Fotograf w podróży

FOTOekspedycje: BIRMA kraj z pozoru całkiem zwyczajny

Przewodnik po Birmie wydany przez Lonely Planet poświęca wiele stron zagadnieniu: „jechać do Birmy, czy nie?” i podaje szczegółowe wyliczenia, ile pieniędzy zarabia junta na każdym turyście. A zarabia oczywiście na: hotelach, za które trzeba płacić w dolarach; transporcie, za który płacimy khatami (lokalna waluta), lecz kilkakrotnie więcej niż miejscowi; no i opłatach za zwiedzanie, za które płacimy w zależności od humoru urzędnika albo w dolarach, albo w khatach. Skoro płacimy to znaczy, że dofinansowujemy juntę.

No cóż trudno uniknąć opłat za hotele i transport, ale z opłatami za zwiedzanie sprawa wygląda już nieco inaczej. Przewodnik wręcz sugeruje, by nie płacić i opisuje, jak tego dokonać. Główne zasady to: nie wchodzić głównym wejściem, a jeśli głównym to po godzinach pracy. Nie znam takiego drugiego przewodnika, gdzie otwarcie namawia się do nie płacenia za zwiedzanie.
Nasze telefony komórkowe milczały, w nielicznych kafejkach internetowych albo nie było połączenia, albo Internet działał bardzo wolno. Nie ma banków międzynarodowych, zatem pieniądze wymienialiśmy na ulicy. Oczywiście trzeba było uważać, by nie dać się oszukać, ale przede wszystkim banknot musiał być nowy. Inaczej nie miał żadnej wartości i nie dało się go wymienić. W restauracji właściciel polecił nam danie z wieprzowiną szepcząc do ucha: ”Doskonała, świeżutka, mięciutka z czarnego rynku”. Widząc wzdłuż drogi czarnorynkowe stacje paliw dziwiliśmy się, że działają tak otwarcie. Nasz kierowca tłumaczył, że jest to możliwe, ponieważ odpowiednim władzom płaci się sowite łapówki.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

 

Kraina świątyń i klasztorów
Jest ich niezliczona ilość. Królują na wzgórzach i kryją się w dolinach. Wyrastają wśród niewielkich bambusowych chatynek i kolonialnych domów. Świątynne wzgórze w Sagaing zauroczyło nas atmosferą rozmodlenia i wyciszenia. Na szczęście nie całe wzgórze jest święte i nie musieliśmy zdjąć sandałów już na samym dole. Inaczej niż w Mandalay, gdzie kilkusetmetrową górę zdobywaliśmy boso. Dla naszych stóp nie przyzwyczajonych do takich wędrówek to była mordęga! Włóczyliśmy się po Sagaing w ciszy przerywanej jedynie dźwiękiem świątynnych dzwonków kołysanych na wietrze. Wybierając wijące się ścieżynki na chybił trafił docieraliśmy do świątyń i klasztorów zanurzonych w zieleni. Niektóre z nich były wielkie, otoczone wysokimi murami; inne zaś małe, pachnące intensywnie drewnem w rozpalonym słońcu. W jednym z takich klasztorów mnich zaprowadził nas do pomieszczeń i tuneli wykutych w skale. Część była zawalona gruzem i niedostępna, a część mnisi zagospodarowali na spiżarnie i kuchnię. Nie udało nam się niestety dowiedzieć, dokąd prowadziły ozdobne korytarze i jak były stare, gdyż nasze porozumiewanie ograniczone było do bardzo szerokiego uśmiechu.
Atmosfera ciekawości i podniecenia panowała w świątyni Yadana Labamuni Hsu-taung-pye w Paleik. Tu wierni niby skupieni na modlitwie klęczeli przed oklejonym niezliczoną ilością płatków złota posągiem Buddy, a w rzeczywistości spoglądali z przejęciem na zwinięte w kłębek trzy wielkie birmańskie pytony. Gdy przekroczyliśmy próg świątyni wierni oderwali od nich wzrok i utkwili go w nas. Na szczęście punkt jedenasta mistrzowie ceremonii w asyście podekscytowanych wiernych wynieśli zaspane węże na słońce i na pewien czas uwaga ludzi ponownie skupiła się na pytonach. Dotykano je, głaskano, posypywano piaskiem. Szczytem marzeń było zrobienie sobie zdjęcia ze świętym wężem. Przy wejściu do świątyni zawodowy fotograf za jedyne 500 khat (0,6 USD) oferował swoje usługi.

W Bagan, wokół najważniejszych świątyń, kwitnie regularne, wiejskie życie.

W Bagan, wokół najważniejszych świątyń, kwitnie regularne, wiejskie życie.

W Shwedagon Paya w Yangoon, jednym z najświętszych miejsc Azji, można spędzić godziny obserwując religijne życie Birmańczyków. Wokół 98 metrowej złotej piramidy ozdobionej szlachetnymi kamieniami, wśród których króluje 76-karatowy diament rozciąga się istny labirynt świątyń, kapliczek, pawilonów i zedi. W towarzystwie rudego kota długo siedziałam na stopniach jednej z pomniejszych świątyń i patrzyłam na toczące się życie. Towarzyszyło mi monotonne murmurando modlitw i dźwięk dzwonków szarpanych przez wiatr. Przede mną wierni zapalali kadzidełka w intencji spełnienia się życzeń. Dzieci biegały i radośnie dokazywały na dziedzińcu. Mnich tkwił w bezruchu pogrążony w medytacji. Pielgrzymi oblewali kubkami wody marmurowe posągi Buddy. Liczba kubków wody, którymi należy obmyć posąg równa się liczbie przeżytych lat. Co jakiś czas, szeregi dziewcząt lub chłopców uzbrojonych w miotły ruszały by sprzątnąć teren wokół głównej stupy. Nawet nie zauważyłam, kiedy nadszedł zmierzch i jednocześnie czas naszego powrotu. Wychodziliśmy bogato udekorowaną wschodnią bramą, wielokrotnie przystając, by, choć jeszcze raz spojrzeć na miejsce, które tak nas zauroczyło swoją magią.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Bagan – największa liczba świątyń na m2
W tropikalnym skwarze, w samo południe, oblani potem pchaliśmy wypożyczone rowery przez piaski Baganu. Spalona słońcem równina aż po horyzont wypełniona była świątyniami różnej wielkości: małe, malutkie, wielkie, olbrzymie; stojące w grupach i samotnie, białe, pozłocone i z czerwonej cegły. Często odnowione bez zastanowienia i szacunku dla tradycji. Brytyjscy kartografowie spierają się, ile budowli sakralnych znajduje się na tym kawałku ziemi: 2230 czy 2217? Podobno kiedyś było ich prawie 5000. Nie wydaje mi się to istotne dla przeciętnego śmiertelnika, który i tak doznaje zawrotu głowy od liczby świątyń i ich nazw tak skomplikowanych, że następnego dnia za nic nie można ich sobie przypomnieć.
Kiedyś przestrzeń między świątyniami rozbrzmiewała życiem codziennym miasteczka, które przetrwało wojny, zmiany dynastii i trzęsienia ziemi. Niestety nie udało mu się oprzeć wojskowemu rządowi Birmy. Bagan jest przecież atrakcją turystyczną znaną na całym świecie i przyciąga rzesze obcokrajowców. Zatem junta doszła do wniosku, że skromne bambusowe chatki bez bieżącej wody, kanalizacji i nierzadko prądu nie pasują do obrazu kraju oficjalnie mlekiem i miodem płynącym i w 1990 roku zarządziła przymusowe wysiedlenie miasteczka.

Schwedagon Paya w Yangoon - magiczne i urokliwe miejsce, które na długo pozostaje w pamięci, gdzie godzinami można obserwować religijne życie buddystów.

Schwedagon Paya w Yangoon – magiczne i urokliwe miejsce, które na długo pozostaje w pamięci, gdzie godzinami można obserwować religijne życie buddystów.

Dziś, wokół świątyń można się natknąć głównie na sprzedawców pamiątek i turystów. Są świątynie, które w ciągu dnia zieją pustką, ale o wschodzie, czy zachodzie słońca oblepione są turystami z całego świata. Przywożeni autokarami, taksówkami, minibusami, motorami i bryczkami, wyposażeni w aparaty fotograficzne różnego kalibru czekają na magiczny moment, kiedy to kula słońca powoli pojawi się lub zniknie za horyzontem.
Mając rowery oraz sporo czasu byliśmy niezależni. Jechaliśmy często na przełaj spotykając jedynie pasterzy i stada wychudzonych krów i kóz. Jedna z niewielkich świątyń przyciągnęła nasz wzrok. Okazało się, że był w niej przesympatyczny jednozębny staruszek. To znaczy myśmy nazwali go staruszkiem, jednak przy poziomie medycyny i standardu życia w Birmie równie dobrze mógł mieć jedynie jakieś czterdzieści lat. Zaprowadził nas ciemnymi przejściami do ukrytych komnat, z których można było obserwować wnętrze świątyni. Wiele radości sprawiało mu, gdy Włodek z trudem mieścił się w niewielkich tunelach, zbudowanych dla dużo niższych od nas mieszkańców Birmy.

Kraina uśmiechniętych ludzi
Birma to kraj uśmiechniętych ludzi. Czasami żartując zastanawialiśmy się, czy przypadkiem władza wojskowa nie wydała jakiegoś dekretu, że w Birmie wszyscy się mają uśmiechać. Uśmiechy towarzyszyły nam w naszej podróży wszędzie od Manadaly, przez Inle Lake aż po Yangoon. Witano nas przyjaźnie i radośnie. Wystarczyło skierować na kogoś wzrok, by natychmiast jego twarz promieniała uśmiechem a ręka nieśmiało unosiła się w powitalnym geście. Mali mnisi nawet nie zaprotestowali jak na migi pokazałam, że chciałabym zagrać z nimi w badmintona. Włodek przyłączał się do grających w tradycyjną bambusową piłkę chłopaków, którzy z uśmiechem na twarzy akceptowali jego obecność w grze. W Paleik zaintrygowani dziwnym hałasem maszyn dotarliśmy do olbrzymiego warsztatu tkackiego. Zatrzymaliśmy się na progu niepewni, czy możemy wejść. Nasze wahanie zauważył pracujący mężczyzna, rozpromienił się na nasz widok i gestem zaprosił do środka. Coś zawołał do swojego współpracownika i wkrótce pogrążeni w dyskusji na uśmiechy objadaliśmy się pysznymi pączkami z nadzieniem kokosowym.
Któregoś dnia wędrując uliczkami miasteczka Włodek zobaczył na ścianie niewielkiego domku napis koślawymi literami: Play game station. Postanowił sprawdzić jak wygląda birmańskie playstation. Ja tymczasem szwendałam się znudzona po obejściu. Na progu pojawiła się pani domu i zaprosiła mnie do środka. Widząc aparat Włodka poprosiła o zdjęcie razem za mną na tle …. szafy. Dopiero wtedy zwróciłam uwagę na ten mebel. Na tle skromnie urządzonego pomieszczenia wyglądał jakby był z innego świata – dostojne egzotyczne drewno ozdobione wspaniałymi rzeźbami, kryształowe lustro. I taka w naszej pamięci pozostała Birma – skromnie urządzona a jednocześnie piękna.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Przygotuj się a potem fotografuj do woli!
Jeśli jesteśmy w kraju, w którym kupienie coca-coli często graniczy z cudem, sprawdźmy dokładnie przed wyjazdem swój sprzęt fotograficzny. W razie problemu, nie łudźmy się, że uda się coś naprawić, czy kupić na miejscu. Przed wyjazdem koniecznie sprawdźmy jakość zapasowych baterii, sprawność ładowarki, pojemność dodatkowych kart pamięci i funkcjonowanie obiektywów. Są w Birmie miejsca popularne wśród fotografujących zwłaszcza o wschodzie czy zachodzie słońca. Częstym widokiem jest niewielka świątynia oblepiona tłumem Japończyków, z których każdy dźwiga obiektyw i walizę ze sprzętem. Zatem warto w takie miejsca dotrzeć trochę wcześniej lub poświęcić czas na poszukanie mniej popularnego obiektu, by mieć większą swobodę działania i uniknąć w kadrze obiektywu sąsiada. Na wielu świątyniach widzieliśmy napisy po angielsku, że za fotografowanie należy uiścić opłatę. Myśmy nie płacili. Gdy urzędnik upierał się przy opłacie, to znikaliśmy z zasięgu jego wzroku. Podejrzewam, że z czasem junta umieści strażnika przy wszystkich wejściach i do kosztów podróży trzeba będzie dorzucić jeszcze parę złotych za fotografowanie. Jeżeli naszą pasją są portrety, to nie ma lepszego miejsca. Rzadko ktoś protestuje przeciwko zrobieniu sobie zdjęcia, a poproszony, z radością pozuje do niego.◊

Tekst i zdjęcia
ALEKSANDRA I WŁODZIMIERZ SERWIŃSCY
http://www.serwinski.pl/

 

Artykuł pochodzi z bezpłatnego miesięcznika FotoGeA.com
do zaprenumerowania:
https://www.fotogea.com/?page_id=692


To także może ci się spodobać