Fotograf w podróży Wyprawy i plenery

ETIOPIA – kraj poza czasem

Boeing podchodzi do lądowania w Addis Abebie. Wyłania się z chmur, a pod nami tysiące świateł kilkumilionowej stolicy. Jest druga godzina nocy. W Etiopii czas liczy się od wschodu do zachodu słońca, nie ma doby, tylko dzień, który rozpoczyna się o naszej 7 i noc, która ma początek o naszej 19.

Etiopczycy posługują się kalendarzem juliańskim, a nie gregoriańskim, czyli są 7 lub 8 lat za nami. Rok rozpoczyna się 11 września, ma 13 miesięcy, a ostatni 13 miesiąc ma tylko 5 dni. Na szczęście Etiopczycy używają dwóch miar czasu. Mimo późnej pory upał. Wokół tłum taksówkarzy, tragarzy i przewodników. Wszyscy chcą być przewodnikami i trochę zarobić. Ktoś łapie mnie za rękę.- Będę przewodnikiem, znam miasto – mówi. Na szczęście czeka na mnie przewodnik – kierowca Dawit. Prosto z lotniska zawozi mnie do hotelu. Mijamy dziesiątki taksówek, busów i tłum ludzi. Przy głównej ulicy rozświetlone sklepy, gmachy biurowców, budynki rządowe, bloki mieszkalne z epoki socjalizmu. To co najciekawsze zapewne kryje się w bocznych uliczkach i zakamarkach. Zmęczona podróżą zamykam się w czterech ścianach, próbuję ułożyć nowy czas i świat.

Etiopia tekst i zdjęcia Grażyna Czuduk

Dymiący Nil
Etiopskimi liniami wewnętrznymi, lecę na północ do Bahir Dar. Pod nami góry, wyschnięte rzeki, nieregularne poletka, widać Nil i spokojną taflę jeziora Tana. Przez tydzień zwiedzam historyczne skarby Etiopii. W Bahir Dar wypływam na jezioro Tana, mijam kilka wysp, na których wybudowano klasztory skrywające fascynujące skarbce. Zwiedzam jeden, do którego mają wstęp również kobiety. Klasztor Ura Kidane Mehret z XIV w. z piękną kolekcją złotych i srebrnych krzyży, szat liturgicznych i koron oraz malowideł stanowiących kompendium wiedzy o Ortodoksyjnym Kościele Etiopskim.
Wyruszam nad wodospady Nilu Błękitnego. Przede mną godzina marszu pod górę. Mijam osiołki obładowane workami ze zbożem lub chrustem, pasące się stada kóz i krów, kobiety owinięte w chusty lub pledy, wesołe grupki dzieciaków. Śpiewają i tańczą, sprzedają drobne pamiątki plecione z barwionego papirusa. Chętnie pozują do zdjęć bo tutaj jeden pstryk wart jest 5 birr, to nasza jedna złotówka. Oglądają siebie na LCD mojego aparatu, niedowierzają, są zaskoczone i radosne, śmieją się i wskazują palcem swój wizerunek.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

 

Na zboczach pojedyncze chaty, przed którymi kobiety przygotowują indżerę. Jedna z nich zaprasza mnie na degustację. Placek ma kwaskowaty smak ale z puree z łuskanego groszku z ciecierzycą smakuje wyśmienicie. Indżera to druga religia w tym kraju. Jest to naleśnik z teffu, zboża, z którego mąkę miesza się z wodą i zostawia na kilka dni by sfermentowała. Piecze się z tego wielkie, gąbczaste placki, które są bazą dla wielu potraw. Po takim posiłku nie mam wielkiej chęci na dalszy spacer. Ale wyruszam.

Dochodzę na płaskowyż, słyszę huk spadającej wody i moim oczom ukazuje się wspaniały widok wodospadów. Woda spada z 45 – metrowego progu skalnego do głębokiego kanionu. Siadam na kamieniu, w koło pięknie, słońce, wodna mgiełka i zielony deszczowy las. Słyszę odległe dźwięki fujarki. To przygrywa pasterz, któremu zrobiłam wcześniej zdjęcie.

Święte miasto
Busem dojeżdżam do Aksum, akurat w czasie trwającej pielgrzymki. Nad najstarszym miastem Etiopii górują przepiękne granitowe stelle. Tysiące pielgrzymów odzianych w białe i żółte szaty ożywiają ulice.
W Aksum w kościele św. Marii z Syjonu przechowywany jest, w co bardzo wierzą Etiopczycy, oryginał Arki Przymierza. We wnętrzu drewnianej skrzyni, od zewnątrz i wewnątrz pokrytej złotem, mają znajdować się kamienne tablice z dziesięcioma przykazaniami, które Bóg wręczył Mojżeszowi na górze Synaj. Arki strzeże jeden kapłan – strażnik, któremu nie wolno na nią patrzeć ani jej dotykać. Zgodnie z legendą kto to zrobi – zginie. Wie to każdy , kto glądał filmy o Indianie Jonesie.
W skarbcu znajdującym się w podziemiach kościoła, bez klimatyzacji, w zakurzonych gablotach, metalowych skrzyniach, znajdują się kilkusetletnie księgi i manuskrypty, szaty i wysadzane drogocennymi kamieniami korony cesarskie, bogata kolekcja kamiennych statuetek, krzyży i monet. Dziwię się, że w takich warunkach skarby są przechowywane i nie uległy zniszczeniu.

Obok, w nowym kościele wybudowanym przez ostatniego cesarza Hajle Sellasje, za niewielką opłatą diakon wyjmuje z warstw szmat tysiącletnią księgę. Odwraca kartki z tekstami i rysunkami biblijnymi. Wrażenie jest niesamowite. Robię kilka zdjęć z lampą błyskową, zostawiam kilkanaście birr. Diakon zawija skarb w szmaty i układa na półce.

Etiopskie Jeruzalem
Lalibela to magiczne miejsce. Tutaj, przy pomocy dłuta i młotka wykuto w skale poniżej poziomu gruntu dwanaście monolitycznych kościołów, cudów architektury. Wykonano nie tylko wewnętrzną przestrzeń, ale także fasady i mury zewnętrzne, a w ścianach wydrążono grobowce i cele pustelników. Największy zachwyt wzbudza wydrążony w litej skale z czerwonego wulkanicznego tufu kościół Świętego Jerzego o charakterystycznym kształcie krzyża.
W świetle zachodzącego słońca spaceruję pomiędzy kościołami. Biało odziani pustelnicy chowają się w swoich celach lub siedzą bez ruchu, jak posągi, na kamiennych schodach.
Z daleka obserwuję kobietę, która całuje mur, klęka, zdejmuje wydeptane klapki i znika w mroku kościoła.
Jestem świadkiem sceny, która w tym miejscu powtarza się zapewne, niezmiennie od wieków.

W cieniu baobabu
Terenową toyotą wyruszam wzdłuż Wielkiego Rowu Afrykańskiego na południe Etiopii. Zatrzymuję się na przełęczy. Zachwycam pięknym widokiem doliny. Brązowe, żółte i zielone pola, jak na szachownicy układają się na stromych stokach.
Minęło południe, jest gorąco. Pozostawiam za sobą zielone góry. Przede mną rozległe pustkowia etiopskiego płaskowyżu. Gdzieniegdzie rozłożyste baobaby urozmaicają krajobraz i są skarbem w odludnych miejscach. Kiedy słońce grzeje niemiłosiernie, w ich cieniu chronią się wędrowcy i bydło. Przejeżdżam przez wsie. Oglądam kilkuletnie dzieci pracujące na roli, zbierające ziarna kawy, poganiające olbrzymie stada krów i kóz. Mijam kobiety dźwigające na plecach bańki z wodą lub towary przeznaczone na sprzedaż, noszące na głowach kilkumetrowe gałęzie i długie łodygi trzciny cukrowej .
Przejechałam prawie 600 kilometrów. Kończy się dzień, w ciągu kilku minut robi się ciemno i o siódmej zapada noc. W nocy drogi są nieoświetlone, nieoświetleni są piesi, nieoświetlone są ciężarówki i wozy, niektóre pojazdy w ogóle nie mają świateł. Ruch jest niewielki, bo wszyscy wiedzą, że nocą w Afryce się nie jeździ.

Z biegiem rzeki
Na targu w Turmi spotykam mieszkańców wielu plemion żyjących w Dolinie rzeki Omo. Ludzie na targ idą pieszo nawet 60 km – dwa nawet czasem trzy dni. Na placu w centrum miasteczka kobiety, bo to one głównie handlują, rozkładają na ziemi lub matach sznury kolorowych korali, bransoletek, rzeźbione figurki, małe drewniane stołeczki zwane „borkota”, owoce, zboże i kury.Jest gwarno i tłoczno. Tutaj tętni życie towarzyskie. Odnoszę wrażenie, że zebrali się na placu targowym, żeby porozmawiać, spotkać się i może coś sprzedać ferendżi. – Co oznacza ferendżi? – pytam mojego przewodnika. Dawit niechętnie tłumaczy, że jest to niezbyt miły sposób określenia cudzoziemców o białej skórze.

Zwracam uwagę na smukłe i wysokie Hamerki w spódniczkach z koziej skóry, ozdobionych koralikami, muszelkami, kolorowymi wisiorkami i dzwoneczkami. Na ramionach i nogach mają metalowe bransoletki. Fryzura ułożona z warkoczyków przyciętych „ na pazia” i wysmarowanych ochrą podkreśla ich nietypową urodę. Wszystkie chętnie pozują do zdjęć. Korzystam z okazji, kupuję trójkolorową bransoletkę dodaję kilka birr i fotografuję piękne kobiety.

Ukuli
Kolejnego dnia odwiedzam wioskę Hamerów. Chaty zbudowane z gałęzi, pokryte kawałkami kory, trzciną lub skórami. Wszystko prymitywne, ale przy chatach porządek. Nie widzę fruwających śmieci i torebek foliowych.
Przyglądam się kobiecie garbującej skórę. Słychać jedynie dźwięk uwieszonych na jej szyi koralików, a brązowe warkoczyki falują w rytm wykonywanych ruchów. W skutek wysiłku pot spływa po jej plecach, po nabrzmiałych bliznach – pozostałościach po uderzeniach batem podczas „ukuli”.

Nie trafiłam na „ukuli”, gdyż nie wiadomo kiedy się odbędzie. Jest to ceremonia inicjacyjna młodych chłopców, podczas której muszą przebiec po grzbietach ustawionych w szereg byków. Jeśli młodzieniec spadnie, przynosi nieszczęście i wstyd plemieniu. Jeśli ukończy swój bieg, staje się mężczyzną.
Wybranki młodzieńców z własnej woli poddają się chłoście. Młodzieńcy, którzy przeszli już inicjację, długimi biczami uderzają w gołe plecy kobiet. Skóra pęka, krew cieknie im po plecach, ale nie okazują bólu, czy słabości – są dumne.
Rozpoznaję kilka Hamerek, które wcześniej spotkałam na targu i jeszcze raz fotografuję . Jest łatwiej, przecież się znamy.

Pośród Mursi
O świcie wyruszam do wioski zamieszkałej przez plemię Mursi. Towarzyszy mi Dawit i miejscowy skaut – przewodnik. Przed nami około 40 kilometrów krętej, dziurawej i kamienistej górskiej drogi. Dawit wyczynia cuda, żeby wyminąć wyboje. Na szczęście jest pora sucha i możemy przejechać przez wyschnięte koryta rzek, gdyż nie ma tu mostów, a w porze deszczowej drogi są nieprzejezdne, wioski schowane w górach odcięte od świata. W straszliwym upale, tumanach kurzu i pyłu docieramy na miejsce. Po drodze skaut udziela mi kilku cennych rad: wysiadając z samochodu mam zabrać tylko aparat i pieniądze, pozostałe przedmioty jak okulary, zegarek czy bransoletkę mogą mi zabrać agresywni i nieufni Mursi. Nie ryzykuję. Jesteśmy. Nim wysiądę, skaut z wodzem wioski ustala stawkę za jedno zdjęcie: kobieta 5 birr, dziecko 2 birr. Samochód otacza grupka wesołych, przedziwnie pomalowanych i ozdobionych dzieciaków, które z przyklejonymi do szyby nosami wykrzykują ferendżi, ferendżi, foto, foto, birr, birr, birr!

Z dala widzę kobiety z ceramicznymi krążkami umieszczonymi w dolnej wardze i uszach. Czy to ozdoba? Im większy krążek tym jest piękniejsza i więcej warta w oczach plemienia. Szybko robię kilkanaście zdjęć. Ustawiają się grupkami, kobiety najczęściej z dzieckiem umieszczonym w chuście przewieszonej przez ramię. Im więcej osób w kadrze tym stawka wyższa. Każdy chce być sfotografowany i chce zarobić kilka birr.

Mężczyzna, z ponacinanym w przedziwne wzorki torsem, w wymyślnej fryzurze i przewieszonym przez ramię kałachem bacznie mnie obserwuje. Na pożegnanie jego również uwieczniam. Odjeżdżamy. Widzę uśmiechnięte dzieci i kobiety, ogromne baobaby. Czuję smak indżery i zapach kawy. Piękna jest Etiopia, zwłaszcza tam, gdzie nie dociera zachodnia cywilizacja.

Grażyna Czuduk

Artykuł pochodzi z e-magazynu FotoGeA.com
Zaprenumeruj już dziś!
https://www.fotogea.com/?page_id=692

FotoGeA.com nr.01 2013

FotoGeA.com nr.01 2013

 

 

 

 

 

 

 

To także może ci się spodobać