Fotograf w podróży

Rumunia: Cygan, wołek i osiołek

FotoGea blog o fotografii i podróżach Waskiel Rumunia

Powinniśmy być w Gruzji, a byliśmy w Rumunii. I nie żałujemy ani jednej chwili tam spędzonej. Przy okazji doznaliśmy na własnej skórze „cwaniactwa” Polskich Linii Lotniczych LOT i z pewnością będziemy ją omijać z daleka, jednak o tym na samym końcu wraz z kilkoma poradami, jak uniknąć przykrości związanych z odwołanym lotem.

Odwołany LOT

Wszystko zaczęło się na lotnisku Okęcie. Przy bramce do samolotu najpierw pojawiła się informacja, że rejs LOT-u do Tbilisi będzie opóźniony. Trudno, poczekamy. Kiedy na tablicy pojawił się napis, że nasz lot został tego wieczora odwołany, nie poczuliśmy zdenerwowania. Zgodnie z sugestiami obsługi lotniska powędrowaliśmy po bagaż, a potem do okienka, w którym powiedziano, że następnego dnia być może polecimy, ale może się też okazać, że nie polecimy. Tego już było dla nas za wiele! Nie chcieliśmy tracić jeszcze jednego dnia urlopu, aby przekonać się późnym wieczorem, że możemy znowu nie znaleźć się na pokładzie samolotu. Błyskawicznie podjęliśmy decyzję – rezygnujemy z wyprawy do Gruzji.

Cel: Rumunia

Następnego dnia około południa byliśmy już w drodze do Rumunii. Jak za dawnych, dobrych czasów: bez planów, bez rezerwacji, z mglistym celem podróży – może Maramuresz albo Parâng. Jechaliśmy ze śpiworami, butlą gazową i zapasem jedzenia w bagażniku auta, ponieważ liczyliśmy się z tym, że możemy nocować „nie wiadomo gdzie”, czyli np. w górach na połoninie. Mieliśmy też kilka map i przewodników z domowej biblioteczki oraz jakieś pojęcie o Rumunii wyniesione z wypraw odbytych w minionych latach.

Współcześni podróżnicy mają wiele narzędzi, by ułatwić swoje wojaże. Korzystając z internetowych aplikacji, podczas odpoczynku w Ostrowcu Świętokrzyskim zaczęliśmy szukać szans na jakiś nocleg w Rumunii. Odszukaliśmy pensjonat w pobliżu Satu Mare – nawigacja podpowiadała, że dotrzemy tam około 22.00. Zatem błyskawiczne zarezerwowaliśmy tam pokój i już bez pośpiechu toczyliśmy się przez Słowację, a potem Węgry. Dojechaliśmy o 22.00, czyli 23.00… ponieważ w Rumunii obowiązuje inna strefa czasowa! Pomimo późnej pory czekała na nas miła właścicielka małego pensjonatu. Trochę kłopotów przysporzyła nam rozmowa, bo my nie znamy rumuńskiego, a ona nie znała polskiego ani… innych języków, zatem świetnie porozumiewaliśmy na migi.

Powoli do przodu

Rano gospodyni przygotowała pyszne domowe śniadanie. Przy porannej kawie postukaliśmy palcami po mapie i wybraliśmy góry Parâng. Kiedyś już zetknęliśmy się z legendarną górską drogą Transalpiną, jednak było to bardzo krótkie spotkanie. Popatrzyliśmy na mapę i GPS, i zdawało się nam, że jazda nie będzie zbyt długa. Po prostu zapomnieliśmy, z jaką średnią prędkością podróżną jeździ się po Rumunii. W zasadzie nie ma obwodnic miast, a na licznych rondach tworzą się gigantyczne korki. Naszą uwagę zwróciła ogromna liczba zaprzęgów konnych poruszających się po szosach i ulicach. W drodze powrotnej zdarzyło się nam także napotkać zaprzęg wołów! Snuliśmy się więc przez kolejne odcinki szos, obserwując piękne pejzaże przesuwające się za oknami.

FotoGEA blog o fotografowaniu i podróżach waśkiel Rumunia

Przez Góry Parâng wiedzie mnóstwo pięknych dróg.

 

W Górach Parâng

Późnym południem wjechaliśmy w góry. Kiedyś Transalpina była dziką, górską drogą. Zaczyna się na północnych stokach Karpat i oznaczona jest symbolem DN67C. Jako przeprawę przez góry zbudowali ją Niemcy podczas II wojny światowej. Przez długie lata trwała w swej dzikości, będąc wąską drogą gruntową. Teraz jest już pięknie wyasfaltowana i o wiele ciekawsza pod względem krajobrazowym od bardziej znanej Szosy Transfogarskiej. Prowadzi z Sebes na północy do Novaci na południu (albo odwrotnie). Pod względem wysokości góry Parâng zajmują trzecie miejsce – po Tatrach i Fogaraszach – wśród górskich pasm Karpat (w Rumunii jest drugim co do wysokości). Najwyższym szczytem pasma jest Paringul Mare (2519 m n.p.m.). Poza nim kilka innych szczytów przekracza wysokość 2400 m n.p.m. Sama szosa, gdy pokona się mnóstwo serpentyn, poprowadzi przez przełęcz Urdele na wysokości 2145 m n.p.m. Widok stąd zapierał dech. Wokół widzieliśmy morze gór i dolin częściowo ukrytych w niskich mgłach! Wiał solidny wiatr i robiło się zimno. Pomimo tego zostaliśmy na przełęczy, aby obserwować wspaniały zachód słońca.

Przez kolejne dni nasz pobyt w górach wyglądał bardzo podobnie. Pobudka około 4.00, wyprawa na wchód słońca, śniadanie na którejś z przełęczy w cudownych okolicznościach przyrody, dobra poranna kawa i podróżowanie przez górki i doliny aż do zachodu. Potem zaś zdarzało się nam jeszcze obserwować rozgwieżdżone niebo. Jeżeli warunki pozwalały, to robiliśmy niewielką sjestę w trakcie dnia w jakimś uroczym miejscu. Za bazę mieliśmy kurort Rânca. Położony jest na grzbiecie górskim na wysokości ok. 1600 m n.p.m. Jest tu mnóstwo hoteli, pensjonatów i pokoi do wynajęcia. Jest też wiele restauracji, pizzerii i sklep. Od strony Novaci na dużym parkingu zlokalizowany jest bazar, gdzie oprócz typowych „pamiątek” z Rumunii, np. kubek z wampirem Drakulą, można kupić sery, miody, owcze skóry oraz oczywiście wino i samogon. Jednak np. po paliwo, na większe zakupy, po warzywa, owoce i na dobre jedzenie warto się wybrać do Novaci. Jest tam taniej, duży wybór produktów, a w małych restauracyjkach podawane są proste i smaczne potrawy.

FotoGEA blog o fotografowaniu i podróżach waskiel rumunia

Wtem zajechała nad strumień bryczka, zaprzężona w dwa koniki i powożona przez uśmiechniętego Cygana.

Źródło Cygana

Rumuńskie góry żyją. Nadal prowadzony jest w nich wypas owiec i bydła. Na górskich łąkach można napotkać konie, owce i świnki. Mnóstwo jest bezpańskich psów i odrobinę mniej kotów. Psa prowadzonego w mieście na smyczy widzieliśmy tylko jeden raz. Jeżeli na górskich drogach napotyka się korek, to można być pewnym, że na zakręcie jednej z niezliczonych serpentyn ustawiła się np. oślica w pozie krzyczącej – „jestem gotowa do zdjęć, może macie coś dla mnie!”. Oczarowując wszystkich przejeżdżających, wprowadzała na drodze zamieszanie objawiające się w gwałtownym hamowaniu i parkowaniu na środku szosy. Stojąc wysoko na poboczu, ponad godzinę obserwowaliśmy harmider na drodze, gdy coraz więcej pojazdów zatrzymywało się przy wakacyjnej „modelce”.

W sezonie letnim na halach i w dolinach powstają duże koczownicze osiedla „zbieraczy”. W Rumunii nie ma programu 500+ i generalnie opieka społeczna nie ma szerokiego zasięgu. Przedsiębiorczość w narodzie jednak nie ginie. Jeżeli jest okazja do jakiegokolwiek zarobku, jest ona skrupulatnie wykorzystywana. W ciągu lata „zbieracze” zajmują się najpierw zbiorem jagód, potem grzybów i orzechów. Osiedla to szałasy wzniesione z drewnianych belek i folii, czasami przyciągnięte z dolin przyczepy kempingowe oraz namioty. Zebrane przez nich runo leśne jest skupowane na miejscu, a pieniądze wypłacane są bezpośrednio do ręki.

O poranku fotografowaliśmy przy strumieniu spadającym po stromym zboczu ku głębokiej dolinie. Strumień przepływa tuż przy drodze wiodącej wysoko w góry. Wiele osób zatrzymywało się przy nim, by nabrać świeżej wody. Wtem zajechała nad strumień bryczka, zaprzężona w dwa koniki i powożona przez uśmiechniętego Cygana. Godzinę wcześniej, przy śniadaniu, wspominaliśmy, że zapewne wszyscy rumuńscy Romowie są już we Francji, ponieważ nie ma już ich górskich osiedli, natomiast ich wsie w dolinach ciasno zabudowane są nowoczesnymi domami. Zaczęło się nabieranie wody do beczek i pojenie koni. Bardzo fotogeniczna scena. Odtąd to miejsce nazywaliśmy „źródłem Cygana”.

Jak Polka z Rumunką

Kilka lat temu przez góry Rumunii przeszła fala bardzo obfitych i długich deszczy. Spowodowała ona gwałtowne powodzie, które zniszczyły wiele górskich dolin. Ślady żywiołu widać do dziś w postaci pozrywanych dróg albo całkowicie zdewastowanych dolin. Poruszanie się nimi jest bardzo utrudnione, dlatego nie udało się nam powtórzyć kilku wycieczek na widokowe przełęcze i łąki, które odwiedzaliśmy kilka lat temu. Skierowaliśmy się więc ku wsiom na południowych stokach Parângu. Życie tam wiedzie się spokojnie według zasad obowiązujących od wielu lat. Trawę na łące kosi się ręcznie przy pomocy… kosy, grabi drewnianymi grabiami, układa w stogi i zwozi się do stodoły na drewnianym wozie zaprzężonym w konie. Ogrody uprawia się, używając motyczki i sierpa oraz oczywiście rąk. Przechodząca drogą kobieta, niosąca motyczkę, przypatrywała się zaciekawiona, co Dorota robi z aparatem przy wiejskiej studni. Kiedy tylko spojrzały na siebie, wymieniły się promiennymi uśmiechami. Od tej chwili były już przyjaciółkami. I jak to kobiety, miały tysiące spraw do przekazania jedna po rumuńsku, a druga po polsku. Życzliwość napotykanych ludzi jest przeogromna. Wielką przeszkodą pozostaje bariera językowa.

FotoGEA blog o fotografowaniu i podróżach waśkiel Rumunia 2018

Na rumuńskich drogach jest wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich… aut oraz konnych zaprzęgów i wołów. 

Czy warto jechać do Rumunii

Na koniec przeczytajcie jeszcze opinię Doroty, która była w Rumunii po raz pierwszy: Czułam się w tym kraju jak w domu. W rozległych górach każdy znalazł miejsce dla siebie. Zbieracze grzybów, samochodowi turyści wysiadający na chwilę, aby zrobić selfie i pomknąć dalej, dwójka fotografów oczekujących cierpliwie na pierwsze promienie słońca, pasterze troszczący się o swoje owce i przydrożni sprzedawcy górskich specjałów. Zauroczyły mnie piękne, rozległe doliny, samotne drzewa, wijące się drogi, spadające po zboczach strumienie i przelewające się przez górskie grzbiety chmury. Do tego wszechobecne poczucie wolności – brak strażników i zakazów. Gospodarka ludzka prowadzona w górach, o dziwo, niepowodująca zagłady ekologicznej. Otwartość i życzliwość napotkanych ludzi. Wszechobecność zwierząt, chodzących luzem po górskich łąkach – osiołki, krowy, konie, świnie, psy, owce i kozy. Czyż to nie cudowne miejsce?

Tekst i Zdjęcia: Dorota i Marek Waśkiel

PORADA:

Co robić z odwołanym lub opóźnionym lotem  Jak radzić sobie z odwołanym lotem? Po pierwsze nie rezygnować ze starań o należne odszkodowanie. Linie lotnicze będą się za wszelką cenę chciały wykpić z wypłaty odszkodowania. Nam do dziś nie zwróciły kwoty zapłaconej przez nas za bilety, nie wspominając o odszkodowaniu. Radzę nie odpuszczać i pisać odwołania. Najlepiej tuż po otrzymaniu odpowiedzi od linii lotniczych od razu do Urzędu Lotnictwa Cywilnego – na ich stronie jest odpowiedni formularz. Poświęcenie odrobiny czasu i wytrwałość owocują. Od lat obserwuję, jak linie lotnicze stają się jedną z wielu korporacji, które w minimalnym stopniu troszczą się jedynie o to, co muszą. Niestety troska o pasażera nie wchodzi w zakres ich podstawowego zainteresowania.

To także może ci się spodobać

  • Kacper
    14 marca 2018 o 15:41

    Wspaniałe zdjęcia! Przygoda na pewno też niesamowita. Ja mam w planach Rumunię odwiedzić za dwa lata 🙂