Fotograf w podróży

TYBET – ile prawdy w legendzie?

Kiedy po kilku godzinach jazdy przez góry wysiedliśmy z autobusu, przyszło nam do głowy, że pomyliliśmy miejsca. Podróżowaliśmy do Repkongu, niewielkiego miasta w chińskiej prowincji Gansu, na pograniczu z Tybetańskim Okręgiem Autonomicznym. Spodziewaliśmy się zobaczyć klasztory, mnichów w czerwonych szatach i tradycyjne domy. Zamiast nich zieloną dolinę wypełniają szare, betonowe bloki. Przez chwilę zastanawiamy się czy nie uciekać. Ryzykujemy jednak. Odnalezienie historycznego centrum miejscowości wymaga odejścia od zgiełku ulic i dopiero tam po raz pierwszy odnajdujemy nasz Tybet.

Spotkanie z Tybetem
Repkong to tybetańska nazwa miasta. W przewodnikach znajdziecie raczej jej chiński odpowiednik – Tongren. Już to jest znakiem, że pozycja Chin w regionie jest niezachwiana. Przez stulecia dolina była częścią Tybetu, leżącą na wschodnich rubieżach tego państwa. Po zbrojnym „wyzwoleniu” przez Chiny weszła w skład jednej z prowincji tego kraju, oddzielona od reszty dawnego kraju. Jedynym plusem tej sytuacji jest fakt, że nie potrzebujemy tu kosztownych pozwoleń, których wykupienie jest konieczne przed wjazdem do Tybetu. Podróż przez dawne pogranicze jest więc szansą na poznanie tybetańskiej kultury bez zasilania skarbonki komunistów. Miejsce w którym jesteśmy zabudowywano jednak betonowymi blokami i fabrykami.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Nasz hotel, kiedyś podobno popularny wśród turystów, stoi zapuszczony. Czyżbyśmy przyjechali za późno? Gdzie jest ten Tybet którego oczekiwaliśmy? Na szczęście zmieniamy zdanie w starej dzielnicy Repkongu. Uliczki wypełnia tu tłum, na widok którego od razu sięgam po aparat. Tybetanki maszerują w tradycyjnych spódnicach i białych koszulach. Każda nosi szeroki pas ozdobiony wielkimi metalowymi nitami. Włosy splatają w dwa warkocze, a ich końcówki wiążą ze sobą, ozdabiając czerwoną nitką. Mężczyźni paradują w tradycyjnych płaszczach. Przesadnie długie rękawy, zimą chroniące przed mrozami, wiążą dla wygody w pasie. Wszyscy, bez względu na płeć, noszą kapelusze. Młodzi Tybetańczycy noszą często długie włosy i buty z wysokimi cholewami przypominającymi kowbojskie. Ciekawie spoglądają na przybyszów o jasnej skórze. Ich wzrok… czasem ma w sobie coś dzikiego. Klasztor to miasto w mieście. Wewnątrz murów znajdują się dziesiątki domów mnichów i nowicjuszy. Centrum to sala modlitw oraz świątynie i kaplice. Każda pełna jest malowideł, w każdej z nich potężny i zagadkowo uśmiechnięty, złoty posąg bodhisattwy, oświeconej istoty która stała się człowiekiem. Wszędzie płoną maślane lampki. Ich zapach przyprawia o zawrót głowy.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

W świętym kręgu kory
Nazajutrz przenosimy się na południe. Już kilka kilometrów dalej krajobraz zmienia się zupełnie. Doliny to zieleń pól, wyżej, nad nimi, czerwone skały. W niewielkich wioskach zachowały się, zamknięte wysokimi ogrodzeniami, tybetańskie obejścia. Po dwóch godzinach wydostajemy się na ogromny płaskowyż. Żadnych domów, dróg, tylko niekończące się morze zieleni. Jedynie od czasu do czasu mijamy namioty pasterzy i pasące się stada jaków. Wykorzystujemy chwilowy postój, by kupić od miejscowej kobiety jogurt z ich mleka. Aż żal, że nie możemy zatrzymać się na dłużej i zatopić w niezwykłym krajobrazie.

Stado jaków na drodze w północnym Syczuanie. Nowoczesność i tradycyjny sposób życia zderzają się w Tybecie każdego dnia.

Stado jaków na drodze w północnym Syczuanie. Nowoczesność i tradycyjny sposób życia zderzają się w Tybecie każdego dnia.

W południe jesteśmy w Xiahe. Niewielkie miasto sąsiaduje z klasztorem Labrang, najważniejszym ośrodkiem buddyzmu po stolicy Tybetu, Lhasie. Wokół kompleksu świątynnego prowadzi kora, droga, którą pokonują przybywający tu pielgrzymi. Wzdłuż klasztornych murów stoją rzędy drewnianych i mosiężnych młynków, na których wyryte są mantry – jak wierzą buddyści, każdy obrót młynka wysyła zapisaną na nim modlitwę w przestworza. Trzy kilometry muru, tysiące młynków i tysiące ludzi. Wszyscy pokonują tą trasę, mrucząc mantry i obracając w dłoniach koraliki różańców. Włączamy się w długi rząd pielgrzymów i przez ponad godzinę wolno obchodzimy klasztor. Dla wiernych to wędrówka duchowa, dla nas to uczta dla oczu, widzimy mozaikę tybetańskich twarzy, strojów, ozdób. Czasem w długim szeregu ludzi widzimy czerwoną mnisią szatę. Na koniec wchodzimy między świątynie wznoszące się wewnątrz murów i… nie wiemy gdzie spojrzeć. Tybetańskie klasztory to eksplozja kolorów, detali i misterności, z jaką wykonane są tysiące ornamentów i figur wieńczących budowle. Same świątynie to niewielka część klasztornego kompleksu. W Xiahe i podobnych miejscach kształcą się setki młodych Tybetańczyków, z których wielu zostanie mnichami i pielęgnować będzie swoją tradycję. Na przekór chińskim władzom, które tybetańską kulturę usiłują sprowadzić do roli folkloru, sprzedawanego turystom pod postacią biletów wstępu.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Modernizacja w chińskim wydaniu
Zmiany ostatnich lat są jednak widoczne nawet w Xiahe. Budynki zdają się być tradycyjnie tybetańskie, ale wystarczy rzut oka, by zobaczyć beton i pręty zbrojeniowe. Jest w tym wszystkim jakiś niesamowity kontrast. Z jednej strony umorusane, tybetańskie dzieci, ganiające na ulicach ze spodniami rozciętymi w kroku (tu nie używa się pieluszek, malec biega w samych spodniach, w których zapobiegliwy rodzic wycina dziurę, by nie martwić się o wyprowadzanie pociechy do toalety), buddyści kręcący młynkami modlitewnymi i wielkie głowy jaków na straganach. Z drugiej dyskoteki w centrum miasta ryczące do nocy i wszechobecne opłaty za wstęp. Na szczęście, klasztor Labrang jest piękny swoim prawdziwym pięknem. Z Xiahe chętnie wybralibyśmy się gdzieś na prowincję, szukać miejsc niezmienionych jeszcze przez cywilizację i machinę turystyki. Koszty transportu nie są tu jednak małe, a nasz czas w Chinach ogranicza wiza.

Wysiłek bywa konieczny... Ten potężny bęben modlitewny, z drewna i mosiądzu, wprawiany jest w ruch wyłącznie siłą ludzkich ramion.

Wysiłek bywa konieczny… Ten potężny bęben modlitewny, z drewna i mosiądzu, wprawiany jest w ruch wyłącznie siłą ludzkich ramion.

Trzy dni później jedziemy dalej na południe, na pogranicze prowincji Gansu i Syczuan. Wokół nas niekończący się, zielony płaskowyż. Czy to naprawdę Wyżyna Tybetańska? Okolica wygląda chwilami jak równinny step, gór ani śladu. Na postojach czujemy jednak chłód, a słońce szybko opala nieosłoniętą skórę. Mapa podpowiada, że wznieśliśmy się powyżej 3500 metrów.

Miasteczko na pograniczu
Ostatnie miejsce, jakie chcemy zobaczyć to Langmusi. Dziwne to miejsce, gdyż niewielkie miasteczko, tak jak poprzednie przyklejone do klasztoru, leży w dwóch prowincjach. Płynący dnem doliny potok wyznacza ich granicę, dzieląc miejscowość na dwoje. Tutaj turystów jest już dużo. Zazwyczaj wolimy zatrzymywać się w miejscach należących do lokalnych mieszkańców, kierujemy się więc do tybetańskiego hotelu, ale cena za salę zbiorową zbija nas z tropu. Może cwany gospodarz chciał nas wypróbować? Rezygnujemy i kierujemy się do pobliskiego schroniska, gdzie wita nas sympatyczna obsługa i łóżko za rozsądną cenę. W takich miejscach zawsze znajdzie się ktoś mówiący po angielsku, co w takim kraju jak Chiny nie jest codziennością!
W księdze gości naszego schroniska jeden z turystów skarży się na pazernego mnicha, pobierającego opłaty za wstęp do górującego nad miasteczkiem kompleksu świątynnego. „Nie dostąpi nirwany” – głosi wpis sprzed kilku dni. No cóż. W Państwie Środka pobiera się opłaty za wstęp do każdej „atrakcji”. Niestety, mało prawdopodobne, aby dochody z biletów zasilały klasztorną kasę – raczej nabijają portfel partii komunistycznej. My wspinamy się boczną ścieżką na wzgórze, z którego bez problemu dostajemy się między świątynie. Klasztor przyciąga wzrok wspaniałymi kolorami, złote dachy lśnią w słońcu. Chodzimy między gmachami, gapimy się na wszystkie strony, fotografujemy. Dokoła chińskie wycieczki z lufami teleobiektywów i przewodnicy w czerwonych szatach – kto zaręczy czy rzeczywiście mnisi? Pod koniec dnia odpoczywamy koło niewielkiej kaplicy górującej nad doliną patrząc, jak grupka tybetańskich kobiet wspina się do niej, odmierzając ścieżkę długością swoich ciał. Leżą na brzuchach, wyciągając przed siebie złożone dłonie, wstają robiąc dwa kroki w przód, padają znowu i tym sposobem okrążają świątynne wzgórze. Każdemu pokłonowi towarzyszy recytacja mantry. Tysiące pokłonów, tysiące mantr. Ich droga to długie godziny – może nawet dni? – spędzone na monotonnej wędrówce.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Gdzie jest prawdziwy Tybet?
O świcie opuszczamy góry. Wokół drogi mnóstwo pasterskich namiotów. Pasące się jaki wybiegają czasem przed autobus. Mogą to być osiedla koczowników, jednak co jakiś czas widzimy jurty kolorowe jak choinki. To miejsca przygotowane dla turystów, rodzaj tybetańskiej agroturystyki. Mimo że w Tybecie władza walczy z koczownikami, siłą ich osiedlając, tutaj są oni atrakcją. Chińczykom ta sztuczność nie przeszkadza, my nie wytrzymalibyśmy ani godziny. Na ile prawdziwe jest to co widać? To pytanie w Chinach pojawia się na każdym kroku. Wieczorem, w hotelu, poznajemy Miku, młodą Chinkę, z którą dzielimy się wrażeniami. Miku wraca z Lhasy. Długo opowiada nam o stolicy Tybetu. Lhasa to tłumy turystów, w Pothala, siedzibie dalajlamów, więcej jest cywilnych pracowników zamiast mnichów, wszędzie zakazy wstępu. Aby kupić bilet, należy całą noc stać w kolejce przed pałacem. „Przed tobą sto osób, które śpią i czuwają na zmianę, koczując w kolejce” – opowiada. Zaskakuje nas mówiąc, że to klasztor w Xiahe podobał jej się najbardziej w jej podróży.
Wspominając tę historię zadajemy sobie pytanie: czy warto byłoby jechać do „prawdziwego Tybetu”? Do Lhasy, gdzie więcej mieszka osadników z Chin niż rdzennej ludności? Do bazy pod Everestem, gdzie utwardzona droga doprowadzona jest zaledwie kilka kilometrów od góry? Do klasztorów nadzorowanych przez chińską bezpiekę? Jeśli istnieje gdzieś jeszcze „prawdziwy Tybet”, to daleko od asfaltowych dróg, gdzie chińscy reformatorzy jeszcze nie dotarli.

Tekst i zdjęcia: Łukasz Supergan
http://www.shangri.pl

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com o fotografowaniu i podróżach
bezpłatnie do pobrania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać