Fotograf w podróży

FOTOPODRÓŻE: Krymskie opowieści

Krym to półwysep rozmaitości oferujący nie tylko piękne plaże, góry i stepy, ale też i pałace, twierdze oraz świątynie wielu wyznań. Przygotowując się do naszej pierwszej samodzielnej wyprawy samochodem terenowym na Krym, zamęczaliśmy wszystkich naszych bardziej doświadczonych przyjaciół pytaniami. A co jeśli utkniemy w błocie? A co jeśli trzeba będzie pokonać rzekę? A co jeśli zakopiemy się na plaży? A co jeśli samochód nam się zepsuje na zupełnym pustkowiu? A co jeśli…?

Wszyscy zgodnie odpowiadali: Wy tam nie jedziecie na rajd terenowy tylko po to, aby jak najwięcej zobaczyć i zwiedzić. Nie pchajcie się, zatem w trudny teren bez potrzeby, bo jeśli chcecie sprawdzić możliwości wasze i samochodu, to róbcie to jak najbliżej własnego domu.

Dzisiejszy Półwysep Krymski to efekt niezwykłej i zarazem egzotycznej mozaiki kultur oraz religii

Dzisiejszy Półwysep Krymski to efekt niezwykłej i zarazem egzotycznej mozaiki kultur oraz religii

Jednakże, pomimo obietnic danych przyjaciołom, często zjeżdżaliśmy z głównej trasy. Chociażby po to, aby uniknąć telepania się w żółwim tempie wśród ciężarówek obładowanych arbuzami, pomidorami czy jabłkami. Nie chcieliśmy też sterczeć w wielogodzinnych korkach w okolicach Ałuszta, Jałta, czy Ałupka czyli popularnych wśród turystów miejscowości. Kusiły nas też miejsca piękne, lecz trudno dostępne bez napędu 4×4 i podwyższonego zawieszenia. Jednym z nich była mierzeja Arabacka – wąski pas lądu liczący około 100 km pomiędzy morzem Azowskim a zalewem Siwasz. Pomimo paskudnej pogody, wściekłego ataku komarów za dnia a nocą nietoperzy, pomimo tego, że zepsuł się tam samochód naszych towarzyszy z przyjemnością wspominamy widoki ze ‘striełki’: woda po lewej, woda po prawej i piaszczysta droga jak tarka ciągnąca się wśród traw aż po horyzont. Ku naszemu zdziwieniu te polne drogi wśród niekończących się stepów Krymu – przestrzeni, gdzie wzrok nie ma się na czym zatrzymać – pozwalały nam poruszać się bardzo szybko i sprawnie.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

OGIEŃ I JEZIORO DUSZY
Półwysep Tarchankut polecał nam gorliwie spotkany w skalnym mieście Mangup – Kale mieszkaniec Eupatorii, gdy wspomnieliśmy mu, że chcemy zwiedzić jego rodzinne miasto. – Eupatoria, tak, tak, oczywiście ciekawe miasto, ale odpuśćcie je sobie. Jedźcie na półwysep Tarchankut. Tam, na pewno wam się spodoba. Macie takie samochody, że bez problemu przemierzycie półwysep wzdłuż i wszerz, a uwierzcie mi, zobaczycie niezwykłe rzeczy. Miał rację. Półwysep oddzielony od pozostałej części Krymu jeziorem Donuzław jest ostoją spokoju i ciszy, przerywanej tylko wściekłym wyciem wiatru, który niczym nie powstrzymywany hula wszędzie. Jechaliśmy na przełaj, przez step mijając jedynie pasące się konie, by dotrzeć na wybrzeże. Konie z zainteresowaniem podnosiły głowy przyglądając się nieoczekiwanym przybyszom. Gdy wreszcie dotarliśmy do celu naszym oczom ukazały się wysokie śnieżnobiałe klify, świecące jak ogień w słońcu. Zrozumieliśmy, dlaczego, ten skrawek wybrzeża otrzymał nazwę Atliesz – to słowo pochodzące z perskiego oznacza ogień. Niezwykłe było to miejsce – pełne klifów, zatoczek, jaskiń, po których można by włóczyć się bez końca. Niesamowite wrażenie zrobił na nas długi prawie na 100 m tunel, którym można przepłynąć z jednej strony klifu na drugą. Woda zadziwiała przejrzystością i barwą.

Paru mnichów zamieszkuje opuszczone skalne miasto Mangup Kale opiekując się  czynną tu nadal cerkwią.

Paru mnichów zamieszkuje opuszczone skalne miasto Mangup Kale opiekując się czynną tu nadal cerkwią.

W pobliżu najbardziej wysuniętej na zachód części półwyspu znajduje się miejsce zwane Dżangul – czyli po turecku ‘jezioro duszy’. Tu wapienne skały osadzone są na glinie wypłukiwanej przez wodę morską. W wyniku erozji powstają wielkie i spektakularne osuwiska. Staliśmy nad krawędzi największego z nich. Klif wysoki na 35m, długi na 500m i szeroki na 200 runął w morze kilkadziesiąt lat temu. Zastanawiamy się, jak mocno zadrżała ziemia i jak potężny huk rozdarł wtedy powietrze. Podziwialiśmy nadmorską dolinę usianą samotnymi skałami i grotami mając nadzieję, że dziś ziemia nie usunie nam się spod nóg. Byliśmy zupełnie sami, wiatr szarpał na nas ubrania a wrak statku obijający się o skały potęgował atmosferę grozy i tajemniczości.

SURB CHACZ
Ormiański mnich kilka razy zaglądał do cerkwi Świętego Krzyża w klasztorze Surb-Chacz zaniepokojony, że tak długo tam przebywamy. Za każdym razem zastawał nas siedzących nieruchomo na ławeczkach i zapatrzonych w ołtarz. Kiwał głową ze zdumienia i wychodził. A my sami zaskoczeni tym, że czas przestał płynąć, siedzieliśmy wśród surowych kamiennych ścian świątyni, zasłuchani w muzykę cerkiewną i wcale nie mieliśmy ochoty, by stamtąd wyjść. Byliśmy w klasztorze jedynymi zwiedzającymi. Co pewnie nie często się zdarza, gdyż urokliwie położony wśród lasów klasztor z cerkwią Świętego Krzyża – najstarszą pozostałością architektury ormiańskiej – z pewnością musi przyciągać rzesze turystów i pielgrzymów. Przyglądaliśmy się starym, na wpół rozwalonym kamiennym celom mnichów, włóczyliśmy się po pozostałościach przyklasztornego ogrodu. W końcu, wykorzystując przerwę w deszczu, usiedliśmy niedaleko domu pielgrzyma, by napić się kawy w ‘restauracji’ pod gołym niebem. Przemiła pani sprzedająca napoje i domowe wypieki z radością przywitała pierwszych tego dnia klientów. Wyraźnie znudzona miała ochotę na rozmowę. Ciekawi byliśmy, czy zawsze o tej porze jest tu tak pusto. Pani w odpowiedzi przecząco pokręciła głową: Nie, normalnie to już od samego rana mamy sporo turystów albo pielgrzymów. Tylko dzisiaj jest tu jakoś dziwnie pusto. Gdy opuszczaliśmy bramy klasztoru mijały nas już pierwsze marszrutki z turystami.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

SKLANE MIASTO
Do skalnego miasta Mangup-Kale, położonego na wzniesieniu o wysokości 583m, można zasadniczo dostać się na dwa sposoby. Albo można pokonać wzniesienie na własnych nogach, co o ile jesteśmy względnie sprawni fizycznie i nie pogubimy się w leśnych ścieżkach zabierze nam około godziny albo możemy wynająć gazika wraz z miejscowym kierowcą. Myśmy wybrali jeszcze inny wariant, to znaczy zdecydowaliśmy pokonać wzniesienie własnymi samochodami.

Zrekonstruowana Twierdza Genueńska góruje nad nadmorskim miastem-kurortem Sudak.

Zrekonstruowana Twierdza Genueńska góruje nad nadmorskim miastem-kurortem Sudak.

Strażnik stojący przy bramce, być może zaskoczony polską i niemiecką rejestracją samochodów, nie zatrzymał nas i nie wymyślał powodów, dla których nie wolno byłoby nam wjechać do Mangup-Kale. Poinformował jedynie, byśmy jechali główną drogą, potem prosto przez łąki, a później w prawo w las i następnie już tylko pod górę. Pół godziny później pokryci warstwą białego pyłu parkowaliśmy na dziedzińcu miasta. Tu na „swoich” turystów oczekiwali miejscowi kierowcy. Łypali na nas spod oka i coś mówili, o zabieraniu im chleba. Postanowiliśmy wypalić z nimi „fajkę pokoju”, którą był podzielony na wiele części melon. Atmosfera wyraźnie się poprawiła. Panowie w końcu stwierdzili, że możemy pójść zwiedzać miasto, a oni z czystej sympatii popilnują naszych aut. Mangup-Kale ma barwną historię. W XIII wieku było ono stolicą małego państwa zwanego Despotatem Teodoro. Po zdobyciu w XV w przez Turków największej kolonii genueńskiej na Krymie, wojska osmańskie rozpoczęły sześciomiesięczne oblężenie Mangupu. Ostatecznie mieszkańcy miasta w obliczu głodu poddali się. Turcy spalili miasto, mieszkańców wycięli w pień i założyli własny silny garnizon. Podobno jeszcze 200 lat temu przebywali tu ludzie. Dziś włóczymy się jedynie wśród ruin, pieczar, jaskiń oraz pozostałości po cmentarzach.
Trzeba sporo wyobraźni, by przedstawić sobie, jak wyglądało tu kiedyś życie. Dzisiaj jedynym jego przejawem jest kilku mnichów mieszkających w grotach i utrzymujących wykutą w skale cerkiew. Kiedy spoceni i spragnieni dotarliśmy górską ścieżką do ich małej świątyni jeden z nich bez słowa zaprowadził nas do źródła i poczęstował krystalicznie czystą wodą.

CZY ABY UKRAINA?
W Teodozji, w soborze ormiańskim ponury i burkliwy dozorca wymusił na mnie kupno świeczki, za którą zażądał dwóch rubli.
„Rubli!” – aż się zapowietrzyłam ze zdumienia. Skąd ja mam mu wziąć ruble! Zdołałam jedynie wykrztusić: „Nie mam rubli, nie mam ci czym zapłacić”. Z pomocą pospieszyła mi zwiedzająca sobór rosyjska turystka: „Oni tu mówią ruble, ale mają na myśli hrywny”.
Obecność Rosji czuć nie tylko w Sewastopolu, gdzie oglądaliśmy rdzewiejącą flotę czarnomorską, ale także w Bałakławie, gdzie znajdowała się supertajna baza rosyjska. Tych baz na Krymie zbudowali Rosjanie bez liku. Przez kanał prowadzący do jednej z nich musieliśmy nadrabiać spory kawał drogi. Jechaliśmy z Eupatorii do miejscowości Cziernomorskoje. Daliśmy się nabrać mapie, że dobra droga prowadzi mierzeją pomiędzy Morzem Czarnym a jeziorem Donuzław. W rzeczywistości w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia Rosjanie zrobili w mierzei przekop, aby okręty wojenne mogły przepływać nim do tajnej bazy wojskowej zbudowanej w głębi jeziora. Przejazdu nie ma i poprawki nie trafiły jeszcze na wiele współczesnych map!
Po wyjechaniu z Krymu coraz rzadziej słyszeliśmy rosyjskie „zdrawstwujtie” i „spasiba”. Zastąpiły je ukraińskie „dobryj dien” i „diakuju”. Tak, jakbyśmy przekroczyli jakąś niewidzialną granicę i wjechali do innego państwa. Nawet nawierzchnia dróg się zmieniła. Kilometry wybojów ukraińskich szos prowadzadziły nas w stronę Polski. ◊

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

PORADNIK: Kieruj albo fotografuj!
Podczas naszej pierwszej wyprawy samochodowej na Krym dość szybko odkryliśmy, że trudno być jednocześnie kierowcą, pilotem, nawigatorem i do tego fotografem. Jeśli chcemy, by ktoś udokumentował wyprawę fotograficznie, wyznaczmy osobę, która będzie wyłącznie odpowiedzialna za zdjęcia. W sytuacjach krytycznych, najpierw ratowaliśmy siebie i samochód, a dopiero na końcu, już po wszystkim wyciągaliśmy aparaty. Krym w dużej części to stepy – rozległe i otwarte przestrzenie, na których nie ma dosłownie nic. Jechaliśmy kilometrami i wokół nas rozciągała się pustka. Nie było drzew, domów czy zwierząt. Niełatwo było uchwycić urok tych miejsc w kadrze.
Wybrzeża Krymu, a zwłaszcza okolice Jałty, są bardzo popularne wśród turystów. Pałace i muzea zwiedza się w dużych grupach wraz z przewodnikiem. Zorientowaliśmy się jednak, że jako obcokrajowcy zapierający się, że nie znamy ani ukraińskiego ani rosyjskiego i możemy odłączyć się od grupy i samodzielnie zwiedzać zabytki a przy okazji robić zdjęcia bez przepychania się wśród tłumu i bez pospieszania przez przewodnika. Krym obfituje w zabytki sakralne wielu wyznań. Niestety dość często spotkaliśmy się z zakazem robienia zdjęć we wnętrzu świątyń. A szkoda, bo niektóre rzeczywiście robią wrażenie i kuszą, by zakaz ten złamać. Czasami już na dziedzińcu kazano nam chować aparaty. Sympatyczni mnisi z chęcią spędzali z nami czas oprowadzając nas po kościołach lecz zdecydowanie nie chcieli, by robić im zdjęcia. ◊

Tekst i zdjęcia:
Ola i Włodek Serwińscy
http://www.serwinski.pl

Materiał pochodzi z FotoGeA.com
https://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać