Fotograf w podróży

MYTO SYRIUSZA

Kiedyś, wiele lat temu… no dobrze, będę precyzyjny – w 1998 roku byłem w Indiach i udało mi się dotrzeć do Puriu, do leprozorium prowadzonego przez nieodżałowanego ojca Mariana Żelazka. To niesamowite miejsce, dające ludziom coś czego nie można kupić za żadne pieniądze – nadzieję. Wraz z przyjaciółmi spędziliśmy tam kilka dni, patrząc jak ludzie wyrzuceni poza margines tolerancji żyją, pracują, umierają. Długo nie mogłem zapomnieć obrazów, które tam widziałem.

W zasadzie w dalszym ciągu stoją mi przed oczami. Nie, żebym chciał je wyrzucić z pamięci. Po prostu wrażenia jak na dwudziestokilkulatka były nieco ponad miarę.
Pamiętam, że Indie wydały mi się wówczas krajem, w którym każdy wyciąga rękę, prosząc o coś, coś – co dla mnie było niewielkim gestem dobrej woli, dla proszącego często szansą na przeżycie kolejnych dni. Proszących było zawsze pełno, wszędzie. Moje młode, polskie, wrażliwe serce chciało się pochylać nad każdym, dawać, ratować. Ale to było fizycznie nie możliwe.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

 

Zadałem wówczas ojcu Marianowi pytanie: ojcze, jak wybrać tych, którzy naprawdę potrzebują? Uśmiechną się i powiedział: nie da się. Zapytałem więc ponownie: ojcze, komu więc mam dać? Odpowiedział: nikomu. Nie dawaj ludziom ryby, daj im wędkę. Ta rozmowa na całe lata utkwiła w mojej głowie. Widziałem tego najlepszy przykład: leprozorium w Puri – świetnie zarządzane, samowystarczalne miasto w mieście, w którym trędowaci sami robili wszystko od a do z – od jedzenia, przez odzież po wyposażenie domów.

10 lat później wiedziałem już o wędce i rybie znacznie więcej. Widziałem ojców, którzy rikszą zawozili swoje dzieci do bogatych, turystycznych dzielnic indyjskich miast by te żebrząc zarabiały. Widziałem bogatych turystów, którzy tylko po to zatrzymywali się i wysiadali z autobusów aby „obdarować” zgromadzonych na poboczu autochtonów pieniędzmi. Cóż, gest jest wprost proporcjonalny do grubości portfela, a jałmużny może naprawdę poprawić humor darczyńcy.

W końcu dość dużo wiedziałem o głośnej akcji Boba Geldofa „Live Aid”, która zebrała mnóstwo pieniędzy dla Etiopii, a te dla kraju nie stały się ani wędką ani tym bardziej rybą. Roztrwonił je skorumpowany, etiopski rząd oraz organizacje, które z działalnością charytatywną łączyła tylko nazwa.

Te 10 lat później wylądowałem w sercu Mali, brnąc zakurzonymi ścieżkami w Kraju Dogonów, zerkając spode łba na wysoki na 500 metrów uskok Bandiagara. To niesamowite miejsce, pełne animistycznych wierzeń, magii zaklętej w ukrytych wysoko niewielkich domkach, należących kiedyś do Tollemów. Dogonowie jakoby posiadają wiedzę astronomiczną, której nie powstydziłby się niejeden naukowiec, ba – jeszcze do niedawna nikt nie miał prawa w ogóle jej posiadać. Sęk w tym, że Dogonowie też nie mieli skąd dowiedzieć tego co wiedzą. Badania etnograficzne prowadzone w tym rejonie przez francuskich naukowców jakoby dowiodły, że ci ludzie, tak mocno związani z Syriuszem, musieli mieć jakieś związki z kosmitami, obcymi cywilizacjami. No bo jak wytłumaczyć ich wiedzę na temat gwiazd, których z Ziemi nie widać gołym okiem? Gdzie jest prawda? Na pewno nie w publikacjach Ericha von Danikena. Faktem jest że aura tajemnic i niesamowitości przyciąga tu tysiące turystów. Któż nie chciałby się spotkać z ludźmi, którzy nie mieszkają w kamiennych domkach i wiedzą o gwiazdach znacznie więcej niż przeciętny zjadacz chleba – czy to w Starym czy w Nowym świecie?

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Ale popularność ma swoją cenę. Tę dość łatwo odczytać na sporych rozmiarów tablicach, zamontowanych na progu większości dogońskich wiosek. Tamże na strudzonych wędrowców czekają też grupy dzieciaków, które z okrzykiem „kado” żwawo wyciągają rękę, prosząc o jałmużnę.

Dać czy nie dać? No właśnie. Nie dałem. Chciałem dać długopis. Nie chciały. I niewiele brakowało, by ten afront zakończył się tragicznie zarówno dla mnie jak i bliskich mi przyjaciół, z którymi podróżowałem. Niewinne istoty, rozśpiewane, uśmiechnięte, gdy tylko zorientowały się, że biały turysta nie zapłaci wpadły w stan, który bez cienia przesady mogę nazwać szałem. Pierwszy raz bałem się grupy dzieciaków. Udało się uciec.

Jakiś czas później trafiłem do szkoły. Zobaczyłem tam raczej smutne, może nieco przestraszone ale i zaciekawione twarze. Rysiki skrzypiały po drewnianych płytkach, dzieci pilnie kaligrafowały litery, wypisane kredą na tablicy. O nic nie prosiły. Za to prosił nauczyciel. O każdy grosz: na zeszyty, długopisy, kredki i bloki. Dałem. Wpisał kwotę i moje nazwisko do specjalnego zeszytu, kazał się podpisać. Zamknął notatnik, uścisnął mi dłoń i podziękował. Zapytałem go o zdarzenie sprzed kilku dni. Cóż, chyba spodziewałem się takiego wyjaśnienia. Wyciągając rękę po „kado” można zarobić więcej niż pracując na roli, sadząć cebulę czy bawełnę. Turyści rozdają dolary i euro na prawo i lewo. To „zbieractwo” stało się dla młodych Malijczyków sposobem na życie, bez potrzeby marnowania czasu na szkołę czy pracę. No bo po co, skoro pieniądze można zdobyć w inny sposób? Niestety w podobny sposób zaczynają myśleć rodzice nieletnich „zbieraczy”, zarzucają pracę, uprawę i koncentrują się na łatwym zarobku.

Dlatego nigdy nie płacę dzieciom za zdjęcia. Daje gadżety, które mogę się przydać. Zeszyt, długopis. Zdarzyło mi się, w zamian za zdjęcia, dać młodej pasterce owiec w Rumunii… szminkę. Nie pytajcie skąd ją miałem! Obdarowana była wniebowzięta. Zdarza się, że za zrobione zdjęcia płacę, dorosłym, ale za to wymagam! Moje fotografowanie, przygotowanie portretu to praca, oni to widzą, a ja uprzedzam, że potrzebuję pół godziny, że pracy będzie sporo, że będę przestawiał, obracał, kazał patrzeć tu, tam… I że nie zrobię zdjęć wszystkim dookoła tylko tej jednej, konkretnej osobie. Wówczas płacę i wiem, że oni to rozumieją. Może to dla nich nie jest zbyt ciężka praca ale nie o to w tym chodzi. Ważne, by rozumieli, że biały turysta to nie św. Mikołaj, który zbawi świat. Rozdając pieniądze świata nie zbawimy, ani trochę. A „ryba” to nie sposób na poprawę warunków życia w krajach, które mają gorszy start. W przypadku Mali ten gorszy start wynika także z naszej winy, mieszkańców Starego Świata, kolonistów. Wystarczy bowiem, że w jakimś uzależnionym od turystyki kraju pojawi się grupa szaleńców, przez których ruch turystyczny załamie się i ci, którzy karmili rodziny łatwym, darowanym, zarobkiem zostaną pozostawieni sami sobie, bez szans na przeżycie. Przykładów nie trzeba szukać ani daleko ani zagłębiając się zbyt w przeszłość.

Tekst i zdjęcia: Piotr Trybalski
artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com
bezpłatnie do pobrania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać