Fotograf w podróży

PODRÓŻE: Z kartek Afrykańskiego Dziennika

Alicja wcale nie chciała za mną rozmawiać. Przynajmniej na początku. Siedziałam na patio hoteliku Annex by Night II w Arusha, kiedy siedzący przy sąsiednim stoliku lekko podchmielony mężczyzna zaczął popychać w moją stronę może z ośmioletnią dziewczynkę.  – Ona bardzo chce z tobą rozmawiać. No Alicjo, podejdź do pani. Nie wstydź się.-
Widać było, że Alicja i wstydziła się i wolała bawić się z innymi dziećmi na patio, ale jednocześnie bała się narazić lekko wstawionemu chyba …. ojcu. Przysiadła nieśmiało na skraju plastikowego krzesełka przy moim stoliku. Zapadła cisza.
– Na imię masz Alicja? – powiedziałam cokolwiek, byleby przerwać niezręczne milczenie.
– Yhm
– Masz jakieś rodzeństwo?
– Brata – tu zawahała się przez chwilę – No właściwie niezupełnie brata, bo mamy innych ojców.

– Inni ojcowie, ale zawsze miło jest mieć braciszka – kontynuowałam rozmowę. Alicja spojrzała na mnie uważnie i odpowiedziała:
– No nie za bardzo.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, ale na szczęście Alicja sama wybawiła mnie z kłopotu, bo nagle z zupełnie mi nieznanych powodów język jej się rozwiązał.
– Moja mama ma wielu przyjaciół: mężczyzn. Ja z nią nie mieszkam, bo hotel, w którym ona mieszka, nie jest dobry dla dzieci. Za dużo tam mężczyzn i hałasów w nocy. Tak mówi moja ciocia, która się mną na co dzień opiekuje. Ona cały czas każe mi się uczyć i sprzątać mój pokój. Ja mieszkam tutaj, bo to był kiedyś hotel mojego zmarłego dziadka i dlatego mogę tu jeść i mieszkać za darmo. Mamę spotykam tylko raz w tygodniu, bo ona nie ma czasu, żeby tu przychodzić. Musi pracować. Tęsknię za nią. A tato? Taty już dobrze nie pamiętam. Ale on płaci za moją szkołę. To jest bardzo dobra i droga szkoła – brytyjska. Tato jest Masajem. No, ale nie takim w kocyku w kratkę i z dzidą. Tato mieszka w mieście, w Dar El Salaam, jest urzędnikiem, chodzi w garniturze, ma neseser i laptopa. Ten pan, który mnie namawiał do rozmowy z tobą to nie mój tato, to nowy przyjaciel mojej mamy.
Alicja pięknym brytyjskim akcentem wyniesionym z drogiej szkoły bez skrępowania paplała i paplała odsłaniając kolejne rozdziały swojego życia rodzinnego.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Wyprawa

U bram Parku Narodowego kłębił się tłum tragarzy i okolicznych mieszkańców liczących na zarobek. W naszą stronę wyciągały się ręce z przeciwdeszczowymi pokrowcami na plecaki, podkoszulkami, chustami, masajskimi nożami i różnego rodzaju pamiątkami. Panował potworny harmider. Przysiedliśmy na pobliskim murku obserwując jak nasi przewodnicy Michael i Seide wybierali ludzi do ekipy. To bardzo ważne, aby dobrać rzetelnych, doświadczonych i silnych tragarzy. Michael powiedział mi, że paru tragarzy zna, bo już z nimi współpracował, ale paru jest zupełnie nowych i będzie musiał ich pilnować. Nie wie jak zareagują na wysokość i czy gdzieś nie porzucą bagażu, czy co gorsza znikną z nim nie wiadomo gdzie. Ku naszemu zdumieniu okazało się, że na naszą trójkę potrzeba aż 16 ludzi. Co prawda, kiedy zobaczyłam, co dla nas mieli nieść, już nie dziwiłam się tej liczbie. Gdyż dźwigali oni nie tylko nasze bagaże, ekwipunek i żywność na 6 dni, ale także namiot jadalnię, stół, krzesła, serwetę i porcelanową zastawę stołową. Towarzyszył nam też ‘toilet man’, który taszczył na plecach prywatną toaletę.
-„Panienko, toaleta gotowa” – meldował mi każdego dnia po przybyciu do obozu. Mieliśmy do dyspozycji kucharza i jego pomocnika, który budził nas o świcie podając najpierw gorącą wodę do mycia a potem serwował kawę i herbatę do namiotu informując, że śniadanie będzie za chwilę gotowe. No i towarzyszyli nam nasi dwaj przewodnicy, którzy cały czas pilnowali, byśmy się nam nic nie stało. Któregoś wieczoru, kiedy kończyliśmy jeść trzydaniowy obiad i patrzyliśmy na kopułę Kibo w promieniach zachodzącego słońca poczułam się tak, jakbym brała udział w wyprawie pierwszych wielkich podróżników odkrywających Afrykę.

Pole, pole

Te słowa towarzyszyły nam od samego początku wędrówki na szczyt Kilimandżaro. Tych słów użył Michael, jeden z naszych przewodników, gdy pierwszego dnia w tropikalnej ulewie zbyt szybko powędrowaliśmy przez las deszczowy. Jeśli chce się zdobyć Kilimandżaro to trzeba robić to być pole, pole, czyli powoli, powoli. Następnego dnia Michael chyba do końca nam nie ufając sam stanął na czele grupy i dyktował tempo marszu. Krok po kroku w ślimaczym tempie wspinaliśmy się wyżej i wyżej. Krajobrazy zmieniały się powoli. Po tropikalnym lesie deszczowym weszliśmy w obszar łąk alpejskich, potem przyszła kolej na pół-pustynię zasłaną ogromnymi głazami, potem rozciągnęła się przed nami kamienna pustynia prowadząca w kierunku szczytu. Na początku tempo narzucone przez Michaela wydawało mi się zbyt powolne. Dla zabicia czasu liczyłam, ile już kroków zrobiłam, albo prosiłam Seide, by uczył mnie Suahili. Wyciągaliśmy aparaty i robiliśmy zdjęcia. Potem jednak zmęczenie i brak tlenu zrobił swoje. Już niczego nie liczyłam, niczego się nie uczyłam, niczego nie chciałam wiedzieć. Chciałam tylko dotrzeć na szczyt.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Uhuru Peak – Szczyt Wolności

Po dwóch godzinach snu, o ile nerwowe przewracanie się z boku na bok można nazwać snem, wyszliśmy szczękając zębami z zimna w gwiaździstą noc. Przed nami było ostatnie podejście. W milczeniu, krok po kroku, uzbrojeni w czołówki ruszyliśmy na zdobycie szczytu. Nie byliśmy sami. Gdy podniosło się głowę na ścianie krateru widać było powoli poruszająca się wstęgę migoczących światełek. W ciemności nocy nie widać było końca ściany krateru. Gwiazdy i czołówki migotały tak samo.
– Michael, czy tam wysoko, to jeszcze ludzie, czy już gwiazdy? – pytałam się.
Roześmiał się.
– Nie martw się, tam wysoko to już pas Oriona, tam nie będziemy wchodzić.
Wędrowaliśmy skupieni na każdym kroku. Czas mijał a nam wydawało się, że chociaż krawędź krateru była już na wyciągnięcie ręki, to minie wieczność zanim nasze wymęczone ciała się tam znajdą. Nie wiem, dlaczego, ale wyobraziłam sobie, że najważniejsze to dotrzeć do Stella Point (5685 m n.p.m.), czyli krawędź krateru, bo wtedy Uhuru Peak (5896 m n.p.m.) na pewno będzie już nasze. Ze Stella Point do Uhuru Peak prowadzi łagodnie wznosząca się ścieżka a do przejścia pozostaje zaledwie kilkaset metrów. O jakże myliłam się. Te ostatnie metry wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Mózg pozbawiony tlenu nie chciał już ze mną współpracować. Jak mantrę powtarzałam sobie w myślach: „Zrób, chociaż z jedno zdjęcie na szczycie, zrób, chociaż z jedno zdjęcie na szczycie”. Bałam się, że zmęczony mózg spłata mi figla i że zapomnę nawet o tym, że niosę ze sobą aparat fotograficzny. Ci, którzy dotarli na szczyt przed nami mijali nas dodając otuchy: To już blisko, jeszcze jeden zakręt i już będziecie na Uhuru Peak. W zasadzie to już tam jesteście.
No właśnie: w zasadzie. Te ostatnie metry były chyba najtrudniejsze. Chwiejąc się na nogach wreszcie go zdobyliśmy. Dopiero wtedy zdobyłam się na wysiłek, by rozejrzeć się dookoła i wyciągnąć aparat. Kto by przypuścił, że samo wyjęcie aparatu z plecaka może być tak trudne, a co dopiero zrobienie zdjęcia!
Na samym zaś szczycie widać było chwiejące się sylwetki wymęczonych aczkolwiek szczęśliwych ludzi. Choroba wysokościowa wszystkim dawała się we znaki. Wielu wymiotowało. Wielu traciło przytomność. Przewodnicy łapali ich pod pachy i dosłownie ciągnęli w dół. Chociażby 300 m w dół. To już pomagało.

Słonica kontra hipopotamy
Na krawędzi rozlewiska wodnego ustawił się wielonarodowościowy tłum uzbrojony w aparaty i kamery. Wszyscy czekali na rozpoczęcie akcji. Trzy dni temu stara słonica utknęła w mule rozlewiska. Stała tak biedaczka bezradna, otoczona obojętnie porykującymi hipopotamami podejmując bezskuteczne próby wydostania się z głębokiego mułu. Bez jedzenia, wykończona palącym słońcem afrykańskim, przed którym w ciągu dnia nie mogła znaleźć schronienia słabła z godziny na godzinę. Wydawała się już na pogodzoną z losem. Jednak podjęła jeszcze jedną rozpaczliwą próbę. Zebrała ostatnie siły i ruszyła na oślep, nie zważając na zagradzające jej drogę hipopotamy. Byle tylko do brzegu. Rozległy się pohukiwania rozzłoszczonych zwierzaków. Jeden z nich wbił swoje wielkie zęby w tylne nogi słonicy. Mimo grubej skóry, najwyraźniej coś poczuła, bo na chwilę przystanęła, by kopnięciem zniechęcić hipopotama od dalszych prób atakowania jej. Po chwili już była na brzegu i ruszyła w stronę równin Serengetti.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Planowanie podróży z fotografią

Gdy podróżujemy, staramy się to robić „pole, pole”, czyli powoli. Chcemy dać sobie czas na poznanie zarówno miejsca jak i ludzi. Oswoić ich ze swoją obecnością tak, aby stać się jeszcze jednym elementem otoczenia, na który przestaną zwracać uwagę i powrócą do swych codziennych czynności. Miło jest posiedzieć na masajskim rynku i godzinami patrzeć na handlujących ludzi, aby wreszcie chwycić za aparat i zatrzymać w obiektywie naturalną atmosferę targu.

Kiedy to tylko możliwe wędrujemy pieszo, jeździmy rowerami i korzystamy z miejscowych środków transportu. Często jest to męczące i wymaga sporo wysiłku, ale z pewnością pozwala dokładniej przyjrzeć się zarówno przyrodzie jak i ludziom.
Staramy się nie podróżować wielkimi grupami. Tłum ludzi z obiektywami przeważnie usztywnia ludzi. Popędzający wszystkich przewodnik i sztywny program wycieczki nie sprzyja skupieniu i zastanowieniu się nad tym, co chcemy zdjęciem przekazać.

Zawsze próbujemy nauczyć się choć paru słów w miejscowym języku. Nawet, jeśli nasza wymowa pozostawia wiele do życzenia a składnia wzbudzi uśmiechy na twarzy
naszych słuchaczy. Zwykłe „dzień dobry” w miejscowym języku otwiera drzwi wielu domów i daje szansę na poznanie ciekawych ludzi a w rezultacie na zrobienie równie ciekawych zdjęć.

Dlatego plany naszych podróży z fotografią nie są przeładowane mnogością miejsc i wydarzeń, dzięki czemu dajemy sobie szansę, by nasze zdjęcia lepiej oddawały to, co zobaczyliśmy, przeżyliśmy i odczuliśmy.

Ola i Włodek Serwińscy
www.serwinski.pl

To także może ci się spodobać