Fotograf w podróży

PAKISTAN – zagubiony raj

„Bin Laden?! Nigdy go tu nie było! Nawet nie postawił stopy w Pakistanie!” – śmieje się młody mężczyzna, spotkany w drodze pod Nanga Parbat. „Czy ktoś widział jego ciało? Cała ta historia to bajka, która ma jeszcze bardziej pogrążyć nasz kraj”. W jego głosie nie słychać gniewu. Raczej żal. Nie bez powodu. Wystarczyło dziesięć lat, by jego ojczyzna, z miejsca przyciągającego tłumy podróżników, przerodziła się w kraj o fatalnej reputacji, do którego wyjazd odradzany jest przez każdy rząd i ambasadę. Na naszej drodze przez Azję nie spotkaliśmy jednak drugiego miejsca, w którym stereotypy byłby tak odległe od rzeczywistości. Pakistan to kraj, który oczarowuje surowymi krajobrazami i ujmuje gościnnością mieszkańców.

Lahore
Naszym największym wyzwaniem okazał się przyjazd tutaj. Urzędniczka w pakistańskiej ambasadzie w Nepalu przyjęła wnioski wizowe, zapominając jednak dodać, że na wjazd i tak nie mamy szans. Paradoksalnie, to zadecydowało, że po trzech miesiącach oczekiwania wizy udało nam się wybłagać. Pomógł argument, że kazano nam na darmo czekać przez cały ten czas. Już dwa tygodnie później trafiamy do Lahore, gdzie zaczyna się nasza droga przez Pakistan. Panuje 40-stopniowy upał, zakurzonymi ulicach przemykają mężczyźni w białych shalwar kameez, młodzieńcy w dżinsach i podkoszulkach i odziane na czarno kobiety. W jednym z zaułków zatrzymujemy się kupić coś do picia, gdy jeden z przechodniów zatrzymuje nas na krótką rozmowę. Mówi płynnie po angielsku, wypytując o nasze wrażenia i opowiadając o mieście. Kilku jego znajomych przysłuchuje się rozmowie. Spotkanie zagranicznych turystów w tym mieście nie jest ostatnio codziennością. Gdy chwilę później chcemy zapłacić za zakupy, dowiadujemy się, że… zrobił to już za nas jeden z mężczyzn. Witamy w Pakistanie!

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Potomkowie Aleksandra
Początek naszej podróży przez góry to Chitral, małe miasto leżące w górach Hindukuszu. Pozwolenie na pobyt w strefie przygranicznej dostajemy łatwo, ale w dalszej drodze towarzyszy nam uzbrojony w kałacha żołnierz. Nie sposób pozbyć się tego „opiekuna”. Granica afgańska jest kilkanaście kilometrów dalej.
Naszym celem jest dolina Rumbur, zamieszkiwana przez najbardziej niezwykły lud tej części Azji: Kalaszy. Legenda głosi, że wywodzą się od greckich żołnierzy Aleksandra Wielkiego, którzy przed wiekami osiedli w tym miejscu. W odróżnieniu od swoich sąsiadów Kalasze nie wyznają islamu, ale unikalny kult sił przyrody. Ich kobiety nie zakrywają twarzy, noszą natomiast kolorowe suknie i haftowane nakrycia głowy, wyróżniające je spośród wszystkich narodów Środkowej Azji. Czas w tym miejscu jakby się zatrzymał. Ubrane w swoje tradycyjne stroje Kalaszki pracują w polach i zbierają owoce rosnących wokół morw. Starsi mężczyźni pomagają im lub opiekują się niewielkimi młynami wodnymi, bardzo ważnymi dla tej społeczności. Młodsi wypasają zwierzęta wysoko w górach. Gdy spacerujemy wśród małych wsi, witają nas pozdrowienia: „Iszpata baba! Iszpata baja!” – „Witaj siostro! Witaj bracie!”. Także tutaj gość witany jest jak ktoś niezwykły, choć bliski zarazem.

Wiszący most nad rzeką Hunzą to codzienna droga do domu dla mieszkańców Karakorum.

Wiszący most nad rzeką Hunzą to codzienna droga do domu dla mieszkańców Karakorum.

Kalasze, choć przyjaźni, nie budzą zaufania mieszkających wokół nich muzułmanów. Wielu uważa ich, niesłusznie, za pogan. Niektórzy, aby uniknąć dyskryminacji, przechodzą na islam. Sprawia to, że unikalna tradycja pakistańskich górali zanika, a z licznego kiedyś ludu, zamieszkującego niemal cały Hindukusz, pozostało jedynie kilka tysięcy ludzi, żyjących w trzech niedużych dolinach.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Pod Nagą Górę
Dalsza podróż to kilkanaście godzin w ciasnym autobusie, telepiącym się ponad 300 km po górskich drogach. Słabe resory i kamienista droga, w najwyższym punkcie osiągająca 3700 metrów, sprawiają, że pod koniec podróży jesteśmy już tylko obolałymi ciałami. Trafiamy do Gilgit, miasta leżącego przy głównej drodze, prowadzącej ze stolicy Pakistanu do Chin. Wbrew nazwie słynna Karakorum Highway nie ma nic wspólnego z autostradą. To wąski trakt wysypany kamieniami, pełen dziur i osuwisk. Poruszanie się nim to nie jazda, ale pełznięcie w tempie 15 km na godzinę. I z taką właśnie prędkością udajemy się na południe, w stronę wsi Raikot, skąd głęboka dolina prowadzi w stronę Nanga Parbat czyli Nagiej Góry, najwyższego szczytu pakistańskich Himalajów.
Łatwa, w zamierzeniu, wycieczka, mogłaby być naszą ostatnią. Wielogodzinny marsz w upale i bez wystarczających zapasów wody, udaje nam się przeżyć jedynie dzięki przypadkowo napotkanym kierowcom. Dopiero drugiego dnia osiągamy nasz cel – pasterską osadę Fairy Meadows. Rozbijamy namiot na łące z widokiem na lodowiec Raikot i północną ścianę Nanga Parbat. Nasz gospodarz, słysząc że przybyli Polacy, wspomina naszych himalaistów, którym służył kiedyś za przewodnika. Kolejny poranek spędzamy obserwując „narodowy” sport lokalnych górali – polo, kibicując miejscowym pasterzom którzy na tę okazję dosiedli niewielkich kucyków i walczą zacięcie o wbicie niewielkiej piłki w bramkę przeciwnika, za pomocą długiej, drewnianej laski. Potem ruszamy wyżej.
Rano opuszczamy ostatnie osiedle pasterskie. Drzewa się kończą i zostajemy zupełnie sami wśród łąk i skał. Poniżej, w dolinie, ciągnie się poszarpana rzeka lodu, spływająca spod bliskiego już szczytu. Co chwilę słyszymy, jak potężne bloki urywają się i z hukiem spadają gdzieś w głąb lodowca. Miejsce wygląda groźnie i niedostępnie, ale my do przejścia mamy jedynie jego boczne odgałęzienie. Ścieżka jest łatwa, ale sąsiedztwo potężnych, lśniących zębów robi wrażenie.
Wczesnym popołudniem docieramy do dawnej bazy pod Nanga Parbat. Tu, gdzie kiedyś zaczynały wspinaczkę wyprawy, pozostał teraz mały szałas oraz kilka tablic upamiętniających tych, co z gór już nie wrócą…

W drodze do Fairy Meadows, w masywie Nanga Parbat. Kierowcy prowadzący stare samochody terenowe, dokonują nieraz cudów zręczności na krętej drodze, prowadzącej nad przepaścią.

W drodze do Fairy Meadows, w masywie Nanga Parbat. Kierowcy prowadzący stare samochody terenowe, dokonują nieraz cudów zręczności na krętej drodze, prowadzącej nad przepaścią.

Płynąc wśród szczytów
Z Gilgit wyruszamy na północ. Nasz mikrobus dzielnie znosi kaprysy drogi – do czasu. Na jednym z zakrętów tył pojazdu wydaje nagle dziwny odgłos i stajemy na poboczu z wykrzywioną osią. Kolejne godziny to bezskuteczne naprawy. Dopiero wieczorem, po dwukrotnej zmianie środka lokomocji, docieramy do Karimabadu. To jednak nie koniec przygód z transportem. 20 kilometrów dalej Karakorum Highway urywa się jak nożem uciął. Rok wcześniej gigantyczne osuwisko przegrodziło tu dolinę ponad stumetrową ścianą, blokując także koryto rzeczne. Wzbierająca woda utworzyła potężne jezioro, które pochłonęło nie tylko drogę, ale także dwie wsie i kilkadziesiąt istnień ludzkich. Teraz, do leżących po drugiej stronie wiosek, dostać się można jedynie łodzią.
Jeep do którego wsiedliśmy z wielkim trudem pokonuje osuwisko, które pokrywa kilkanaście centymetrów pyłu. W mgnieniu oka cali jesteśmy nim pokryci. Na górze czeka niezwykły widok – sylwetki potężnych szczytów odbijają się w błękitnej wodzie jeziora, które wypełnia tu cała dolinę. Niezwykły kolor woda zawdzięcza pyłowi, jaki niosą spływające z okolicznych lodowców strumienie. Sceneria jest fantastyczna, ale cały czas pamiętamy jaką tragedią jest to miejsce dla tutejszych mieszkańców. Z zaimprowizowanej przystani czeka na nas łódź. Rejs mija przy akompaniamencie dwóch ryczących Hond i po dwóch godzinach jesteśmy na drugim brzegu.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Passu
Dolina górnej Hunzy to najpiękniejsze widoki w całym Karakorum. To także spotkanie z góralami Wakhi, których głównym zajęciem do dziś pozostaje wypas zwierząt wśród okolicznych gór. W Passu, pierwszej miejscowości za jeziorem, zatrzymujemy się u Ahmeda, który prowadzi tu niewielką restaurację. Odkąd Pakistan znalazł się na liście krajów rzeczywiście bądź rzekomo wspierających terroryzm, nie narzeka na nadmiar gości. A od chwili gdy osuwisko odcięło jego wioskę od świata, rzadko widuje tu obce twarze. Może tylko czasem zajrzy jakiś obieżyświat, tak jak my zmierzający w stronę chińskiej granicy.
Hunza to kwintesencja Pakistanu. Wystarczy wyjść z namiotu, by stanąć oko w oko z poszczerbionymi sześciotysięcznikami wyrastającymi po obu stronach rzeki. W dole rozciąga się niewielka wieś Passu. Tutejsi mieszkańcy to ismailici, wyznawcy najbardziej liberalnej odmiany islamu. Tu każdy pozdrawia nas przyjaźnie, a o zamachach i terrorze słyszy się tylko w zagranicznej telewizji.

Kiedy po opuszczeniu Pakistanu ktoś pyta „jak się tam czuliście?”, z uśmiechem odpowiadamy „bezpiecznie”. Pobyt w tym kraju, to okazja do zaprzyjaźnienia się z ludźmi i poznania ich fascynujących historii. A Pakistańczycy, mimo krzywdzących stereotypów jakimi obdarza ich zachodni świat, to ludzie serdeczni i otwarci. Ich ojczyzna to raj dla podróżnika, raj utracony w meandrach burzliwej historii.

Tekst i zdjęcia: Łukasz Supergan
http://www.shangri.pl

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com o fotografowaniu i podróżach
bezpłatnie do pobrania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać