FELIETON. Dawno, dawno temu…

Nie – nie będzie to bajka, o tym, co działo się za górami i za lasami. To tylko przypomnienie faktu, że fotografia nie powstała zaledwie kilka lat temu razem z telefonami komórkowymi, a że ma już blisko 200-letnią historię, śmiało można użyć tego bajkowego wstępu. Ale nie o dziejach robienia zdjęć będzie, a o tym, że „stara” fotografia ma się bardzo dobrze. Mnóstwo jest bowiem ludzi, którzy z radością fotografują aparatami analogowymi.

Na pewno zdarzyło się Wam podczas podróży i zwiedzania atrakcyjnych turystycznie miejsc, spotkać ludzi, którzy fotografują za pomocą przedziwnych urządzeń. A to zaglądają z góry w „kominek”, to znów filują przez okienka „na wylot”, rozciągają śmieszne mieszki, no i obowiązkowo kręcą licznymi kółkami i korbkami. Wyglądają oni dość zabawnie wśród gromady turystów buczących i pikających supernowoczesną elektroniką. Patrzymy na nich jak na szajbusów z dawno minionej epoki, a tymczasem…

Agfa Isolette II, tzw. średni format. Działa bez zarzutu już od ponad 60 lat..

Agfa Isolette II, tzw. średni format. Działa bez zarzutu już od ponad 60 lat..

Na całym świecie, trzeba przyznać – paradoksalnie, rośnie rzesza miłośników tradycyjnej fotografii. Tradycyjnej, to znaczy takiej „na kliszy”, wywoływanej w ciemni, z odbitkami na papierze fotograficznym. Paradoksalnie, bo nie produkuje się już praktycznie (z niszowymi wyjątkami) aparatów analogowych. Ale za to świetnie się mają wytwórcy wszelkiego rodzaju błon światłoczułych (tak się oficjalnie nazywa klisze i filmy) – produkcja rośnie. Doskonale mają się też firmy wytwarzające tzw. chemię na potrzeby fotografii. O co więc chodzi w całym tym biznesie? Czy to tylko sprawa mody, swoistego snobizmu, podobnego do kolekcjonowania „czarnych płyt” z muzyką? Moim zdaniem nie! Bo przy wszystkich znanych i niepodważalnych zaletach fotografii cyfrowej (szybkość robienia zdjęć, automatyka obsługi, pojemność „magazynka”, natychmiastowa kontrola efektów i możliwość korekcji) tradycyjne robienie zdjęć ma w sobie niesamowitą magię.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

To misterium, które graniczy z cudami i wprawia nas niemal w euforię. Z niczym nie da się porównać uczucia, które towarzyszy pojawianiu się obrazu w kuwecie z wywoływaczem – kto doznał tych czarów, ten wie i na pewno potwierdzi. Po prostu – bajka! No, ale nie tylko mistyczne przeżycia to frajda z fotografii tradycyjnej. To także prawdziwy uniwersytet fotograficzny: poznanie zasad optyki, reguł naświetlania, nauka komponowania obrazów, doboru kadru, operowania światłem jako tworzywem twórczym. To wiedza, która przyda się w pracy z każdym aparatem. No i uczymy się szacunku dla każdego kadru – to prawdziwa lekcja cierpliwości i pokory. Tu nie mamy bowiem szansy na powtórkę, jeśli „coś się nie uda”, czyli mówiąc krótko – coś spaprzemy. Trzeba być starannym: do każdego zdjęcia dobrze się przygotować, wykorzystać wiedzę i doświadczenie w doborze parametrów, by uzyskać oczekiwany efekt. A i tak trzeba na niego zaczekać. Oto prawdziwa filozofia fotografii!

Ktoś może powiedzieć, że współczesna technika daje znacznie lepszą jakość zdjęć. Czyżby? Spróbujcie w słoneczny dzień sfotografować wąską staromiejską uliczkę lub alejkę w parku, a szybko się przekonacie, że takich kontrastów nie wytrzyma żaden „cyfrak”. No, chyba że taki z najwyższej półki, ale kogo na takie cacko stać?! A dobry (naprawdę dobry!) aparat „na kliszę” można kupić już za dwie, trzy „dychy”. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami!

Tekst i zdjęcia:
Wojciech Walczuk

To także może ci się spodobać