Fotograf w podróży Wyprawy i plenery

Cykliści na Madagaskar

Antananarivo to malowniczo położone miasto, otoczone górami, z jeziorem Anosy w centrum i górującym nad nim pałacem królowej. W skrócie na stolicę mówi się Tana. A Tana to wąskie zatłoczone ulice gdzie życie toczy się wprost pod nogami przechodniów. Ulice są miejscem wspólnym.Tu sprzedaje się i przygotowuje jedzenie, na ulicach krawcowa naprawi lub uszyje nowe wdzianko na zabytkowej maszynie Singera, szewc zszyje lub sklei rozlatujące się chińskie klapki, mechanik z małej drewnianej budki naprawi rower. Młodzi brudni i biedni Malgasze ze stolicy biorąc cię na litość i prosząc o bardzo skromną jałmużnę, jednocześnie pozbawiają cię portfela, paszportu lub aparatu.

Krótki żywot Malgasza
Powoli pod górę i szybko z góry, mkniemy po jeszcze całkiem dobrej asfaltowej drodze. Wioski, które wyglądają jak przyklejone do jezdni, to tak naprawdę kilka małych chatek, przy których dzieciaki bawią się własnoręcznie zrobionymi ze starych puszek, zakrętek lub kawałka drewna zabawkami, a ich młodzi rodzice w tym czasie oprawiają maniok, suszą ryż, z bambusa i liści palmowych budują nowy dom. Młode kilkunastoletnie mamy noszą na plecach swoje małe pociechy a na głowach resztę cennego dobytku. W ciągu dnia Malgasze wodę piją prosto z brunatnej rzeki, do której my cywilizowani europejczycy, boimy się nawet wchodzić. Przeważnie kilka kilometrów za wioską lub na jakimś pięknym nasłonecznionym stoku z widokiem, mijamy okazałe, murowane i przyozdobione freskami budynki. Te budynki to grobowce. Duże, bo muszą pomieścić liczną rodzinę a czasem nawet całą małą wioskę.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Na grobowcach Malgasze malują piękne i barwne sceny z życia wzięte, które jednocześnie są jakby pobożnymi życzeniami na tamten świat i być może lepsze życie. Na ścianach grobowca, artysta wymalował wóz pełen manioku i ryżu zaprzęgnięty w dorodne zebu, tańczącą rodzinę popijającą piwo, strzelającą na wiwat oraz dorodną i jędrną kobitkę nie z tego świata.

Aleja Baobabów jest miejscem wyjątkowym. Obszar ten należał do królestwa Sakalava, po którym zostały malowane grobowce.

Aleja Baobabów jest miejscem wyjątkowym. Obszar ten należał do królestwa Sakalava, po którym zostały malowane grobowce.

Tak to sobie marzą o tamtym lepszym świecie, bo na tym spalonym słońcem, smaganym wiatrem i pożarami buszu długo nie pożyją. Średnia życia na tej malowniczej wyspie to tylko czterdzieści lat. A kiedy umrze a jest przypadkiem na drugim końcu czerwonej wyspy, rodzina musi za ciężkie pieniądze wynająć furgonetkę i nieboszczyka sprowadzić do rodzinnego grobu. W innym przypadku dusza będzie błądzić po świecie smutna i może nigdy nie trafić do domu. Takiej tułaczki nikt nie chce ani dla siebie ani dla innych. To jeszcze nie koniec, ponieważ rodzina po śmierci bliskiego musi spakować całą swoją garderobę, prześcieradła, koce i udać się nad rzekę w miejsce znane od pokoleń i wyprać dokładnie wszystko. Złe moce, które zwaliły z nóg świętej pamięci domownika, powinny spłynąć wraz z nurtem. Najważniejsze są więzy rodzinne i pamięć, a więc co pięć lat, rodzina koniecznie musi spotkać się przy grobie, wyciągnąć zmarłych lub to co po nich zostało, przewinąć w nowe całuny, odprawić całodniową obficie zakrapianą, połączoną często z ubiciem wołu, śpiewami i tańcami ceremonię, a gdy zrobi się wieczór i żołądki rodziny i gości są pełne pochować ich na nowo. Ta ceremonia nazywa się Famadihana , na której spotykają się żywi i zmarli. Na Madagaskarze nikt nie odchodzi na zawsze.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

 

„Bonzur Vaza”
Nasza wyprawa to długie, męczące podjazdy i częste karkołomne zjazdy, po których wspinaczkę krętymi drogami zaczynamy od nowa. Na południu towarzyszą nam piękne górskie krajobrazy. Pasja fotograficzna moja i drugiego Grzegorza pseudo „Baltazar” zmusza nas do częstych przerw, które są chwilami oddechu i odpoczynku. Niełatwo podróżować przesadnie objuczonym rowerem, gdy wysokość zbliża się do dwóch tysięcy metrów a temperatura w słońcu przekracza czterdzieści stopni. Zapasy wody znikają w błyskawicznym tempie, a gdy zbliża się wieczór, szybko należy znaleźć miejsce na nocleg. Przyjęliśmy zasadę, że nie pedałujemy po zmroku, więc gdy docieramy do wioski, rozglądamy się za ustronnym miejscem. Używając kilku malgaskich słów, gestykulacji i uśmiechów negocjujemy pozwolenie na postawienie namiotu. Jednak dopiero gdy nasz okazały namiot przypomina małą chatkę, tubylcy dowiadują się że zostajemy tu na noc.
Mocno zdziwieni nietypowym zachowaniem Europejczyków na rowerach, uważnie przyglądają się naszym poczynaniom. Kuchenka benzynowa, jedzenie z torebki, bateria słoneczna i inne gadżety budzą ciekawość u dzieci i dorosłych. Przejeżdżając przez wioski, tubylcy krzyczą „Bonzur Vaza” – co znaczy dzień dobry biały, a my odpowiadamy „mana łona” co po malgasku znaczy dzień dobry.

Gdzie kończą się drogi zaczyna się rzeka. Dwunastometrowa dłubanka kołysze nas trzy dni na rzece Tsiribihina.

Gdzie kończą się drogi, zaczyna się rzeka.
Jedziemy drogą krajową nr 43, gdzie w pięknym lecz mocno zapuszczonym pokolonialnym miasteczku Soavinandriana kończy się nagle asfalt a zaczyna zwykła polna droga pokryta czerwonym jak cegła pyłem. Mniejsze rzeczki pokonujemy w bród lub ściągamy całą zawartość z roweru i przenosimy po pniach przerzuconych z brzegu na brzeg. Z niedowierzaniem spoglądamy na mapę, na której jest droga., spoglądamy na gps, sprawdzamy współrzędne i niby wszystko się zgadza, oprócz tego że drogi krajowej nr 43 nie ma. Napotkanych Malgaszy pytamy, czy to jest na pewno droga na Faratsiho, bo ponoć tam zaczyna się asfalt. Mija kolejny dzień w górach, a my coraz bardziej wyczerpani pokonujemy coraz krótsze odległości. Jednego dnia 40, następnego 30 i w końcu tylko 10 kilometrów. Przez większość czasu przeciągamy rowery na sznurkach przez wzniesienia pokryte pyłem i piaskiem. Tak mocno wyczerpani dotarliśmy do upragnionego miasteczka Faratsiho, na nocleg wybierając jedyny tu hotelik. Nabywamy buteleczkę podłego miejscowego rumu Sambu i wieczorową porą spożywamy go z colą.
Po Sambu lepiej się zasypia i nie czuje się, jak w nocy po twarzy chodzi ci jaszczurka lub jakieś inne małe żyjątko. W miasteczku okazuje się, że asfaltowa droga zaczyna się kilkadziesiąt kilometrów dalej. Kilkanaście kilometrów za miasteczkiem przeżywamy nieoczekiwany nalot szarańczy. Następne dni nie należą do łatwych, ale my jesteśmy zadowoleni z ilości pokonanych kilometrów i zbliżającego się oceanu. Po kolejnych kilku dniach przybywamy do miejscowości Miandrivazo i tu musimy się zastanowić, co robić dalej.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Są dwie możliwości, aby osiągnąć cel. Pierwsza to sto kilkadziesiąt kilometrów bezdroży i w nieznane, a druga to ponad trzysta kilometrów niebezpieczną drogą przez góry. W centralnym punkcie miasteczka zasiadamy do zimnego piwa i tu okazuje się, że istnieje możliwość trzecia, a mianowicie spływ rzeką. Z właścicielem pirogi dogadujemy się co do ceny i o poranku idziemy na policję zgłosić spływ. Składamy autografy na ważnych dokumentach, a wioślarze potwierdzają ważność trzema krzyżykami.
Płyniemy dwunastometrową wąską dłubanką. Mieścimy się w niej my, nasi trzej wioślarze, sakwy, garnki, prowiant na drogę oraz dwa rowery. Rzeka Tsiribihina na początku jest bardzo szeroka, płytka i płynie wolno, bo to środek pory suchej. Tuż po wypłynięciu nasz przewodnik wlewa do wody pół buteleczki rumu i prosi duchy rzeki o przychylność i powodzenie. Na rzece spędzamy kolejne trzy dni i pokonujemy około sto pięćdziesiąt kilometrów. Brzeg z łagodnego i piaszczystego z czasem robi się stromy i skalisty. Na drzewach kilka razy pojawiają się lemury, na niebie ibisy i czarne papugi, w oddali słychać ptaka drongo a w zaroślach na brzegu wygrzewają się żółwie i jeden jedyny mały krokodyl. Kiedyś krokodyli była tu cała masa, były święte ale gdy w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku zrobiła się w Ameryce moda na galanterię z tego królewskiego zwierza, a Malgaszom zaczęto oferować pokaźne sumy franków i innych walut, rozpoczęła się rzeź. W ciągu dziesięciu lat bóstwo zniknęło z rzek i jezior. Teraz, gdy wieczorem przybijamy na brzeg, wioślarze gotują ryż, kraby i ryby na kolację, a my rozbijamy tylko część namiotu, która ma chronić nas wyłącznie przed komarami.

Gdy kobiety wybierają się na targ, muszą wyglądać elegancko. Na południu takie maseczki są szczytem elegancji.

Gdy kobiety wybierają się na targ, muszą wyglądać elegancko. Na południu takie maseczki są szczytem elegancji.

Tak leniwie spędzone na rzece dni kiedyś musiały się skończyć i kiedyś trzeba było wskoczyć na rowery, i tak samo szybko z nich niestety zeskoczyć, ponieważ kolejne sto czterdzieści kilometrów bardziej przypominało plażę nad Bałtykiem, niż coś po czym można jechać rowerem. Teraz kilkaset metrów jedziemy i kilkaset metrów rower ciągniemy lub pchamy. Na szczęście przy drodze rosną wielkie i grube baobaby, więc ochoczo siadamy w ich cieniu, próbując znaleźć siły na dalszą podróż. Przeciąganie ciężkiego roweru po piasku, z niewielkim zapasem wody i głową „umieszczoną w rozgrzanym piekarniku”, do łatwych zadań nie należy.
Na szczęście w połowie drogi jest rezerwat przyrody Kirindy, a w nim są bungalowy, jest woda a nawet zimne piwo. Oczywiście piwo na tym pustkowiu ma swoją cenę, a co to jest jedno piwo. Nocą wraz z przewodnikiem wyposażeni w latarki chodzimy po gęstym lesie w poszukiwaniu najmniejszych naczelnych, czyli mysich lemurów. Przewodnik zatrzymuje się, nasłuchuje i świeci w określony punkt latarką i wtedy widać błysk nieproporcjonalnie wielkich oczu. Lemurek wygląda jak mocno zdziwiony a my po cichu udokumentowawszy sytuację na zdjęciu wracamy na nocleg.

Jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów po piasku i czymś co czterdzieści lat temu było asfaltową drogą a teraz wygląda jak pogryzione przez zebu docieramy nad ocean. Nad Kanał Mozambicki, za którym leży Afryka. Piękniejszych i tak pustych plaż jeszcze nie widziałem. Niestety brak stabilizacji w kraju i bandy grasujące po drodze sprawiły, że dociera tu tylko garstka turystów i podróżników. Gdy wjeżdżamy do Morondavy, kilku Europejczyków bije nam brawo. Nie wiemy czy te brawa są za odwagę i trud, który pokonaliśmy, czy raczej za nierozwagę.

Coś trzeba zasłonić. Te dziwne zachowania przynieśli koloniści i misjonarze.Urodą młodych Malgaszek zachwycał się Arkady Fiedler.

Coś trzeba zasłonić. Te dziwne zachowania przynieśli koloniści i misjonarze.Urodą młodych Malgaszek zachwycał się Arkady Fiedler.

Polacy na Madagaskarze
Według stowarzyszenia „POLka” – Association Pologne Madagaskar, żyje tu i mieszka osiemdziesięciu Polaków. Pierwszy kontakt z wyspą miał ponoć Krzysztof Pawłowski, który to w 1596 roku wyruszył z Gdańska jako kupiec i przez Lizbonę, Indie, Mozambik trafił na chwilę na Madagaskar.
Najbardziej barwna postać to niewątpliwie związany z trzema narodami: węgierskim, polskim i słowackim, żołnierz, awanturnik, konfederat barski Maurycy August Beniowski. W wyniku swojej działalności deportowano go na Kamczatkę, z której zorganizował ucieczkę statkiem. Beniowski zaoferował swoje usługi rządowi francuskiemu i stając na czele eskadry w 1773 roku wypłynął kolonizować Madagaskar. Trzynastoletnia obecność na wyspie i bardzo dobre stosunki z tubylczą ludnością spowodowały obwołanie go przez naczelników plemiennych „ampansakabą”, czyli królem. Dzisiaj w Antananarivo mamy ulicę i pomnik Beniowskiego postawiony dzięki stowarzyszeniu „POLka”. Kolejnym naszym rodakiem na Madagaskarze był kapitan Legii Cudzoziemskiej Władysław Jagniątkowski. W 1937 roku ruszyła rządowa wyprawa Komisji Studiów pod kierunkiem mjr. Mieczysława Lepeckiego, która miała zbadać warunki ewentualnej kolonizacji.
W tym samym 1937 roku na czerwonej wyspie znalazł się też znany pisarz i podróżnik Arkady Fiedler, który po powrocie wydał książkę, „Jutro na Madagaskar”. Po II wojnie światowej podróżnik wydał kolejne: „Gorąca wieś Ambinanitelo”, „Wyspa kochających lemurów”, „Madagaskar okrutny czarodziej”. Nie przypuszczałem, czytając właśnie te książki, że kiedyś trafię z rowerem na tę niedoszłą, polską kolonię, i że właśnie one staną się bezpośrednim sprawcą naszego z Grzegorzem Kajdrowiczem wyjazdu.
Goszcząc u Alberta zajadamy się miejscowymi przysmakami przygotowanymi przez jego malgaską, piękną żonę, Rzecz się dzieje przy ulicy Fiedlera, która otrzymała swoją nazwę dzięki uporowi Alberta.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Nad oceanem w Morondawie odwiedzamy księdza Jana Kaszubę. Jest to najtwardszy człowiek jakiego poznałem, a spędził tu grubo ponad dwadzieścia lat. Po drodze gościmy u sióstr Małgorzaty i Danuty ze zgromadzenia Franciszkanek. Z ojcem Józefem ze zgromadzenia Jezuitów zwiedzamy dokładnie stolicę i okolice a ojciec Krzysztof ze zgromadzenia Oblatów gości nas kilka dni w samym biskupstwie Madagaskaru, którym na co dzień zarządza. Bez tych wspaniałych ludzi nasza wyprawa wyglądałaby zupełnie inaczej, a nasze pojęcie o wyspie nie różniłoby się od poziomu niedzielnego turysty.

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Karnas
http://www.gregorkarnas.com

 

Artykuł pochodzi z bezpłatnego miesięcznika FotoGeA.com (a w nim wiele innych zdjęć!)
Do zaprenumerowania:
https://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać