Fotograf w podróży

Kinabalu – tam, gdzie mieszkają duchy praprzodków

Udało się, jedziemy na Gunung Kinabalu! Oddychamy z ulgą, gdy przychodzi potwierdzenie, że mamy miejsca noclegowe w schronisku Laban Rata – przedmiot pożądania turystów z całego świata. Najwyższy szczyt Archipelagu Malajskiego – 4095 m n.p.m. stanie się teraz głównym celem naszej podróży do wschodniej części Borneo. Spektakularnie położony w Parku Narodowym Kinabalu, w 2000 r. został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Aki Nabalu
W języku plemion zamieszkujących wybrzeże stanu Sabah nazwa góry oznacza święte miejsce umarłych. Tradycja obłaskawiania ducha Kinabalu i dusz praprzodków utrzymała się do dziś, a przewodnicy górscy, uważani za strażników ich spokoju, składają ofiary z kurczaków, jajek, ryżu, cygar, pieprzu betelowego i limonek.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

2,5 godziny lub 2 dni
Tyle potrzeba na pokonanie trasy na górę i z powrotem. Codziennie ok. 200 śmiałków próbuje swych sił. Dla każdego to wyzwanie oznacza coś innego. Międzynarodową sławę zyskał organizowany 22-23 października br. już po raz 25. „Kinabalu Climbathon” – górski bieg, uważany za najtrudniejszy na świecie. W zeszłorocznym wyścigu Włoch Marco De Gasperi zdobył szczyt, a następnie pokonał trasę w dół w rekordowym tempie zaledwie 2 godzin 33 minut i 56 sekund. To jednak nie dla nas. Zawodnicy zgodnie podkreślają, że biegnąc nie mogą pozwolić sobie na dekoncentrację i nie widzą absolutnie nic dookoła. Zwykli śmiertelnicy poświęcają na wycieczkę 2 dni.

Kinabalu stanowi największą atrakcję turystyczną stanu Sabah. Drogę na szczyt przez granitowe bloki skalne wyznacza lina. Wielu określa ją mianem „linii życia”.

Kinabalu stanowi największą atrakcję turystyczną stanu Sabah. Drogę na szczyt przez granitowe bloki skalne wyznacza lina. Wielu określa ją mianem „linii życia”.

Azmil
Do Parku przybywamy dzień wcześniej. O zmierzchu na tle Kinabalu palcem w powietrzu rysujemy trasę, którą planujemy pokonać. W dniu wyprawy wstajemy przed świtem i udajemy się do siedziby władz Parku, żeby przydzielono nam przewodnika. Góra ledwie majaczy we mgle, ale udziela się nam panujący wśród turystów nastrój ekscytacji. Azmil wygląda na 15 lat, ma gumowe klapki na bosych stopach. Przy „strażniku góry” czujemy się dziwnie w naszych butach trekkingowych ze specjalistycznymi przyczepnymi podeszwami z zachodniego świata. Azmil mówi niewiele; nie jesteśmy pewni, czy zna angielski. Prawie na migi prosi o pokwitowanie, że przeszkolił nas z zakresu bezpieczeństwa.

Timpohon – Laban Rata
Do bramy Timpohon podjeżdżamy busikiem, aby oszczędzać siły. Dalej idziemy powoli, podziwiając egzotyczną florę. Czuć, że jesteśmy w tropikalnym lesie. Ubrania od razu oblepiają nas od stóp do szyi; z czasem jednak przestajemy na to zwracać uwagę. Mijamy wodospad Carsona. Wszędzie słychać świergot niezliczonych gatunków ptaków. Wzdłuż szlaku ulokowane są wiaty zw. „pondok”, gdzie można usiąść, odpocząć i nabrać wody do picia. Pełno tu sympatycznych wiewiórek ziemnych, dla których człowiek oznacza „łatwe jedzenie”. Odmierzamy czas kolejnymi „pondokami” i zmieniającymi się piętrami bajkowej roślinności. Azmil jest, ale jakby go nie było – idzie z tyłu; to my nadajemy tempo. Pondok Kandis, Uboh… Ptasie trele zagłusza sapanie i bicie naszych serc. Nieliczne otwarte przestrzenie pozwalają rzucić okiem na dolinę i masyw Kinabalu. Ciągle daleko. Lowii… Mempening… Wysokie drzewa ustępują miejsca niższym, roślinność staje się gęstsza. Pojawiają się rododendrony kwitnące w przeróżnych kolorach; podobno rosną ich tutaj 24 odmiany. Layang Layang – już 2702 m… Oprócz wiewiórek są szczury. Zrobiło się ciszej, ptaków jakby mniej, a wokół zaczynają tańczyć chmury i mgła. Plecaki potwornie ciążą. Czy to wszystko będzie nam potrzebne?

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Willosa… Paka… Zieleń coraz mniejsza, rozproszona. Bardzo podobają się nam ogromne, zwisające z gałęzi niczym mikołajowe brody porosty. Nie ma wiewiórek, ptaki tylko czarne z żółtą obwódką wokół oka. Azmil daje nam znać, że to rzadkie okazy. Po przekroczeniu 3000 m zaczynamy ciężej oddychać. Chmury pełzają tuż przy ziemi.
Nasze kolana z wdzięcznością przyjmują bardziej płaskie odcinki. Staramy się nie pamiętać, że De Gasperi wbiegł na górę w niewiele ponad półtorej godziny. Ignorujemy tragarzy z wielkimi tobołami, wyprzedzających nas raźnym krokiem. Niektórzy chyba po raz drugi. Większość w podobnym obuwiu, jak Azmil lub w „kampung adidasach”, czyli gumowym odlewie znanych trampek. Z uśmiechami na twarzach mijają nas też malajscy seniorzy.
Azmil przemawia: za wolno idziemy, zmokniemy, zawsze tu pada o tej porze. Prorocze słowa. Zakładamy peleryny – w takim okryciu jest, jak w saunie. Godzina 16:00, 3263 m n.p.m – wreszcie „w domu”.

„Zostaw tylko ślady stóp, zabierz tylko wspomnienia i zdjęcia”
Taki napis wita nas przed wejściem. W schronisku brak ciepłej wody, bo nie ma prądu. Nie można się umyć, ale jesteśmy tak zmęczeni, że jest nam wszystko jedno. Wieczorem oniemieli z zachwytu oglądamy wspaniały spektakl natury – przestaje padać, pod nami przepływają w puszystych korowodach chmury, a nad nimi powoli zachodzi słońce, malując odcieniami czerwieni wszystko wokół. Pojawia się tęcza.
Idziemy spać. Wstajemy w nocy. I tak nie mogliśmy usnąć. O 2:00 śniadanie. Ubrani w polary, kurtki, czapki i rękawiczki, wyposażeni w czołowe latarki wyruszamy w milczącym pochodzie na szczyt. Kto się na równiku tak ciepło ubiera? Azmil robi nam pamiątkowe zdjęcie.
Od Laban Rata nie ma drzew, tylko krzewy, a potem – granitowa pustynia. Formacje skalne wyglądają nieziemsko w świetle księżyca. Oglądamy się, aby zobaczyć dziesiątki osób, które – niczym pokutujące dusze – ze światełkami, powoli suną gęsiego w ciemności. Teraz łatwo uwierzyć w legendy o Aki Nabalu. Wędrówka jest uciążliwa. Myślimy, że kres już blisko, a otwiera się przed nami kolejna wielka przestrzeń. Nie bez powodu szczyt południowy nosi przydomek „fałszywego”. Droga wiedzie wzdłuż liny znaczącej trasę, jedynie miejscami przydatnej do wciągania się w górę. Wiele osób nie wypuszcza jej z rąk, momentami idąc na czworaka. Niektórzy cierpią na chorobę wysokościową; nie dają rady, rezygnują.
Ostatni etap to prawdziwa wysokogórska wspinaczka. Na szczycie Sir Lowa nie ma miejsca, by wszyscy zmieścili się tam o wschodzie słońca. Nie szkodzi – magiczne światło jest wszędzie. W niemym zachwycie obserwujemy, jak masyw Kinabalu rzuca ogromny trójkątny cień na Morze Południowochińskie, a okoliczne wierzchołki przyjmują coraz to inne kształty, rzeźbione pierwszymi promieniami. Na szczycie trwa „dyskoteka” fleszy. Każdy chce mieć pamiątkowe zdjęcie o świcie na „dachu Malezji”. W miarę jak słońce podnosi się nad linią widnokręgu, robi się ciepło, góra pustoszeje. Łańcuszek ludzkich mrówek pospiesznie opuszcza skalisty grzbiet. My, jak zahipnotyzowani, zostajemy na Kinabalu sami. Azmil z nudów drzemie, a my mamy czas na zdjęcia i taką niezwykłą górę do swojej wyłącznej dyspozycji!

Droga w dół
Powoli, nie zważając na nadciągające chmury, schodzimy do schroniska, ciesząc się każdym metrem wędrówki w tym fantastycznym miejscu. Wracając pokonaną po ciemku drogą, jesteśmy nią zaskoczeni – w ogóle nie pamiętamy trudności, które trzeba było pokonać. Kolana wyraźnie sygnalizują, że mają już dość. Chyba „oswoiliśmy” naszego przewodnika – stał się całkiem rozmowny. Idziemy w dół żółwim tempem, robiąc mnóstwo zdjęć. Łapie nas burza, a wyprawę kończymy o zmierzchu. Do prywatnej historii przewodnickich doświadczeń Azmila przechodzimy z najdłuższym czasem wejścia i zejścia.

Słońce oświetla pierwszymi promieniami szczyt Spensera Buckinghama St. Johna (4091 m), jednego z pionierów wspinaczek na Kinabalu. O tej porze na górze jest całkiem tłoczno.

Słońce oświetla pierwszymi promieniami szczyt Spensera Buckinghama St. Johna (4091 m), jednego z pionierów wspinaczek na Kinabalu. O tej porze na górze jest całkiem tłoczno.

Nie tylko góra

U podnóża Kinabalu warto pospacerować. Występuje tu podobno 1000 gatunków orchidei, 700 odmian paproci, 9 rodzajów owadożernych dzbaneczników, a także raflezje – rośliny o najcięższych kwiatach, które mogą mierzyć 1 m średnicy i ważyć kilka kilogramów. Na faunę trzeba uważać – są ziemne pijawki i węże (też niemało: 140 gatunków). Azmil radzi, aby w przypadku ukąszenia przez jadowitego węża, dostarczyć do kliniki również samego gada, by lekarz mógł bezbłędnie dobrać surowicę. W dziewiczych pierwotnych lasach tropikalnych Sabahu można podglądać wyjątkowych mieszkańców: w dolinie Danum – pantery borneańskie czy dzioborożce (duże ptaki z długim, zakrzywionym dziobem z ogromną naroślą), nad rzeką Kinabatangan w lasach mangrowych – nosacze sundajskie (małpy o charakterystycznych nosach w kształcie ogórka, które występują tylko na Borneo), a w okolicy Sepiloku – orangutany.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

KK
Strudzeni wypoczywamy nad Morzem Południowochińskim w Kota Kinabalu. KK, jak nazywają je miejscowi, to najszybciej rozwijający się ośrodek turystyczny Malezji. I tutaj trudno oddać się lenistwu, bo niedaleko pomiędzy wyspami Gaya, Mamutik, Manukan, Sapi i Sulug piękna rafa kusi bogactwem głębin.
W samym KK, aż roi się od barwnych bazarów, gdzie można kupić dosłownie wszystko. Najtrudniej zapomnieć portmonetki z wytrawionych żab (jak żywe!) oraz przedziwne morskie frykasy.
Wyjeżdżamy pełni wrażeń i strasznie zmęczeni, jednak przekonani, że wrócimy po więcej!

Tekst: DOROTA SERAFIN
Zdjęcia: Piotr Gołębiowski
http://pigonfoto.com/

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com
bezpłatnie do pobrania:
https://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać