Fotograf w podróży

Królestwo Lo – Mustang

Skały w odcieniach pomarańczowej ochry i gołębiego błękitu. Różowo-żółto-zielone szachownice pól uprawnych. Głęboki kanion rzeki o groźnej nazwie Kali Ghandaki. Setki grot wykutych w skałach. Buddyjskie gompy, kolorowe czorteny, modlitewne młynki. I wszechobecny wiatr targający modlitewnymi flagami na przełęczach. Królestwo Lo, znane też pod nazwą Mustang, zachwyca barwami, spokojem i melodią natury – tam naprawdę wiatr śpiewa piosenki.

Bramą do tej magicznej krainy są dwa majestatyczne ośmiotysięczniki Dhaulagiri (Biała Góra) i Annapurna (Żywicielka). Startujemy z Pokhary. Po zaledwie 20-minutowym locie awionetką pomiędzy gigantami lądujemy z dreszczykiem emocji na bardzo krótkim pasie startowym w Jomson. Stąd zaczynamy naszą górską przygodę, której celem jest dotarcie do stolicy Lo – Manthang. Ruszamy dawnym historycznym szlakiem solnym w kierunku Tybetu. Jeszcze tylko w Kagbeni, pierwszej osadzie po drodze, nabywamy permit, bez którego wejście do królestwa Mustang byłoby niemożliwe. Ten niezbędny, wcale nietani dokument (pozwolenie na 10-dniowy pobyt kosztuje nas wartość 500 dol.) umożliwi nam dołączenie do grona 1000 szczęśliwców, którym w ciągu roku udaje się odwiedzić królestwo Lo.

Kiedy wędrujesz z niewielkim plecakiem, w swoich wygodnych traperach, to z podziwem patrzysz na Lobów – mieszkańców Mustangu, którzy wdzięcznie i z uśmiechem przemierzają górskie przełęcze w klapkach, dźwigając tak uroczy ciężar.

Kiedy wędrujesz z niewielkim plecakiem, w swoich wygodnych traperach, to z podziwem patrzysz na Lobów – mieszkańców Mustangu, którzy wdzięcznie i z uśmiechem przemierzają górskie przełęcze w klapkach, dźwigając tak uroczy ciężar.

 

Spotkania

Uśmiech to podstawa przy zawieraniu nowych znajomości. Dodajemy do tego ciekawość, a właściwie zadziwienie, i w efekcie przeżywamy wiele niezapomnianych spotkań. Najszybciej bariery odmienności łamią dzieci. Bez większych oporów nawiązują kontakty, a pretekstem do zawarcia znajomości może być np. nasz stary poczciwy karciany „Piotruś”. Iluż nowych rzeczy możesz dowiedzieć się o życiu mieszkańców, ba, nawet poznać parę nepalskich słów, próbując nie dać się ograć trójce dziewczynek w uroczym tea house o dumnej nazwie Hotel Dhaulagiri. Nieważne jest niewygodne klepisko, na którym toczy się w blasku świec zacięta gra. Domownicy życzliwie podrzucają nam dywanik, abyśmy „nie złapali wilka”. „Na migi”, wspierając się łamaną angielszczyzną przeplataną nepalskimi i polskimi słowami, rysunkami, z wypiekami na twarzy i radosnym błyskiem w oku wymieniamy nazwy zwierząt, liczby i próbujemy nie wyciągnąć „Czarnego Piotrusia”. Powoli dołączają dorośli. Tę emocjonującą grę przerywa dopiero mama dziewczynek, zabierając je do spania. Ale kiedy budzimy się następnego dnia i widzimy, że w kuchni umorusane dzieciaki grają już od rana, to z radością stwierdzamy, że warto było zabrać do plecaka karty, bo dawno się tak dobrze nie bawiliśmy.

Prezent w postaci pluszaka tylko przez krótką chwilę był atrakcyjniejszy od lokalnej zabawki – małej kózki.

Prezent w postaci pluszaka tylko przez krótką chwilę był atrakcyjniejszy od lokalnej zabawki – małej kózki.

Jednak nie wszystkie spotkania dają tylko radość. W maleńkiej szkole w stolicy Lo Manthang nie możemy uwierzyć, że dzieci uczą się w ciemnej, brudnej piwnicy. Kiedy ze złożonymi rączkami i cichym tradycyjnym pozdrowieniem „namasté”, nieśmiało pokazują swoje zeszyty i proszą nas, abyśmy zrobili im zdjęcie, ze wzruszenia mamy problem, aby pociągnąć za migawkę. I wiemy, że od tej pory, zanim zaczniemy narzekać na ciężki los, kiepskie zarobki, przypomnimy sobie właśnie ten obrazek, który nam uświadomił, jak wiele rzeczy posiadamy, którymi możemy się podzielić.

W Nepalu każdy dzień to dobra okazja, aby oddać cześć swoim bóstwom, a że jest ich sporo, świąt nie brakuje. W Ghemi, jednej z większych wiosek w Mustangu, trafiamy na obchody. Zebrani w lokalnym domu kultury zostajemy na powitanie obdarowani tradycyjnym białym kata (szal wręczany podczas uroczystości buddyzmu tybetańskiego). Atmosfera wesoła, śpiewy (na moje ucho trochę zawodzące), wielki gar ryżu z bakaliami, z jednej strony sali mężczyźni, z drugiej kobiety z dziećmi – wszyscy w tradycyjnych strojach i… z telefonami komórkowymi. Pośrodku stół, a na nim piwo i coca-cola. Obserwujemy świąteczne rytuały, ochładzając nasze zadziwienie znajomą colą. A gdy na zakończenie imprezy biesiadnicy zostają obsypani ryżem, nasuwają nam się skojarzenia z polskimi ślubami.

Idąc w górę wzdłuż brzegów rzeki Kali Gandaki, trzeba wsłuchać się we wszędobylski wiatr – może uda się usłyszeć jakąś melodię? W drodze z Kagbeni (2810 m n.p.m.) do Chele (3050 m n.p.m.).

Idąc w górę wzdłuż brzegów rzeki Kali Gandaki, trzeba wsłuchać się we wszędobylski wiatr – może uda się usłyszeć jakąś melodię? W drodze z Kagbeni (2810 m n.p.m.) do Chele (3050 m n.p.m.).

Zachwyt

Kiedy w zachodzącym słońcu spoglądamy na zaskakująco czerwone góry w Dhakmar, to jesteśmy w stanie uwierzyć w historię o pokonaniu przez Guru Padmasambhava demonów zamieszkujących te tereny i w to, że krew zabitych upiorów zabarwiła skały na czerwono. Nie dziwi nas nawet to, że niebieskie góry obok to wynik kontaktu skał z wnętrznościami demonów. Magia pięknych widoków urzeka na każdym kroku. Zachwycają małe wioski, które latem są zielonymi oazami na skalnej pustyni. Na przełęcze donosimy „na szczęście” kamyki, budując w ten sposób kopce dla podtrzymania flag modlitewnych. I wpatrujemy się w ośnieżone olbrzymy, nieśmiało od czasu do czasu wyglądające zza chmur.

Mistycyzm

Nepal to kraj, do którego przyjeżdżają ludzie z całego świata, pchający się na najwyższe szczyty, aby sięgnąć niebios. A tymczasem bogowie i święci schodzą na niziny, są obecni na każdym kroku – nieraz na swojej drodze spotkasz wędrującego sadhu, świętego męża. W Mustangu dominuje buddyzm tybetański. Mantrę „Om Mani Padme Hum” słychać wszędzie. Powtarzają ją ludzie, trzymając w rękach male, buddyjskie sznury modlitewne, jest wyryta na kamieniach modlitewnych mani, wyśpiewują ją za każdym obrotem młynki modlitewne. A jeśli zapragniesz głębszych, mistycznych doznań możesz uczestniczyć w buddyjskiej pudży w okolicznej gompie. Gościnni mnisi na pewno poczęstują cię tybetańską herbatą z solą i jaczym masłem.

Szczęście

Kiedy wędrując przez góry, poznaliśmy już wszystkie piosenki wyśpiewane przez wiatr, zaczęliśmy wspierać się technologią – ze słuchawkami na uszach daliśmy się ponieść dźwiękom tybetańskich mantr oraz nepalskiego folku w klimacie Bollywood. I choć czasem brakowało nam tchu na podejściach (w końcu jesteśmy wysokości ponad 3500 m n.p.m.), to miejsce, krajobrazy, muzyka, możliwość zatrzymania się w codziennym biegu pozwoliły nam poznać, jak wygląda jedna z odsłon niewytłumaczalnego szczęścia.

Tekst i zdjęcia: Joanna Rak

 

Artykuł pochodzi z magazynu FotoGeA.com
https://www.fotogea.com/bezplatny-magazyn-fotogea/

 

To także może ci się spodobać