Fotograf w podróży

PODRÓŻE: Yunnan – lost in translation

Blisko dziesięć lat temu nieźle się uśmiałem z językowych przygód pewnego Amerykanina w Japonii. Mam na myśli film Soffi Coppoli pt. „Lost in translation” (dosł. „Utracone / zagubione w tłumaczeniu”), który na polskich ekranach pojawił się jako „Między słowami”. Otóż Bob, znany aktor amerykański – rolę jego powierzono Billowi Murray – przybywa do Tokio w celu nagrania telewizyjnej reklamówki. Pomimo przydzielonego tłumacza Bob co rusz wpada w drobne pułapki zastawiane przez brak spójności tłumaczenia tudzież różnice kulturowe.

Oglądając „Lost in translation” bawiłem się nieźle i nawet mi wówczas do głowy nie przyszło, że dekadę później sam będę w sytuacjach, w którym brak werbalnego porozumienia doprowadzać mnie będzie na zmianę od stanów depresyjnych do skrajnej wesołości.
Oczywiście miałem świadomość, że podróż do Chin poza wielkie, przemysłowe, ośrodki, to językowy koszmar. To był jeden z powodów, aczkolwiek nie jedyny, dla którego omijałem do tej pory Państwo Środka. Śmiałości nabrałem dopiero po tegorocznej wyprawie wzdłuż rzeki Nam Ou. Spędziłem w mało dostępnych obszarach Laosu ponad miesiąc i pomimo ograniczonych możliwości językowych zawsze jakoś udawało mi się dogadać, wyjaśnić moje intencje, znaleźć nocleg, wsiąść do prawidłowego autobusu czy zamówić posiłek. Mój optymizm co do możliwości dogadywania się z ludami nie mówiącymi biegle po polsku czy po angielsku znacznie wzrósł i bez wahania postanowiłem iść za ciosem i ruszyć do Chin. Wybieram prowincję Yunnan.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

„Poland” nie istnieje, ale ma być w przyszłym roku
Zaraz po przejściu odprawy paszportowej na lotnisku w Hong-Kongu zaczepia mnie facet w wieku 18-50 lat wystrojony w garnitur i okulary w grubych oprawkach. Jegomość, z twarzy podobny do nikogo, miał przylepiony do zawodowej maski uśmiech numer 3… ani chybi będzie chciał przeprowadzić ankietę. Postanawiam być miłym podróżnikiem, przyjaznym tubylcom i zgadzam się na zadanie mi kilku pytań. Jegomość, zgodnie z ogólnoświatową tradycją panującą w branży ankieterów, zapewnia mnie, że nie zajmie nam to więcej aniżeli kilka minut. W chwilę potem okazało się, że ankieta trwała mniej więcej zaledwie 40 sekund. Pierwsze pytanie było co prawda proste: „Z jakiego kraju pochodzisz?” ale udzielona odpowiedź wprawiła ankietera w niewąskie zakłopotanie. „Poland, Poland, Poland, ….” mruczało stropione chłopaczysko grzebiąc w pliku papierów. „No cóż” – pokazał mi listę krajów, która spoczywała na wierzchu sterty dokumentów – „nie ma takiego kraju. Pakistan, Polinezja, Portugalia… ”. Teraz ja się zapowietrzyłem: „Jak to nie masz „Poland” na liście?” Gotowy byłem mu przybliżyć nasz kraj recytując listę sławnych Polaków począwszy od Mieszka I, Wandy co Niemca nie chciała, poprzez Zagłobę i Kmicica, a kończąc na członkach zarządu PZPN. Postanowiłem jednak nie zaczynać mojej podróży do Chin od polityczno-geograficznej awantury. Uzgodniliśmy, że w przyszłym roku „Poland” będzie na liście – ankieter zarzekał się, że osobiście tego dopilnuje – i już.

Magia klasztoru Dhondrupling ujawnia się szczególnie rankiem gdy ukośnie wpadające światło tworzy niezwykłe kulisy dla ujęć.

Magia klasztoru Dhondrupling ujawnia się szczególnie rankiem gdy ukośnie wpadające światło tworzy niezwykłe kulisy dla ujęć.

Ścierka zamiast czapeczki
W Yunnan-ie październik straszy temperaturami krążącymi wokół zera. Kupuję więc wełnianą czapeczkę z nausznikami i frędzelkami, nazwijmy ją model „Donald za granicą”. Brakowało tylko napisu „Peru”, ale nawet od obrotnych Chińczyków nie należy za dużo oczekiwać. Do czapeczki bardzo się przywiązałem, nie bacząc na komentarze moich znajomych. W końcu pomimo braku marynarki i krawata miałem w sobie coś z dostojnego przedstawiciela Polski…
Zawieruszenie się mojej czapeczki z nausznikami w klasztorze Dhondrupling popycha mnie w stan lekkiej depresji. Przeszukuję wszystkie zwiedzone w ciągu ostatnich dwóch dni miejsca: główny gmach świątyni, przyklasztorną szkołę, okolicę młynków modlitewnych. Wszędzie pokazuję zaciekawionym mnichom na czubek gołej głowy i za pomocą przyjętego tu języka (tj. migowego) wyjaśniam o jaką zgubę mi chodzi. W kuchni natrafiam na mnicha, który moimi wyjaśnieniami bardzo się przejął. Poprosił (w tymże samym języku) abym zaczekał momencik i zniknął w ciemnościach kuchennego zaplecza. Za chwilę powrócił. Rozpromieniony. Ale w dłoniach trzymał bynajmniej nie moje nakrycie głowy, ale… ścierkę. Zanim zdążyłem zaprotestować, mnich w swojej uprzejmości zarzuca mi szmatę na głowę i usiłował skręcić coś w rodzaju szmacianego turbanu. No cóż, takim nakryciem głowy mógłbym chyba zrobić większą furorę niż nasz pan premier w Peru.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Voucher po angielsku nie obowiązuje…
Do Chin przybyliśmy w czasie tzw. Golden Week czyli Złotego Tygodnia. To drugie, obok Chińskiego Nowego Roku, największe i najdłuższe święto w tym kraju. Około dwustu milionów (sic!) Chińczyków rusza na wewnątrzkrajowe trasy. Autobusy, samoloty, promy, koleje – wszystko jest przepełnione i żeby dostać miejsce w środkach transportu trzeba kupować bilety z dużym wyprzedzaniem. To samo dotyczy hoteli zwłaszcza w atrakcyjnych ośrodkach turystycznych. W przeciwnym razie grozi nocleg pod chmurką. A to w październiku w górach prowincji Yunnan nie należy do przyjemności, zwłaszcza że miejscowa władza ludowa tego bardzo nie lubi… Rezerwuję więc na stronie www.agoda.com skromny hotelik w Dali. Po zapłaceniu kartą kredytową przez Internet otrzymuję emailem voucher.
Do hoteliku w Dali docieramy autobusem późnym popołudniem. Pani recepcjonistka, zgodnie z przewidywaniami, nie mówi po angielsku. Zaczynamy się czuć nieswojo dopiero gdy na widok voucher-a w naszym laptopie recepcjonistka wpada w widoczną rozpacz. Z jej nerwowych ruchów wyczuwamy, że nie wszystko jest jak zaplanowaliśmy. Trwa to chwil kilka zanim pracowniczka połączyła się z kimś kto cokolwiek mówi po angielsku. I tak to dowiadujemy się, że w „naszym” hotelu, tak zresztą jak w całym mieście, nie ma wolnych miejsc. A voucher-em internetowej firmy rodem z Anglii to my sobie możemy…. Wpadam na pomysł, żeby zadzwonić na infolinię agoda.com – proszę o hasło do bezprzewodowego Internetu. Pani recepcjonistka jest w międzyczasie krańcowo zrozpaczona – nie rozumie bowiem słowa „Internet” – i znowu rzuca się do telefonu. Koniec końców, zdobywam dzięki telefonicznemu „tłumaczowi” hasło do hotelowego WiFi, łączę się przez skype z infolinią agody.com, a potem trafiam do kolejki oczekujących na linii petentów. Po 30 minutach rezygnuję i wysyłam email-a z prośbą o pilną interwencję lub zwrot zapłaconych pieniędzy. Nie czekamy na pomoc agody.com – bardzo słusznie zresztą, bowiem odpowiedź w sprawie chybionego noclegu przychodzi po… 6 dniach. Obchodzimy okolicę. W bocznej uliczce znajdujemy hotelik, który ma jeden wolny pokój. Za pomocą języka migowego ustalamy cenę i wkraczamy do upragnionego pokoju. Internet, skype, karty kredytowe… – nie ma to jak spacer po mieście w poszukiwaniu noclegu i płatność gotówką.

Wieśniaczka powracająca popołudniem z pracy w polu.

Fast food ratunkiem na językowy galimatias
Codziennie to samo: popołudniem ruszaliśmy żeby upolować coś do zjedzenie. Praktycznie dzień w dzień powtarzał się ten sam scenariusz – biegaliśmy po wszystkich punktach sprzedających coś do jedzenie rozpaczliwie szukając menu po angielsku. W wielu miastach nie było żadnych stoisk na ulicy gdzie można by się było najeść – ponoć o brak konkurencji dbają właściciele restauracji. Zresztą trzeciego dnia pobytu w Chinach nabawiłem się biegunki i do sprawy dalszego korzystania z obiadków robionych i sprzedawanych na ulicy podchodziliśmy nader ostrożnie. Wielką klapę w poszukiwaniu restauracji z angielskojęzycznym menu ponieśliśmy w Lijiang. Pomimo, że jest to miasto szczycące się wpisem na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, nasze wysiłki spełzły na niczym. Wszędzie, nawet w eleganckich knajpach, do których w odruchu rozpaczy także zajrzeliśmy, widok „białasów” wywoływał lekkie rozbawienie obsługi. Szybko gromadziła się wokół nas gromadka kelnerów i kelnerek komentujących między sobą naszą obecność. Wędrówka szlakiem chińskich restauracji w Lijiang wywiodła nas poza granice centrum. Po godzinie bez słowa zatrzymaliśmy taksówkę i kazaliśmy się wieźć za równowartość 1,5 USD z powrotem do centrum. Do KFC. Tam, pokazując paluszkiem podświetlane obrazki, wybraliśmy posiłek.

Chochle zamiast łyżek
Ciężko nam przychodzi uwierzyć, że w celu napędzenia ruchu turystycznego obrotni Chińczycy postanowili wykorzystać popularność fikcyjnej krainy z powieście James-a Hiltona i zmienili nazwę nieznanego miasteczka na Shangri-La. Hm, zastanawiamy się czy tego pomysłu nie przeszczepić na grunt polski. Jakby nie było nazwę mojego rodzinnego miasta zmieniono w 1945 roku z przyczyn polityczno-historycznych z „Breslau” na Wrocław to może teraz zmienić trudną do wymówienia nazwę stolicy Dolnego Śląska na marketingowo bardziej chwytliwą, np. „Barcelona” albo „Nju Jork”? A Rysy przechrzcić na Mt. Everest?
W restauracji w centrum Shangri-La poprosiliśmy o „table spoons” czyli łyżki stołowe ignorując niewielkie porcelanowe łyżeczki, które leżą obok talerzy z zupą. Prośbę swoją popieramy wymownymi gestami dobrze nam w międzyczasie znanego języka migowego. Na twarzy kelnera najpierw maluje się zwątpienie, a potem w oczach pojawia się błysk zrozumienia. Znika nam na chwilę z oczu i wraca trzymając w ręku bynajmniej nie łyżki, ale pałeczki oraz… dwie chochle.
Pisanie niniejszego artykułu kończę w knajpie w Kolombo, stolicy Sri Lanki. Przed chwilą odczułem ulgę, gdy kelner poproszony o przyniesienie „table spoon” faktycznie przynosi mi łyżkę, a nie chochlę. Jakby nie było angielski jest na Cejlonie językiem bardzo rozpowszechnionym. To prawdziwy luksus, który doceniam po mojej wyprawie do Państwa Środka.

A z drugiej strony… podróże kształcą. I bawią. Także podróże po Chinach.

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Lityński
http://www.litynski.com

 

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com o fotografowaniu i podróżach
bezpłatnie do pobrania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać