Fotograf w podróży

MAURETANIA – spotkania wśród piasków

Rabat, stolica Maroka, to tutaj zaczyna się nasza przygoda. Planujemy przejechać z Maroka do Dakaru spędzając sporo czasu w Mauretanii. Najpierw musimy załatwić wizę do Mauretanii, co jak się okazuje nie jest taką prostą sprawą. Kiedyś można ją było dostać na granicy, teraz docierają do nas sprzeczne informacje dotyczące otrzymywania wiz. Niektórzy mówią, że nadal jest dostępna, natomiast inni, że nie. Ryzyko jest duże, bo powrót z granicy do Rabatu to blisko 2000 kilometrów. Przed ambasadą spotykamy kilkadziesiąt osób, z czego połowę stanowią Europejczycy.

Obok tłoczącej się grupki stoją samochody terenowe z kanistrami na dachu. Inne pojazdy to stare, 15-20 letnie małe osobówki jak: Ford Fiesta czy Renault Clio. Wszystkie auta oznakowane naklejkami pokazującymi trasę i cel podróży np. Ghana albo Londyn-Timbuktu. Obok czekających samochodów kilka osób je śniadanie i dyskutuje o podróży przez Saharę. My podróżujemy lokalnymi środkami transportu, ale przyjazd własnym samochodem do Afryki Zachodniej i sprzedanie go tam to klasyka podróży w tą część świata. Od czasu wybuchu rebelii Tuareskiej podróżowanie po Saharze może być niebezpieczne, droga przez Mauretanię to w tej chwili najbezpieczniejsza opcja.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

 

Z pomocą spotkanego Marokańczyka wypełniamy formularz wizowy w języku francuskim, a uciążliwości wynikająće z nieznajomości tego języka będą nam dostarczać wielu przygód podczas całego pobytu w Afryce Zachodniej. Zostawiamy zdjęcia oraz pieniądze i ruszamy na zwiedzanie miasta. Ku naszej radości wiza czeka na nas już następnego dnia. Granicę przechodzimy pieszo. Pomiędzy posterunkami znajduje się ziemia niczyja, będąca około 2 kilometrowym pasem pustyni. Czytamy, że cała granica jest zaminowana i trzeba poruszać się sprawdzoną drogą. Nie ma tu asfaltu, są za to wraki samochodów, niektóre spalone. Stoi też wiele opuszczonych aut w całkiem niezłym stanie. Przeważają Mercedesy, bo to wymarzona marka w Mauretanii. Domyślamy się, że właściciele nie mają odpowiednich dokumentów żeby przekroczyć granice, być może zbierają pieniądze na łapówkę. Stąd do najbliższego miasta docieramy jednym z oczekujących na podróżnych samochodów. Z Maurem w białym turbanie mkniemy przez pustynię 20 letnim Mercedesem. Spoglądam na niedziałający prędkościomierz, za oknem zachodzi słońce, a z radia słychać klimatyczną muzykę – jest dobrze.

 Podróżowanie po pustyni, odwiedzanie pustynnych oaz to spotkania z ludźmi.

Podróżowanie po pustyni, odwiedzanie pustynnych oaz to spotkania z ludźmi.

Nouadhibou to drugie pod względem wielkości miasto w Mauretanii. Niska zabudowa, wszechobecny piasek, rozpadające się samochody i ośle zaprzęgi to pierwsze wrażenia, które przypominają mi obrazy kultowego filmu Mad Max. Większość napotkanych osób ubiera się tradycyjnie. Zwracamy uwagę na mężczyzn w białych i błękitnych bubu. Miasto położone jest nad zatoką Consado nad Atlantykiem. Znajduje się tutaj słynne cmentarzysko wraków – jedno z największych na świecie. Porzuconych statków było tu, ponad 300, ale skorumpowani urzędnicy przymykali oko na ich rozbiórkę przez przedsiębiorczych Maurów i z roku na rok jest ich coraz mniej.

Po zwiedzeniu cmentarzyska statków jedziemy na sam koniec półwyspu Cap Blanc do ścisłego rezerwatu gdzie żyją bardzo rzadko spotykane foki mniszki. Jest to niezwykłe miejsce z pięknymi klifami, tysiącami migrujących ptaków i … spektakularnie ułożonym 110 metrowym wrakiem „United Malika”.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Z Nouadhibou na wschód kraju podróżujemy jedyną w swoim rodzaju koleją. To linia łącząca położone w głębi Sahary kopalnie rudy żelaza z portem. Trzy razy dziennie tę trasę pokonuje najdłuższy pociąg Świata. Mający ponad 2,5 kilometra długości skład jest złożony głównie z samych węglarek. Na końcu, w niektórych składach doczepione są dwa wagony pasażerskie. Jednak wiele osób nie mieści się w wagonach osobowych i wybiera bezpłatną podróż w wagonie towarowym. Na tej trasie nie ma drogi, jedyną opcją jest samochód terenowy lub właśnie ten pociąg. Decydujemy się na przejazd w węglarce i cały pusty wagon mamy tylko dla siebie. Na początku podróży stoimy i obserwujemy widoki. Gdy pociąg zaczyna przyspieszać nie sposób ustać bez zakrytej twarzy. Kurzy się niemiłosiernie, całą twarz mam pokrytą rudą żelaza. Gdy zaczyna się ściemniać, kładziemy się na metalowej podłodze, pociąg przyspiesza i zwalnia, czasami słychać podejrzane stuknięcia. Zauważamy, że nasza węglarka wpada w znacznie większe wibracje niż sąsiednie. Leżą na podłodze dosłownie podskakujemy. Postanawiamy przy najbliższym postoju spróbować zmienić wagon. Po drodze nie ma stacji, więc na tą możliwość czekamy … 3 godziny. W nowej węglarce nadal trzęsie, ale jest już dużo lepiej, więc próbujemy zasnąć. Wiedzieliśmy, że w nocy będzie zimno, ale nie przewidzieliśmy, że aż tak. Po 12 godzinach dojeżdżamy do Choum. Pociąg zatrzymuje się na 5 minut, jest trzecia w nocy, zupełnie ciemno, pustynia, a gdzieś w oddali widzimy światła 2 nadjeżdżających samochodów.

Sprzedawcy pieczywa w centrum Atar. Świeżo upieczone bagietki to jedna z wielu pozostałości po czasach, gdy panowali tutaj  Francuzi.

Sprzedawcy pieczywa w centrum Atar. Świeżo upieczone bagietki to jedna z wielu pozostałości po czasach, gdy panowali tutaj Francuzi.

Wsiadamy na pakę i jedziemy do właściwej wioski Choum, która jest tylko miejscem przesiadkowym. Tam ustalamy cenę kolejnego przejazdu i po kolejnych 3 godzinach na pace samochodu docieramy do Atar. Trzęsło podobnie, choć muszę przyznać że podłoga węglarki w porównaniu do przeładowanej paki była komfortowa. Po godzinie samochód zatrzymuje się. Czuje dużą ulgę. Mamy nieokreślonej długości postój w jakimś szałasie przydrożnym – jestem tak zmęczony, że kładę się na podłodze obok śpiących ludzi i zasypiam w ciągu dosłownie chwili.

Atar reklamowany jest, jako brama Sahary. Stąd łatwo można się dostać na bezkresne wydmy i do średniowiecznych karawanowych miast Chinguetti i Ouadane. Miasto do niedawana odwiedzali licznie turyści z Francji, a samolot Point Afrique trzy razy tygodniowo przywoził turystów. W tym roku lądował tylko 3 razy przez cały sezon! Szef oberży Bab Sahara mówi poruszonym głosem „Wszystko przez polityków, turyści nie przyjeżdżają, nie mamy klientów, ludzie nie mają pracy. Nie ma tutaj żadnej Al Quidy”.

Wynajmujemy samochód z kierowcą, który ledwie mówi po francusku, a my w ogóle. Jedziemy na 2 dniową wycieczkę na pustynie. Na początek wjeżdżamy na przełęcz Amogjar, gdzie niesamowite widoki zapierają dech. Nie spodziewałem się, że na Saharze są takie miejsca. Kierowca pokazuje neolityczne malowidła naskalne. Widzimy namalowanych przed tysiącami lat ludzi, antylopy a nawet żyrafę.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Po południu zwiedzamy Ouadane – to jedno z dwóch miast wpisanych na listę Światowego dziedzictwa UNESCO. Miasto otoczone gajami palmowymi jest w ruinie i większość ocalałych budynków ma tylko ściany. Oglądamy XIV wieczny meczet i wyobrażamy sobie jak musiało wyglądać to miejsce kilkaset lat temu, gdy mieszkało tutaj 20 tys. osób. Oglądamy też drugie zabytkowe miasto Chinguetti, które jest równie zniszczone, ale miejsce to obecnie zamieszkuje zdecydowanie więcej osób. Chinguetti uważane jest za siódme pod względem świętości miasto Muzułmanów. W czasach świetności było tutaj 12 meczetów i 25 szkół koranicznych. Stąd wyruszały karawany na północ Afryki, ale też do słynnego Timbuktu. Dzisiaj w sennym miasteczku możemy odwiedzić jedną z licznych bibliotek i obejrzeć średniowieczne manuskrypty.
Noc spędzamy na pustyni, w oazie Tanouchert, gdzie śpimy w namiocie beduińskim. Wieczorem podziwiamy tysiące gwiazd nad Saharą. Gospodarze częstują nas wspaniałym gulaszem warzywnym i słynną herbatą z pianką. To niezwykle mocna, o niezapomnianym smaku herbata, efektowanie przyrządzana – symbol tradycyjnej gościnności Maurów.

Ostatnie godziny spędzamy w Terjit – zupełnie innej oazie. Tutaj ze skał wypływa potok, obok rosną setki palm. W takiej scenerii możemy odpocząć i nawet wykąpać się w jednym z małych basenów.

Plaża rybacka w Nouakchott to kilkaset kolorowych łodzi.

Plaża rybacka w Nouakchott to kilkaset kolorowych łodzi.

W Mauretanii odwiedzamy też stolicę – miasto o trudnej do zapisania nazwie Nouakchott. To miasto, które ma tylko 50 lat. Powstało na pustyni i nie jest związane z żadną historią z czasów kolonialnych, nie jest również dawnym miastem karawanowym. Powstało w tym miejscu chyba trochę przez przypadek. I też robi takie wrażenie – niska zabudowa, brak zabytków i podobnie jak w innych miastach liczne rozpadające się samochody taksówki. W wielu miejscach spacerują kozy. Jak w każdym mieście na końcu świata tutaj też znajdujemy bazar, kupujemy bubu czyli klasyczny niebieski mauretański strój. Tutaj też przekomarzamy się z niezwykle sympatycznymi Maurami, którzy trudnią się wymienianiem pieniędzy.

Nouakchott można jednak polubić . Kilka kilometrów od centrum miasta znajduje się tradycyjny port rybacki, taki jaki można sobie wymarzyć. Kilkaset, a może nawet tysiąc kolorowych łodzi przycumowanych wprost na plaży. Wszystkie wyciągane na brzeg siłą ramion. Godzinami chodzimy po plaży obserwując autentyczną Mauretanię: gwar na targu rybnym, biegające dzieci, ciężko pracujących rybaków, kolorowe łodzie, zachód słońca nad Atlantykiem…To tu Sahara dotyka Atlantyku.

Tekst i zdjęcia:  Mariusz Jachimczuk,
http://www.fotopodroze.pl

 

Artykuł pochodzi z bezpłatnego miesięcznika FotoGeA.com
do zaprenumerowania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać

  • Sławek
    31 maja 2011 o 22:46

    Super tekst. Tylko mało zdjęć,to one powinny opowiadać!!! Popraw się!

  • admin
    31 maja 2011 o 22:48

    Sławku – więcej zdjęć jest w miesięczniku. Wystarczy pobrać i zobaczyć to co o czym piszesz, czyli piękne zdjęcia.