeża zieleń, która wabi wszędobylskie owce, najwyrażniej doskonale wprawione w karkołomnych wspinaczkach. Skubią trawę i i gromadzą się w takich miejscach, że można przypuszczać, iż prawo grawitacji zupełnie ich nie dotyczy. Lato… Fakt – widno przez całą dobę, a w przydomowych ogródkach i przy drogach kwitną właśnie łopiany oraz bzy. Z gór znikają łaty śniegu, a po bazalcie przypominającym w tym świetle gigantyczne, mokre bryły węgla spływają dziesiątki strug, tworząc gdzieniegdzie kaskady i wodospady. Nieliczne płaskie łąki pokrywa tu i tam żółte kwiecie. Czyli – lato pełną gębą! Temperatura – ok. 10 stopni, ale wiatr sprawia, że chwalimy sobie naszą zapobiegliwość: ciepłe kurtki, czapki, a nawet rękawiczki okazują się ubiorem nieodzownym. Mgliście, wilgotno, atmosfera tajemniczości i lekkiej grozy, ale widoki wokół – wspaniałe!
W tym miejscu – mała dygresja. Podróżuję i fotografuję na tyle długo, że wydawało mi się, że wyrosłem już z zatrzymywania się przy każdym krzaku, górce, czy jeziorku, by uwiecznić „ładny widoczek”. Tymczasem na Lofotach okazało się, że za każdym zakrętem czekał nas widok zaskakujący, piękny i niesamowity do tego stopnia, że często robiłem zdjęcia z auta, bo inaczej wiele obrazków pozostałoby jedynie w pamięci mojej, a nie aparatu. Niesamowite, ostre góry (niektóre nawet ponad 1000-metrowe!) wystające wprost z morza i znikające w chmurach, serpentyny wąskich dróg (co kilkaset metrów są poszerzenia-mijanki), malownicze fiordy, rozległe zatoki, plaże, na których frywolny gigant porozrzucał wielotonowe kamyki i tylko z rzadka pojawiają się charakterystyczne dla wysp ciemnoczerwone domy zwane rorbuer (czasem z dachem porośniętym trawą i pasącymi się na nim owcami…) wyraźnie odcinające się od dzikich pejzaży i intensywnej zieleni. Egzotycznie i… dziko.
Mogę dodać, że do perfekcji opanowałem w tej sytuacji synchronizację z wycieraczkami samochodowymi – tylko kilka klatek zepsuły rozmazane, skośne, czarne smugi.

OKOLICE REINE, najbardziej znanej z fotografii osady rybackiej to liczne zatoczki z przystaniami, z których wyrusza się na połów dorszy i łososi.

OKOLICE REINE, najbardziej znanej z fotografii osady rybackiej to liczne zatoczki z przystaniami, z których wyrusza się na połów dorszy i łososi.

Na szlaku
Choć Lofoty to w sumie niewielki obszar, ich poznawanie to nieustanna wędrówka. Najwygodniej robić to samochodem, a jeśli nie ma się stałego lokum (np. wynajętego domu – jak my) – kamperem. Trafiają się też turyści na motocyklach, a nawet rowerach, ale to wyjątkowi zapaleńcy, którzy w sakwach i plecakach przewożą cały dobytek i niezbędny sprzęt. Nie ma bowiem na wyspach sieci schronisk, pensjonatów lub hoteli, przydrożnych zajazdów, barów. Ba, nawet stacja benzynowa jest swego rodzaju ewenementem, nie wspominając o tym, że o LPG do aut nikt tu nie słyszał.
Jak zatem poznać Lofoty? Wjeżdżać, gdzie tylko się da! A da się w wiele miejsc, bo drogi tu równe, płaskie i docierają także tam, gdzie jedynymi gośćmi są wielkie jak indyki mewy.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Cały archipelag to pięć dużych wysp: Austvågøy, Vestvågøy, Moskenesøya, Flakstadøya, Gimsøya oraz setki, a może nawet tysiące mniejszych i większych kamieni, głazów i wysepek rozrzuconych przy plażach, zatoczkach i fiordach. I do każdego miejsca, które można lub można było w jakikolwiek wykorzystać – jest dojazd. W ogóle po wyspach podróżuje się świetnie – minęły bowiem czasy promów wożących przez fiordy i zatoczki. Teraz wyspy i wysepki łączą piękne, nowoczesne mosty lub podmorskie tunele, z których najdłuższy liczy ponad 7,5 km. Tunele przebija się także przez góry, by skrócić mieszkańcom małych osad drogę do większych ośrodków lub rzadkich tu poletek. Wystarczą trzy lub cztery domki (obok nich zaparkowane albo nowoczesne auta europejskie, albo stare, ale świetnie utrzymane amerykańskie krążowniki szos) i już stoi przy drodze tabliczka z nazwą „miasta”. Bo ludzi tu mało – w sumie około 25 tysięcy.

Wrażeń ciągle mało…
Największa osada – z portem, stacją benzynową, a nawet lotniskiem – to Svolvær (ok. 5 tys. mieszkańców). Trochę mniejsze są Leknes, Reine, A, Henningsvær (zwane Wenecją Lofotów), Stamsund i… to właściwie tyle, jeśli chodzi o miasta. „Tłumnie” odwiedzana jest osada Borg z rozległym skansenem z czasów wikingów (najstarsze wykopaliska liczą sobie ponad 1500 lat!), drakarami i wielkim wspólnym domem plemiennym (83 m długości), w którym za jedyne kilkadziesiąt złotych można zjeść najprawdziwszą polewkę gotowaną w starym kociołku przez najprawdziwszego wikinga.
Atrakcją turystyczną jest także malowniczo położona wioska Glasshytten. Tu w uroczej hucie-galerii artysta-szklarz (przypomina urodą Azteka…) produkuje fantazyjne pamiątki – już za ok. 300 złotych można stać się właścicielem oryginalnej lofockiej… popielniczki lub wazonika.

CZERWONE DOMY są charakterystyczne dla tej części Norwegii. One i rybne suszarki - to niemal wizytówka Lofotów.

CZERWONE DOMY są charakterystyczne dla tej części Norwegii. One i rybne suszarki – to niemal wizytówka Lofotów.

Turyści odwiedzają chętnie Nusfjord – przytuloną do skał nad fiordem starą osadę rybacką z przystanią, która jest już tylko skansenem. Można też zajrzeć do Eggum – maleńkiej wioski nad zatoką, w której podczas II wojny światowej Niemcy wznieśli kamienny budynek dla stacji radiolokacyjnej – miała ona „podsłuchiwać” alianckie konwoje płynące do Murmańska. Budynek ten stoi do dziś. Kilkaset metrów dalej, tuż nad morzem, podziwiać można niesamowitą rzeźbę Markusa Raetza „Hodet” (głowa) przedstawiającą dziwną ludzką głowę, która ma kilkanaście twarzy.
Lofoty to wspaniałe miejsce dla fotografów: gdziekolwiek się zatrzymaliśmy można było znaleźć mnóstwo tematów. Czas mijał bardzo szybko i polubiliśmy lofockie lato. Przyzwyczailiśmy się do kłębiących się na niebie chmur, „padającego” poziomo deszczu, otulającej znienacka mgły. I nagle, ostatniego dnia pobytu na wyspach, granatowo szare chmury zastąpił błękit i bielutkie baranki. Wtedy okazało się, że Morze Norweskie jest przezroczyste i lazurowe, a piasek na plażach – niemal biały. A wszędzie pusto i cicho, bo Lofoty to naprawdę bardzo dzikie miejsce. Szkoda, że trzeba było wracać…

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Znowu zapakowaliśmy się do samochodów, by przez kilkadziesiąt godzin wracać do domu. Ale wrażenia są jednoznaczne: tam jest pięknie! Nikt nie będzie pamiętać, że w Norwegii drogo, że lato takie raczej jesienne, że pięć dni urlopu zmarnowane na siedzenie w samochodzie. Nic to – warto było!

Szkoda tylko, że nasz fotograficzny plan uwiecznienia wschodu i/lub zachodu spełzł na niczym, mimo, że w pogoni za słońcem przejechaliśmy nie mało kilometrów. Trudno, nie ma wyjścia – trzeba będzie wybrać się na Lofoty jeszcze raz, choć trzeba przyznać, że to cholernie daleko.

Tekst: Wojciech Walczuk

Zdjęcia: Uczestnicy Fotoekspedycji

 

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com o fotografowaniu i podróżach
bezpłatnie do pobrania:
https://www.fotogea.com/?page_id=692

FotoGeA.com listopad grudzień 2012
 

To także może ci się spodobać

  • serin
    5 marca 2013 o 9:26

    Witam. Fajny artykuł..ale dodam poniżej, że z tymi stacjami benzynowymi i/czy LPG to nie jest prawda.. Bo spokojnie takowe występują. To piszę bo niepotrzebnie ktoś się może ZNIECHĘCIĆ.. A wiadoma rzecz, że LPG najtańsze do podróżowania.. Oto mapka ze stacjami LPG w Norwegii..także więc i na Lofotach. Byłem, podziwiałem..i wrócę tam!! 🙂 Oto link do mapki: http://www.mylpg.eu/stations/norway