Fotograf w podróży

Lalibela – Afrykańska Jerozolima

Spotkałem kiedyś szwedzkiego inżyniera, który przybył do Etiopii w czysto zawodowych sprawach. Miał w planie odwiedzić niespokojny region Ogadenu. Podobno tam wysuszona gleba skrywa głęboko w swoich wnętrzach ropę, gaz, może złoto… Nie miał on zatem czasu na zwiedzanie. A jednak udało mu się dotrzeć do Lalibeli. Kiedy spytałem się go dlaczego wybrał się właśnie tam, spojrzał na mnie jak na idiotę…

Podobno można już dojechać do Lalibeli w jeden dzień ze stolicy. Jeśli tak jest w istocie, to trzeba gnać jak wiatr. A droga nie jest łatwa. Choć w większości już wyasfaltowana, przez coraz pewniej czujących się na ziemi etiopskiej, Chińczyków, cały czas jest to kręty trakt przecinający doliny rzeczne i kolejne przełęcze. Zatem, jeśli ktoś naprawdę się spieszy wybiera podróż samolotem. Niełatwo było znaleźć dogodne miejsce na pas startowy w okolicy. To przecież góry Lasta, postrzępione, czasami złowrogie i naszpikowane trzy- i czterotysięcznikami. Udało się go wytyczyć dopiero około 30 kilometrów od wioski. Stamtąd wyboista droga wspina się po zboczach na wysokość ponad 2600 m n.p.m. Wjeżdżając do Lalibeli nie odnosi się wrażenia, że przekraczamy granicę innego świata, że właśnie dostępujemy zaszczytu przebywania w miejscu zacnym i sławnym. Można by rzec – ot, wioska jakich wiele.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Afrykańska Jerozolima
Kiedyś nazywała się ona Roha i była jedną z kilkunastu niedostępnych osad rozrzuconych między górami. Kiedy jednak w X wieku ciężar władzy politycznej definitywnie przesunął się z okolic Aksum w niedostępne góry Lasta, a jakiś czas potem do głosu doszli przedstawiciele dynastii Zagwe, nagle ta skromna, zagubiona wśród wzgórz wioska, stała się stolicą cesarstwa. Na swoją wielką sławę i zmianę nazwy musiała czekać jednak jeszcze blisko dwa stulecia. Wtedy to bowiem, na początku XII wieku, w królewskiej rodzinie na świat przyszedł chłopiec. Dziwny to był poród, gdyż tuż po pierwszym łapczywym oddechu, nad główką niemowlęcia pojawił się rój pszczół. Matka widząc to nie przestraszyła się wcale – wręcz odwrotnie, wzięła to za dobry znak, za przepowiednię, że jej nowonarodzony syn będzie kimś ważnym, może nawet królem… Nadała mu imię Lalibela, co w wolnym tłumaczeniu oznacza tego, któremu pszczoły przyniosły władzę. Owej przepowiedni przestraszył się natomiast starszy brat, który w tamtym czasie stał na czele cesarstwa i po jakimś czasie, tak na wszelki wypadek postanowił otruć, już wówczas, dorastającego chłopca. Jednak albo trucizna była za słaba, albo młodzieniec okazał się wyjątkowo odporny, gdyż nie umarł, a jedynie zapadł w trzydniową śpiączkę. W tym czasie odbył daleką podróż we śnie. Prowadzony przez anioła przekroczył bramy niebieskie. Tam miał ujrzeć dziwne miasto wydrążonych w skale kościołów. Tam też otrzymał wszelkie wskazówki gdzie i jak zbudować podobne budowle na ziemskim padole. Gdy wrócił do żywych, miał już w głowie dokładny plan i po przejęciu władzy, szybko zabrał się do roboty. Ot, taka legenda. Jedna z wielu. Inna, być może bardziej realistyczna, głosi, że młody Lalibela uciekł przed gniewem starszego brata do Ziemi Świętej. Wędrówka nie była ani łatwa, ani bezpieczna. Dzikie zwierzęta, sudańscy derwisze, upał i brak wody powodowały, że droga na północ szybko mogła zamienić się w koszmar. A przecież w tamtych czasach, rzesze etiopskich chrześcijan corocznie przemierzały te niegościnne tereny, udając się z pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Bywało, że wielu z nich nigdy nie docierało do celu, a tylko nieliczni wracali do swoich domów. Przyszły król, któremu udało się szczęśliwie dotrzeć do Jerozolimy, spotkał się tam z najważniejszymi dostojnikami świętego miasta, oglądał majestatyczne świątynie i słuchał drogocennych rad. Postanowił wówczas, że po powrocie do ojczyzny zbuduje w rodzinnej wiosce kościoły, które na zawsze zmienią życie etiopskich chrześcijan. Tak miała powstać afrykańska Jerozolima.

Duchowny prezentujący procesyjny krzyż we wnętrzu kościoła Świętych Dziewic (Beta Danaghel), który został wybudowany ku czci 50 chrześcijańskich dziewic zamordowanych z rozkazu rzymskiego cesarza Juliana Apostaty w IV wieku.

Duchowny prezentujący procesyjny krzyż we wnętrzu kościoła Świętych Dziewic (Beta Danaghel), który został wybudowany ku czci 50 chrześcijańskich dziewic zamordowanych z rozkazu rzymskiego cesarza Juliana Apostaty w IV wieku.

Dzieło Aniołów
Budowa 11 kościołów podobno trwała tylko 21 lat. Biorąc pod uwagę fakt, że była to połowa XII wieku oraz to, że wszystkie świątynie należało stworzyć z litej skały, a także to, że budowniczowie posługiwali się jedynie prostymi narzędziami, takimi jak dłuta i młotki, trudno sobie wyobrazić, że wszystkie te misternie wykonane budowle powstały w mniej niż ćwierć wieku. Czyżby kolejna legenda? Przyznam się, że to co czasami najbardziej mnie ujmuje w wędrówkach po Etiopii, to właśnie niedopowiedzenia, niezgodności historyczne, mieszanie się faktów z ludowymi przypowieściami. Niczego nigdy nie jesteśmy pewni. Prawda, że to cudowne uczucie… W przypadku Lalibeli najczęściej mówi się o pomocy aniołów. Ponoć nawet jeden z kościołów – Beta Abba Libanos powstał w ciągu jednej nocy. Miał to być prezent dla króla Lalibelii od jego małżonki Meskel Kebre. Myślę, że udało jej się zrobić niespodziankę ukochanemu. Przede wszystkim jednak ta budowla to jawny dowód na to, że aniołowie musieli maczać w tym palce (skrzydła?).

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

W rzeczywistości sposób wydrążenia świątyń do dziś pozostaje tajemnicą i to nie tylko dla turystów, ale także dla mieszkańców wioski, czy etiopskich historyków. Wielu z nich skłania się ku temu, że w budowie musiało brać udział blisko 40.000 robotników. Używając prymitywnych narzędzi obrabiali oni wulkaniczną skałę w różnoraki sposób. Najbardziej wyrafinowane, a zarazem najtrudniejsze w budowie były kościoły monolityczne, czyli wolnostojące, wykonane z jednego olbrzymiego skalnego bloku. Wyobraźmy sobie ogromną skałę, z której wyodrębniano wielki prostopadłościan. Innymi słowy wgryzano się w nią, drążąc głęboki na kilka, czasami kilkanaście metrów okop, na planie prostokąta. Otrzymywano wówczas monumentalny blok skalny, za który trzeba było się zabrać na poważnie. I wtedy zaczynała się zabawa, a właściwie mozolna praca, polegająca na wydrążeniu całego wnętrza oraz nadaniu atrakcyjnego wyglądu fasadom budowli. W ten sposób powstały, aż cztery kościoły: Beta Medhane Alem, Beta Maryam, Beta Gabryel oraz Beta Emanuel. Mniej monumentalne i prostsze w budowie były kościoły półmonolityczne, czyli takie, których przynajmniej jedna ze ścian lub na przykład sklepienie, stanowiły część skalnego gruntu. Najbardziej prymitywne okazały się kościoły jamowe, czy jaskiniowe, czyli takie, w których do wydrążonych wnętrz prowadziły jedne drzwi w głównej, często bogato dekorowanej, fasadzie, a reszta „konstrukcji” pozostawała nieobrobioną, litą skałą.

W niedzielny poranek w kościołach Lalibeli bywa bardzo tłoczno. Nie wszyscy wierni mieszczą się we wnętrzach świątyń. Wielu z nich uczestniczy we mszy poza murami świątyń.

W niedzielny poranek w kościołach Lalibeli bywa bardzo tłoczno. Nie wszyscy wierni mieszczą się we wnętrzach świątyń. Wielu z nich uczestniczy we mszy poza murami świątyń.

Historia złotego krzyża
Najczęściej zwiedzanie Lalibeli rozpoczyna się od największego, monolitycznego kościoła Beta Mehane Alem (Zbawiciela Świata). Kościół jest olbrzymi, zajmujący powierzchnię blisko 800 m kw., a wysoki na 11,5 metra. Otoczony jest 36 kolumnami, choć tylko niektóre z nich wyglądają na oryginalnie wyciosane ze skały. Pozostałe na przestrzeni wieków, najprawdopodobniej wskutek ruchów tektonicznych, zawaliły się. Zatem większość z tych, które możemy zobaczyć dziś, zostały odbudowane. Pozostałe 36 kolumn znajduje się wewnątrz świątyni. Tam już nie mowy o rekonstrukcji. Ogromne wnętrze tchnie dawnymi czasami, jest mroczno, trochę złowrogo i przede wszystkim bardzo tajemniczo. To jedyny kościół w Lalibeli, w którym w satysfakcjonujący sposób można by pobawić się w chowanego. Tak wiele tu sekretnych miejsc, kolumn i zakamarków… Dobrym miejscem na kryjówkę mógłby być jeden z trzech symbolicznych, wykutych w posadzce, grobowców (opcja dla odważnych). Niestety jedno miejsce, podobnie jak w każdym innym etiopskim kościele, dla bawiących się byłoby jednak niedostępne. Tę część kościoła nazywa się „miejscem najświętszym ze świętych”. Jest ono czymś w rodzaju zakrystii i skarbca w jednym. Tam przechowywane są szaty liturgiczne, naczynia komunijne, drogocenne krzyże oraz najważniejsze relikwie – w tym, ta najcenniejsza – kopia Arki Przymierza.

Warto przybyć do kościoła Zbawiciela w niedzielny poranek. Wówczas surowe wnętrze wypełnia woń kadzidła, rozbrzmiewają religijne pieśni, a w oczy kłują dziesiątki białych szat, w które odziani są wierni. Kotara, która na co dzień szczelnie zakrywa dostęp do miejsca najświętszego ze świętych jest odsłonięta, tak że można zajrzeć w głąb tej części świątyni, która dostępna jest jedynie dla księży i diakonów. Stamtąd, podczas nabożeństwa, wynoszony jest niezwykłej wartości krzyż, którym ksiądz błogosławi wiernych, pielgrzymów, a nawet turystów. Krzyż jest ze złota i waży 7 kilogramów. Uważa się, że należał do samego króla Lalibeli i, że jest jednym z najcenniejszych przedmiotów dla ortodoksyjnego kościoła etiopskiego. Skradziono go kiedyś. Dokładnie 10 marca 1997 roku. Kiedy odkryto stratę, ludzie zaczęli lamentować, bito się w piersi, wyrywano włosy i pomstowano. Aresztowano również księdza, gdyż trudno było sobie wyobrazić, że ów 800–letni krzyż z czystego złota zniknął bez jego wiedzy. To Afryka, zatem najprawdopodobniej poddano duchownego niezbyt wyrafinowanym, acz skutecznym torturom. Po dwóch latach znaleziono drogocenną świętość w bagażu belgijskiego handlarza antykami. W maju 1999 roku powrócił on na swoje miejsce. Radości nie było końca.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Kolumna z datą końca świata
Z największego kościoła w Lalibeli można dotrzeć przez skalny tunel na dziedziniec, na którym znajdują się, aż trzy kościoły: Beta Meskel (kościół Krzyża), Beta Danaghel (kościół Świętych Dziewic) oraz, zajmujący centralne miejsce na placu – monolityczny Beta Maryam (kościół Świętej Marii). Ten ostatni ponoć został ukształtowany ze skały jako pierwszy ze wszystkich jedenastu świątyń. Choć mniejszy i nie tak imponujący, jak kościół Zbawiciela, szczyci się jednak najpiękniejszym wnętrzem. W górnych partiach ścian zachowały się freski o tematyce religijnej oraz tradycyjne malowidła obrazujące codzienne życie mieszkańców. Wiele jest też geometrycznych płaskorzeźb upiększających zwieńczenia kolumn i niektóre partie beczkowatego sklepienia. Zatem, jest na czym zawieszać wzrok i czym się zachwycać. To też jedyny kościół w Lalibeli, w którym może przydać się statyw. Z uwagi na unikatowe freski nie można tam używać lampy błyskowej. Bogactwo wnętrza, to coś co wyróżnia tę świątynię spośród pozostałych, ale jest jeszcze jedna rzecz, która decyduje o tym, że Beta Maryam jest kościołem na wskroś wyjątkowym. To tajemnicza kolumna. Nie pasuje ona do pozostałych, gdyż owinięta jest szczelnie białym płótnem. Można na nią patrzeć, nie wolno jej dotknąć. Na zasłoniętym filarze ponoć wypisano dziesięć przykazań, po grecku oraz w języku gyyz (od którego pochodzi obecny, główny język Etiopii – amharski). Ponadto jest tam wyryta opowieść o powstaniu Lalibeli oraz, co najbardziej intrygujące, historia początku i… końca świata. Podobno do XVI wielu można jeszcze było zobaczyć rzędy liter na własne oczy. Potem stwierdzono, że wiedza o tym co jest wyryte na mistycznej kolumnie, może wyrządzić więcej zła, niż dobra i postanowiono zasłonić ją przed ciekawością ludzi.

W niedzielny poranek w kościołach Lalibeli bywa bardzo tłoczno. Nie wszyscy wierni mieszczą się we wnętrzach świątyń. Wielu z nich uczestniczy we mszy poza murami świątyń.

W niedzielny poranek w kościołach Lalibeli bywa bardzo tłoczno. Nie wszyscy wierni mieszczą się we wnętrzach świątyń. Wielu z nich uczestniczy we mszy poza murami świątyń.

Ziemia, która uzdrawia
Z głównego dziedzińca droga wiedzie w dół najpierw kamiennymi schodkami, potem wydrążonym skalnym wąwozem, później kolejne schodki i jeszcze jedne, aż dociera się do jednego z najbardziej nastrojowych kościołów w Lalibeli. Jednego z najdziwniejszych również, gdyż są to niejako dwie świątynie zaklęte w jednej olbrzymiej skale. Pierwszą z nich, zaraz po przekroczeniu progu, jest Beta Debre Sina (kościół Góry Synaj) o skromnym wnętrzu, często wypełniony szeptem modlitw i szelestem pielgrzymich szat. Do sąsiedniego Beta Golghota prowadzą wewnętrzne drzwi, które jednak stoją otworem tylko dla mężczyzn. Łatwo sobie wyobrazić rozczarowanie, czy wręcz podejrzenie o dyskryminacje, ze strony zawieszonej w pół kroku płci żeńskiej. Panowie natomiast z nonszalanckim uśmieszkiem na ustach pokonują próg jednego z najbardziej osobliwych kościołów w wiosce. Jako jedyny na obu przeciwległych ścianach posiada wyrzeźbione sylwetki 12 apostołów i to naturalnej wielkości. O wyjątkowości tej budowli świadczy również fakt, że właśnie tu, pod posadzką został pochowany sam król Lalibela, a ziemia z cesarskiego grobowca ponoć ma moc uzdrawiającą.

Kolejny sen Lalibeli
Do Beta Gyorgis (kościoła Świętego Jerzego) droga wiedzie przez kamienne wrota Grobowca Adama, by kawałek dalej przejść w wąską dróżkę prowadzącą przez wioskę. Mija się okrągłe, dwupiętrowe chaty, które prawie w niezmienionej postaci przetrwały od XII wieku. Potem jeszcze czeka nas przeprawa przez rzekę Jordan… Tak naprawdę pokonuje się mostek nad sztucznie wyciosanym w skale korytem, ale o symbolicznym znaczeniu. Stamtąd już niedaleko do, bez wątpienia, najsławniejszego kościoła w Lalibeli i jedynego niezadaszonego dodatkowo nowoczesnym płóciennym sklepieniem. Mówi się, że został zbudowany jako ostatni. Stąd pewnie wielka wirtuozeria wykonania tej budowli na planie krzyża greckiego. Budowniczowie po wykuciu 10 kościołów stali się mistrzami obróbki tufu wulkanicznego. I jak się patrzy na Beta Gyorgis trudno powiedzieć, że było inaczej. Świątynia ma symbolizować Arkę Noego, stąd pewnie ślepe okna pierwszej kondygnacji oraz część dziedzińca tworząca skalne zbocze, które nawiązywać ma do góry Ararat, na której spoczęła biblijna Arka. Legenda głosi, że pierwotnie król Lalibela zamierzał nazwać ten kościół swoim imieniem, jako hołd za zwieńczenie boskiego planu. Pewnej nocy jednak miał dziwny sen, w którym święty Jerzy przybywa na białym koniu do władcy cesarstwa z pretensjami. No bo jak to, on – jeden z najważniejszych świętych, patron całej Etiopii, on, który widnieje na malowidłach w co drugim etiopskim kościele, miałby nie mieć świątyni pod własnym wezwaniem tu w najświętszym miejscu w Etiopii. To rzecz nie do pomyślenia. Tak też uznał król Lalibela, gdy otrząsnął się już z tajemniczego snu.

Do zobaczenia w Boże Narodzenie
O kościołach w Lalibeli pewnie można pisać by bez końca. To co mnie jednak urzeka najbardziej w całym tym świątynnym kompleksie, to możliwość przemieszczania się między kościołami, wykorzystując najrozmaitsze dostępne drogi. Kamienne schody, mroczne jaskinie, podziemne tunele, wąskie, oślizgłe wąwozy, wiszące skalne mostki… Wyjątkowości tego miejsca dodaje świadomość, że 11 kościołów, wykutych w wulkanicznym tufie, nie zamieniło się w muzeum na wolnym powietrzu. Choć bez wątpienia Lalibela stanowi atrakcję turystyczną numer jeden w Etiopii, to cały czas jest to miejsce żywe, przyciągające jak magnes rzesze pielgrzymów i wiernych z odległych zakątków kraju. Wystarczy przybyć tam 7 stycznia, kiedy w Etiopii obchodzi się Boże Narodzenie, by przekonać się na własne oczy, że kościoły w Lalibeli, tak jak przed wiekami pełnią swoją funkcję.

Tekst i zdjęcia:
ZBYSZEK BORYS

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com o fotografowaniu i podróżach
bezpłatnie do pobrania:
https://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać