Fotograf w podróży

USA – przez kaniony i pustkowia cz.1

Los Angeles. Po 16 godzinach podróży lądujemy w L.A. Po długich deliberacjach w wypożyczalni samochodów bierzemy terenówkę – Forda Explorera.Nie żałujemy tej decyzji – auto zwrotne i wytrzymałe, a jak się później okazało ekonomiczne w spalaniu i wielofunkcyjne – można w nim wygodnie spędzić noc.  Kierowani GPSem docieramy, po zachodzie Słońca na Sunset Blvd, a stamtąd na Hollywood Blvd. Wokół gorączka sobotniej nocy, pod klubami kłębią się tłumy wielbicieli nocnych szaleństw. Spacerem udajemy się w kierunku Teatru Chińskiego (miejsce gali oscarowej) gdzie oglądamy odciski dłoni słynnych aktorów.

Dolina Śmierci
Rano śniadanie w restauracji sieci Wendy’s zaraz za motelem. Następnie autostradą kierujemy się na północ przez wysuszoną i pofałdowaną Kalifornię. Mijamy ogromną farmę wiatraków a następnie podziwiamy rozciągające się wzdłuż drogi wysokie góry. Na dole temperatura sięga trzydziestu kilku stopni za to szczyty gór pozostają ośnieżone.
Niedługo po tym jedziemy do Parku Narodowego Doliny Śmierci. Krajobraz znacznie różni się tu od reszty – roślinność jest sucha i wypalona słońcem. Dominują szare krzewy i drzewiaste jukki. Im dalej w głąb doliny tym rzadziej występują. Wkrótce znikają wszystkie ślady cywilizacji a za grzbietem gór otwiera się Dolina Śmierci. Staramy się być zapobiegliwi i tankujemy wcześniej. Jazda na rezerwie w Dolinie Śmierci to zbyt duże ryzyko.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Jeszcze chwila i docieramy do Mosaic Canyon. Jest niemiłosiernie gorąco – termometr wskazuje 38º C w cieniu. Zaopatrzeni w zapasy wody wyruszamy. Kanion wita nas szeroką na początku lecz zwężającą się gardzielą. Jego ściany to kremowy, żyłkowany, gładki w dotyku kamień.
W Furnace Creek na obiad udajemy się do Badwater Saloon; jest to stylowa drewniana restauracja, ze starymi meblami, dekoracją w postaci narzędzi rolniczych, dookoła stoją lampy naftowe, nie zabraknie tu nawet pianina. Jedzenie jest smaczne, w menu figurują dania składające się z lokalnie występujących roślin. Na deser pudding z whiskey i migdałami – pycha. W sklepiku z pamiątkami ciekawostka – lizaki z zatopionym wewnątrz skorpionem.
Jedziemy w kierunku Artist’s Drive i Artist’s Palette, malowniczej drogi wiodącej ku niezwykle kolorowym formacjom skalnym. Tam rozpoczynamy marsz ścieżką wiodącą pomiędzy kopcami o wszystkich kolorach tęczy.
Następny punkt programu to pole golfowe szatana, nazwa wzięła się najprawdopodobniej od zrytej, jakby przez dziki, po krawędzie doliny ziemi – diabelskie warunki do gry w golfa. Docieramy do słonych, białych i suchych jezior oraz sadzawki Badwater. Jest to najniżej położone miejsce na kontynencie. Kilkadziesiąt metrów nad szosą, na skałach zamontowano znak poziomu morza. Niesamowite wrażenie.

Aby zdążyć na wschód słońca trzeba z dojazdem z Moab wstać o 3 rano.  Warto!.

Aby zdążyć na wschód słońca trzeba z dojazdem z Moab wstać o 3 rano. Warto!.

O zachodzie Słońca opuszczamy Dolinę Śmierci. Po północy dojeżdżamy do Motelu 6 w Las Vegas, skąd wyruszamy na nocny spacer po mieście hazardu. Pomiędzy kasynami budynki niczym przeniesione z Nowego Yorku, zaraz obok zamek z Disneylandu a do tego piramidy Egipskie w morzu neonów. Królestwo kiczu.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Zapora Hoovera , Route 66
Przed tamą kontrola bezpieczeństwa – to środki antyterrorystyczne. Tafla jeziora jest znacznie obniżona. Wieże poboru wody do generatorów wznoszą się wysoko ponad nią. Udajemy się na spacer wzdłuż korony zapory i zwiedzamy podziemną infrastrukturę hydroelektrowni wraz z muzeum historii budowy.
Za Kingsman skręcamy w słynną Route 66, drogę , która w latach 20-tych połączyła Chicago z Los Angeles stając się jedną z najważniejszych dróg migracji ludności na zachód.Wrosła w kulturę tego kraju a jej fragmenty uznane zostały za historyczne zabytki . Mimo, że główny ruch odbywa się teraz na autostradach międzystanowych , fragmenty Route 66 zostały przez niektóre stany włączone ponownie do sieci dróg stanowych, a miasteczka położone wzdłuż niej prosperują już prawie wyłącznie dzięki ruchowi turystycznemu, w którym znaczące miejsce zajmują grupy harleyowców i tu niespodzianka – są to w dużej mierze turyści z Europy.
Po drodze mijamy opuszczone domostwa, które teraz pełnią fukcję na wzór skansenu. Ktoś na poboczu przy starym budynku zebrał kolekcję pamiątek przeszłości Route 66: starego Forda T, wiekowe dystrybutory paliwa, czaszki bawołów, dystrybutory butelkowanej Coca-Coli, różne tablice drogowe itp. To miejsce posłużyło nam jako świetny plener zdjęciowy przy zachodzącym już słońcu.

Indianie plemienia Huwasapai kochają konie. W ich rezerwacie są ich setki.

Indianie plemienia Huwasapai kochają konie. W ich rezerwacie są ich setki.

Huvasapai Canyon
Noc spędzamy w bagażniku Forda Explorera – po złożeniu siedzeń rozciągnęliśmy 3 karimaty. Budzimy się przed świtem , gdyż przed nami 14 km marszu wgłąb kanionu Huvasapai (1100 m w pionie). Ścieżka po kilku zakrętach wyprowadza nas na serię zakosów prowadzących kilkaset metrów w dół. Krajobraz staje się coraz ciekawszy tak, że nie możemy powstrzymać zachwytu. Trasę do Supai pokonać można teoretycznie w cztery do pięciu godzin, ale jest to chyba możliwe tylko dla tych, którzy zdecydowali się zostawić aparat fotograficzny w domu. Zatrzymujemy się co kilkadziesiąt metrów urzeczeni coraz piękniejszymi widokami. Po kilku godzinach wyłania seria wodospadów z najpiękniejszym 30 metrowym Havasupai Falls. Wodospad spada z wysokiej półki do jeziora na dnie doliny. W dole, u stóp wodospadu można się było wykąpać, z której to możliwości z wielką chęcią skorzystaliśmy. Woda była orzeźwiająco chłodna. Mooney Falls to ostatni i największy zarazem z wodospadów. Zejście do podstawy wodospadu zabezpieczone jest łańcuchami i na kolejnych piętrach oferuje punkty widokowe.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Śpimy na campingu rozciągniętym w kanionie o długości kilku kilometrów, szerokości kilkudziesięciu metrów, wzdłuż rzeki. Nad nami wznoszą się czerwone ściany skał na wysokość kilkuset metrów. Jest to najkosztowniejszy nocleg na trasie. Za możliwość obozowania, dostęp do kranu z pitną wodą oraz do toalety typu sławojka (brak pryszniców i umywalek) płacimy Indianom trzy razy tyle co za motel przy autostradzie. Następnego dnia budzimy się z zakwasami w nogach niezdolni do wydostania się z dna kanionu . Sama myśl o 14 kilometrowym marszu 1100 metrów w górę odbiera nam siły. Wynajmujemy więc u Indian konie i w drogę. Ze względu na swoje doświadczenie w jeździe konno, mam za zadanie prowadzić hufiec, za mną Tomek a potem Indianka prowadząca na uwięzi konia Kasi, która właśnie debiutuje w jeździe konnej. Mój wierzchowiec jest niestety bardzo leniwy : z trudem zmuszam go do kłusu, na dłuższy galop nie mam co liczyć, więc znowu jedziemy stępa. Kanion w drodze powrotnej zaskakuje innymi widokami. Nasza przewodniczka udziela nam nieco informacji o swoim plemieniu – Supai. Są to w większości chrześcijanie ale kultywują też tradycyjne wierzenia. Żyją z hodowli bydła wypasanego na płaskowyżu i z turystyki. Zaprasza nas też na festiwal brzoskwiń – kilkudniowe święto odbywające się w drugim tygodniu sierpnia. Po 3,5 godzinach jesteśmy na górze. Jakiś helikopter wynosi VIPów z kanionu. Nieśmiało pytamy o cenę usługi i przeżywamy szok – wychodzi taniej niż koniem !

Tekst i zdjęcia: MACIEJ CZARNECKI

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

To także może ci się spodobać