Browsing Tag

Targ czarownic

    Fotograf w podróży

    BOLIWIA – WITAJCIE GRINGOS!

    Z jednej strony błękitna tafla jeziora, z drugiej białe czapy peruwiańskich grani. W tej pięknej scenerii docieram do granicy z Boliwią. Z trudem przeciskam się pomiędzy straganami, samochodami, wózkami pchanymi przez tragarzy, pieszymi z koszami lub tobołkami na plecach. Załatwiam formalności i… witaj Boliwio! To najbiedniejszy kraj Ameryki Południowej. Bieżąca woda, elektryczność, centralne ogrzewanie, kanalizacja…? To dla większości mieszkańców nieznane udogodnienia, a dla potomków rdzennych Indian także niezrozumiałe i zupełnie niepotrzebne wygody gringos. Ale tam, gdzie to możliwe, starają się wychodzić naprzeciw wygodnickim przybyszom, bo tylko dzięki nim wiążą koniec z końcem.

    Im biedniej, tym wyżej
    Na trasie do La Paz mijam kilka punktów kontroli antynarkotykowej. Przejeżdżam. W bagażu mam wprawdzie małe torebki liści koki, ale te są dozwolone, zabronione jest posiadanie kokainy.  Jestem w najwyżej położonej stolicy świata (3600–4100 m n.p.m.). Ogarniam wzrokiem to milionowe miasto z wysoka, z punktu widokowego. Zbocza bardzo głębokiej górskiej kotliny pokrywają szarobure budynki, które wyglądają jak kartonowe pudełka – najbrzydsze są porozrzucane na górze. Bo w La Paz obowiązuje zasada: kto biedniejszy, tym wyżej mieszka. Uliczki pną się i opadają. Niektóre dzieci mają tu rzeczywiście pod górkę. Za dnia miasto nie zachwyca, urzeka jedyne górujący nad nim wulkan Illimani. Pięknie wygląda dopiero nocą, kiedy rozświetla je tysiące świateł, a brud i bieda stają się mniej widoczne.

    Schodzę do centrum. Ciężko oddycham. Gdzie się podział tlen? Na tej wysokości jego niedostatek jest bardzo odczuwalny, szczególnie dla kogoś, kto przez ostatnie miesiące przebywał na nizinie. Pomimo, że się już nieco zahartowałam podczas podróży po Peru, również sięgam po liście koki – bez tej andyjskiej używki ani rusz. Zwijam garść liści, wpycham sobie pod policzek i żuję, żuję, żuję… Już po kilku minutach mój puls wyraźnie przyspiesza, a ból głowy odpływa w zapomnienie. Dotąd nie miałam pojęcia, że nie trzeba wcale wychodzić w góry, by zmagać się z objawami choroby wysokościowej. Pierwszy raz w życiu aklimatyzowałam się na ulicach wielkiego miasta.

    Panienka czy mężatka?
    Spaceruję po centrum miasta. Z podziwem i zgrozą jednocześnie patrzę na ruch busików. Zatrzymują się w absolutnie dowolnych miejscach – nieważne, czy to skrzyżowanie, rondo czy ruchliwa ulica. Aby wsiąść, wystarczy machnąć ręką. A ile robią przy tym hałasu! Z każdego busa wychylają się „naganiacze”, którzy głośno wykrzykują przebieg trasy i cenę biletu, a kierowcy zamiast hamulca używają klaksonu.
    Rozstawione wzdłuż uliczek stragany uginają się od bajecznie kolorowych tkanin, szali, chust, „tuskówek”, wełnianych toreb, lokalnych instrumentów – wszystko to ręczna robota Indianek. Ale są też pirackie płyty i kasety, podrabiane adidasy, fajki, słowem: mydło i powidło.
    Przy każdym straganie siedzi rozłożysta cholita w wielowarstwowej kolorowej spódnicy, pod którą szeleszczą koronkowe halki. Jej ramiona okrywa równie barwny szal, a głowę zdobi melonik – sposób jego noszenia nie jest bynajmniej przypadkowy, zdradza stan cywilny właścicielki. Jeśli znajduje się na czubku głowy, to znaczy, że – uwaga panowie! – mamy do czynienia z mężatką. U panienek jest filuternie przechylony na bok. W tych swoich tradycyjnych strojach kobiety wciąż coś przeżuwają…

    U czarownic
    Kieruję kroki do słynnego i najbardziej podobno przerażającego miejsca w La Paz – na „Targ czarownic”. Nie szukam długo, znajduje się w samym centrum miasta. Czego tu nie ma! Jest wszystko i na wszystko! Oprócz przepięknych wyrobów z wełny, niezwykłe bogactwo rzeczy dziwnych, cudacznych, podobno magicznych: talizmany, amulety, kadzidła, napary ziołowe, fragmenty meteorytów, flakoniki z kolorowymi miksturami na co tylko chcę, na porost lub zanik włosów, na seks i otyłość, na żeńskość i męskość… Można nawet zamówić zły urok na sąsiada lub wyleczyć się z głupoty. Dziwne i śmieszne. Ale przestaje mi być do śmiechu, kiedy widzę stosy zasuszonych żab, węży, pancerników i innych nadmuchanych zwierzątek, a od martwych noworodków i płodów lam ze wstrętem odwracam głowę.
    Wchodzę do jednego sklepiku. Całkiem miła czarownica demonstruje mi te wszystkie okropności. „To jest lama, to kondor, to flaki kota, a to ptasia kupa”. Pytam: „Po co to wszystko?”. „Jak to po co? – odpowiada bardzo znużona – na szczęście!” Każda z tych rzeczy spalona, zakopana, zjedzona… przynosi szczęście – przekonuje kobieta i próbuje mi sprzedać organy jakiegoś niewinnego zwierzaka w małym słoiku. Podziękowałam.
    Każda z czarownic oferowała mi inną odmianę szczęścia, ale żadna nie pozwoliła sfotografować swojej twarzy. Zakrywały je szalami, odwracały głowy, niektóre nawet chowały się za swoje wyroby, unikały aparatu niczym ognia. Proszenie na nic się zdało. Skutecznie strzegły dostępu do swoich zaczarowanych dusz. A może nie trafiłam na taką, która za kilka boliviano by ją przede mną otworzyła?

    Tekst i zdjęcia: Grażyna Czuduk