Fotograf w podróży Wyprawy i plenery

UKRAINA – tam gdzie połoniny

Brodem przez Stryj przejechać się dziś nie da. Woda ciągle jest za wysoka – zaledwie kilka dni temu przeszła tędy powodziowa fala. Pozostaje powolny przejazd po linowym moście. Nie za szybko i bez szarpnięć tak aby nie rozbujać konstrukcji o niewiadomej nośności i wytrzymałości. Deski trzeszczą, a drzazgi osypują się w nurt rzeki.

Na zboczach i w dolinach palono stogi siana przemoczonego kilkudniowym deszczem oraz zalanego powodziową woda. Ziemia paruje od nadmiaru wilgoci. W powietrzu unosi się gęsta mgła przemieszana z lekko duszącym, białym dymem. Ta półprzezroczysta kurtyna odsłaniała co chwila fantastyczne widoki: drewniane bojkowskie domy pokryte strzechą, pojawiające się z nagła konie i krowy, które wędrują samotnie nie wiadomo skąd i dokąd? Za niemal mlecznej kotary oglądam stare cerkwie o złotych kopułach, które  stały się jeszcze „piękniejsze”, bo wierni obili ich ściany białym plastikowym sidingiem. Tam w oddali widzę co chwila Pikuj – najwyższy szczyt Bieszczadów, który jest celem naszej wyprawy.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

 

DROGI
Jednak najwięcej uwagi poświęcać trzeba drodze.  Jest dziurawa jak szwajcarski ser. Nawet nasze terenówki nie są tu bezpieczne, a od księdza Michała, z którym rozmawialiśmy wczoraj wiemy, że zawieszenie auta osobowego poruszającego się po tych drogach wytrzymuje najwyżej rok. Jednak bardziej niż nieustanna naprawa samochodu martwi go, że średnia życia wielu mężczyzna jego parafii to zaledwie 40 – 45 lat. A zmarnowanego przez wódkę życia już nie naprawisz… jak na przykład amortyzatora…  z zadumą podsumował ks. Michał.

Leśnymi duktami i polnymi drogami podróżowaliśmy po ukraińskich Karpatach.

WIEŚ, KTÓREJ NIE MA
Dowhehurskie to wieś, której nie ma na mapach. Jest tu 700 mieszkańców dwie cerkwie, sklep ale od 1979 do 2006 r. formalnie nie istniała. Miała zostać zalana przez Karpackie Morze czyli sztuczny zbiornik na Stryju (podobny do naszego Zalewu Solińskiego). Jednak po wlewaniu przez rok betonu w nadrzeczne skarpy okazało się, że grunt się osuwa i zapora po wypełnieniu wodą  runie. Budowę zatrzymano i porzucono. Gigantyczna konstrukcja stoi wgryziona w karpackie zbocza . Budowniczowie  wyjechali, wysiedlanie wsi przerwano. Jednak przez 27 lat  trudno było uporać się z administracyjnymi zarządzeniami.  Według nich wsi już nie było. Zresztą kto by przyjeżdżał i sprawdził czy ktoś tu mieszka? Do wsi trudno dojechać kiedy jest sucho, a teraz po powodzi jest to nieomal niemożliwe. Mieszkańcy żyją z przydomowych ogródków i z tego co im da rzeka i las. Teraz woda zabrała ogródki, zbiory będą liche zatem ksiądz Michał już szykuje wyprawę po pomoc… ruszy jak tylko woda opadnie.

MALARZ  UCIEKINIER
Na moście mijamy Antona – malarza. Uciekł z Lwowa w góry. Uciekł przed złem współczesnego świata. Prawie z nim nie rozmawia i córki nie puszcza do szkoły. Sam zajmuje się jej wykształceniem. Nauczę ją wszystkiego co jej w życiu potrzebne – mówi znad sztalugi z  górskim pejzażem. Tu jest spokojnie i mamy wszystko co nam potrzeba. A ta klęska – powódź  to przez ludzkie grzechy…  przez pijaństwo.

Czasami trzeba się przeprawić po wiszącym moście.

Czasami trzeba się przeprawić po wiszącym moście.

KRAINA CUDÓW
Kilka dni temu byliśmy w monastyrze w Lawirowie. Na św. Piotra pojawiła się tam Matka Boska i podobno ostrzegała ludzi przez klęską. Pod  drzewem stoi ikona i modli się kilka kobiet. Czekam na nie przy klasztornej furtce i pytam o objawienie. Nie ja Mateńki nie widziała… ale była tu była…. pojawiła się przy tym drzewie i spacerowała po klasztornym ogrodzie. Ludzie ją widzieli. Mówiła, że klęska będzie i się potem te deszcze rozpadały. Domy poniszczone, pola poniszczone, drogi poniszczone…źle będzie.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

ZADANIE DO WYKONANIA
Ku połoninom pniemy się ze wsi Libuchora. Wieś to istny skansen z drewnianymi bojkowskim chyżymi, o słomianych dachy odgrodzonych od  błotnistej drogi lichymi płotami wyplatanymi z patyków. Gospodynie, korzystając ze słonecznego poranka robią w strumieniu pranie. Pozdrawiamy dzieciaki  bawiące się przy drodze. Wszyscy z zainteresowaniem przyglądają się naszej kolumnie. Mamy zadanie do spełnienia. Leśniczy spotkany przy sklepie zapytał czy pomożemy w oczyszczeniu drogi na połoniny. Ludzie już od kilku dni go proszą ale ma kłopoty z paliwem, sam nie dojedzie. – A wy macie takie bestie! Wolno ale wjeżdżamy coraz wyżej. Nadciąga burza. Deszcz szybko zamienia drogę w błotnistą maź. Jednak po kilku godzinach docieramy na przełęcz, nazwaną na naszych mapach Ruski Szlak i już jesteśmy na połoninach, ponad 1200 m n.p.m.

Krótki przejazd przez połoniny Pikuja. Za chwilę zacznie się zjazd i oczyszczanie drogi.

Krótki przejazd przez połoniny Pikuja. Za chwilę zacznie się zjazd i oczyszczanie drogi.

NA POŁONINIE
Pasie tu kilkanaście koni, w dół zjeżdżają wozy drabiniaste a obok nich schodzą ludzie z wiadrami jagód. Ostrzegają nas przed kolejna burzą. Widać jak idzie od zachodu znad Tarnicy i Halicza. Na Pikuj nie dojedziecie komentuje właściciel wozu ciągniętego przez  wychudzonego konika. Moim zaprzęgiem byście dojechali. Może chcecie się zamienić – dam wam wóz za auto. Dojedziemy, a zamienić się możemy jak dorzucisz nam do wozu dwa psy i kobietę – żartujemy z gospodarzem i po chwili ruszamy każdy w swoją stronę. Ryzykujemy ale mamy szczęście, bo burza zatrzymuje się na pobliskiej Ostrej oddzielonej od Pikuja głęboką doliną.  Tutaj na połoninie Pikuja szlak turystyczny to wąska ścieżka… a droga dostępna dla aut po prostu niknie w wysokiej trawie. Jedziemy bardzo wolno podskakując na kępach traw, zapadając się w niewidoczne jamy i ostukując o głazy zalegające zbocza. Na szczyt docieramy późnym popołudniem. Pojawia się słońce i doskonale widać piękną panoramę z niezbyt odległymi Czarnohorą i Gorganmi… ale tam pojedziemy następnym razem. Odszukujemy ślady drogi zwózkowej, którą na mapie zaznaczył nam leśniczy. Teraz czeka nas powolny zjazd i praca przy oczyszczaniu traktu. Piłami ścinamy powalone pnie i odciągamy na bok. Jedziemy powoli aż do kolejnego zatoru. W ruch idą znowu piła, siekiery i wyciągarka  i już po kilkunastu minutach  możemy jechać dalej – jakieś 200 m. Takich przystanków czeka nas kilkanaście. Dopiero tuż po zmroku wjeżdżamy do wsi.  Podjeżdżamy po dom leśniczego i meldujemy wykonanie zadania. Na stole pojawią się kanapki, ogórki i … samogon.

Tekst i zdjęcia: Marek WAŚKIEL
http://www.waskiel.pl

 

Artykuł pochodzi z bezpłatnego miesięcznika FotoGeA.com (a w nim wiele innych zdjęć!).
Do zaprenumerowania:   http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać