Fotograf w podróży

KENIA – Hakuna Matata!

„Czy chce się Pani odświeżyć?” – takie pytanie moja druga, piękniejsza połowa otrzymała od osoby z obsługi hotelu, leżąc ostatniego dnia na leżaku i pijąc mleczko kokosowe prosto z (a jakże) kokosa i wsłuchując się w szum oceanu. „Nie, dziękuję, już mam!” – powiedziała pokazując kokosa z wystającą rurką, myśląć, że przecież jest jak w raju i nie da się już nic więcej wymyślić.

„Proszę Pani, ale ja mam coś innego.” – po czym boy hotelowy zdjął z ramienia turystyczną lodówkę, otworzył ją i naszym oczom ukazały się równiutko poukładane pomiędzy kostkami lodu małe ręczniczki, zwinięte w rurki. Do tego później okazało się, że każdy z nich jest nasączony olejkiem mentolowym. Uwierzcie mi – taki „refreshment” naprawdę przynosi ulgę w temperaturze 32 stopni w cieniu. I wtedy stwiedziliśmy, że jednak zawsze można wymyślić coś dodatkowego, tak by uprzyjemnić turyście życie.

Lotnisko
Dzień wylotu. Polska, grudzień, temperatura -11°C. Potem 9 godzin lotu z międzylądowaniem w Sharm El Sheikh na tankowanie i późnym wieczorem lądujemy w Mombasie w Kenii. Uwaga, jeśli lecicie czarterem, sprawdźcie wcześniej w biurze podróży czy dostaniecie w trakcie lotu jakiś posiłek, bo nie jest to obowiązkiem! 9 godzin to naprawdę długo, a ceny na pokładzie są dość wygórowane. Po wylądowaniu wychodzimy z samolotu, jest godzina 22:00 i 25°C ciepła (niektórzy się przebrali w samolocie i jest to pomysł który możemy polecić). Czujemy, że uderza w nas fala gorącego i bardzo wilgotnego powietrza. Na tyle wilgotnego, że po wyciągnięciu aparatu momentalnie skropliła się na nim para wodna, a na szkle obiektywu widziałem jak pojawia się nie tyle mgiełka, co całe krople. To samo dotyczy jakiegokolwiek plastiku, walizek i ludzi.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Drugą rzeczą, która mnie uderzyła to to, że w budynku lotniska nie ma okien! Za to pod sufitem są dziesiątki wiatraków, które z głębokim pomrukiem protestują przeciw całodniowemu działaniu na pełną moc. Niektóre tak się kołysały, że miałem wrażenie, że za moment któryś odpadnie i gdzieś pofrunie. Zaraz po wejściu należy wypełnić dokumenty, i odstać swoje w kolejce aby otrzymać wizę kenijską. Kosztuje ona 50$, płaci się za nią od razu na lotnisku – przed odebraniem bagażu głównego! – bądźcie więc przygotowani na ten wydatek. Tak więc czekamy, trzy bramki, 200 osób, gotujemy się po nagłej zmianie klimatu, każdy już chce jechać do hotelu, a tu pojawiają się informacje o kombinatorstwie celników. Są w tym naprawdę dobrzy, jeśli nie jesteś uważny to możesz nie otrzymać reszty, albo np. 5$ zamiast 50$. Podobno średnia płaca w Kenii to ok. 300$, więc celnicy mają na co się skusić. Rozmawiałem z kilkoma osobami o tym ”zwyczaju” i mniej więcej jedna czwarta z tych osób miała jakiś problem przy otrzymaniu wizy (brak reszty albo jej zaniżona wysokość). Przy odebraniu bagażu miałem wrażenie, że mój był otwierany, nikogo oczywiście nie oskarżam, ale w Warszawie zamek szyfrowy był zamknięty, a w Mombasie otwarty, no ale takie rzeczy pewnie się zdarzają w związku z przeciążeniami, turbulencjami itd. Całe szczęście nic nie zginęło. Potem bardzo miłe powitanie przez rezydenta najlepszą butelką (bo zimną) wody jaką ostatnio piłem i przejście do autobusów, które miały nas rozwieźć do hoteli. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy autobus okazał się 20 osobowym busem z bagażnikiem na dachu. Do tej pory zastanawiam się jak kierowca i jego pomocnik, wyglądający średnio na 60 kg wagi każdy, bez problemów potrafili podnosić na wysokość 3 metrów nasze walizki, ważące czasami połowę ich wagi. Na naszą chęć pomocy zaregowali z typowym, jak się później okazało dla Kenijczyków, stwierdzeniem: „Państwo są na wakacjach, a te walizki to jest część naszej pracy. Proszę się nie przejmować i cieszyć pobytem.” No cóż, jak wakacje to wakacje, ale jak któraś walizka była naprawdę ciężka, za chwilę pojawiło się jak spod ziemi dwóch miejscowych i nasza pomoc rzeczywiście nie była potrzebna. Po wyruszeniu, w trakcie pierwszych dwóch kilometrów już wiedzieliśmy, że Kenia to jednak zupełnie inny świat w stosunku do naszej europejskiej rzeczywistości. Niezależnie na co patrzyliśmy, czy był to wyjazd z lotniska (z wierzyczką strażniczą, blokadą na drodze i drutem kolczastym, by nie powiedzieć zasiekami), czy ulice i przedmieścia Mombasy. Po zapoznaniu się z lokalnym ruchem solennie obiecaliśmy sobie nie wynajmować tutaj samochodu. Drogi nie mają świateł ulicznych, latarni – ciemno jak w… nocą bez gwiazd. Tylko budki z jedzeniem, część budynków i światła samochodów, generowały dość dużo światła by oświetlić ulice w środku miasta. Za to jazda samochodem po tych ulicach – no coż, jechaliśmy w nocy i wydawało nam się, że ruch lewostronny, który jest wynikiem „spadku” po angielskiej kolonii, to największy problem z poruszaniem się po tych ulicach. O tym jak bardzo byliśmy w błędzie dowiedzieliśmy się dopiero kilka dni później. W busie usłyszeliśmy, że nasz hotel jest położony ok. 80 km na południe od Mombasy, stąd informacja o tym, że będziemy tak jechać przez ponad 2 godziny wydawała nam się jakimś ponurym żartem po już trwającej 12 godzinnej podróży. Pomyślałem – może to nasi rodacy budują im drogi, że tak długo. Ale chodziło o coś zupełnie innego. Mombasa jest miastem położonym na wyspie – takich miast na świecie jest wiele, ale w tym jednym od strony południowej nie ma mostu! Nie ma też możliwości „objazdu”, bo kolejny most jest za daleko. Ustawiliśmy się w korku (godz. 23 czasu miejscowego) i w końcu po ok. pół godziny czekania wjechaliśmy na prom z kilkudziesięcioma innymi samochodami. Przy wjeździe zobaczyliśmy też masę ludzi – „na oko” ok. tysiąca osób oddzielonych od wejścia bramą i siatką po bokach (znów z drutem kolczastym na górze) czekających na to, by dostać się na drugi brzeg. I właśnie obraz związany z tymi ludźmi najbardziej utrwalił nam się w pamięci z tej podróży, bo kiedy już wszystkie samochody wjechały na pokład, a turyści rozłożyli się wygodnie w fotelach ciesząc się z klimatyzacji (jeśli ktoś ją miał w busie) lub czekali przy otwartym oknie na jakikolwiek powiew wiatru, na prom weszło morze ludzi. Naprawdę, niesamowity widok. Siedzisz w fotelu i nagle widzisz jak koło Ciebie ze wszystkich stron prom zaczyna się zapełniać ludźmi, którzy przechodząc 20 cm od Ciebie idą, idą i końca tej fali nie widać. Podczas samej przeprawy jedna z turystek sprawiła, że nasz kierowca (i opiekun na czas podróży) w pewnym momencie zbladł, kiedy okazało się, że wyszła sobie na spacer po promie między miejscowych celem podziwiania widoków i ludzi. Jeśli macie takie pomysły – nie róbcie tego. Mombasa nie jest co prawda tak niebezpieczna jak stolica kraju, Nairobi, ale takie eskapady po zmroku nie są dobrym pomysłem. Szczególnie w nocy, jeśli jest się białą, ładną kobietą, samotnie wybierającą się na spacer.

„Galeria handlowa”. Takie skupiska wielu sklepów w jednym miejscu na obrzeżach Mombasy są rzadkością. A handel kwitnie także przed nimi na straganach.

Hotel i obsługa
Przyjazd do hotelu był wydarzeniem, o którym może marzyć każdy turysta. Przyzwyczajony do europejskich standardów (nie mówię tutaj o topowych hotelach) po wylądowaniu przy wyjściu chciałem sięgnąć po swój bagaż, jednak znów usłyszałem, żebym najpierw poszedł do recepcji, na kolację, a obsługa popilnuje moich bagaży („To moja praca.Wy macie wakacje”). To samo potwierdziło się, kiedy chciałem iść do swojego pokoju. Zapomnijcie, że będziecie tam szli sami. Każdego gościa odprowadził pracownik hotelu przy okazji zajmując się też jego bagażem (napiwki mile widziane, jeśli go jednak nie dasz, nikt na Ciebie nawet źle nie popatrzy). Tak więc pierwsze wrażenie: bajka, pyszne jedzenie, wszędzie palmy, zielono i gorąco – lepiej być nie może. Oczywiście była to błędna ocena świata. Rano, kiedy wzeszło słońce, to co myśleliśmy o Kenii, miejscowych widokach i pogodzie przeszło nasze jakiekolwiek wyobrażenia. Przepiękny błękit nieba (to czasami mamy w Polsce), kilkadziesiąt odcieni turkusu i błękitu oceanu (tego i całej reszty już niestety nie mamy), przepiękna bajkowa plaża z pudrowym piaskiem, rafa koralowa, wszędzie zieleń, palmy – mówiąc krótko: cud, miód i orzeszki. To co jeszcze mogę powiedzieć dzisiaj, gdzie jest -12 stopni za oknem i 20 cm śniegu – śniadanie na tarasie położonym 30 m nad plażą z widokiem na ocean – cóż, takie rzeczy tylko w ….. Kenii.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Pole, pole my friend! Hakuna Matata!
Nie będę się skupiał na samym hotelu, bo sądzę, że większość hoteli przy plaży Diani (przy której byliśmy) ma podobny standard, ale kilka słów należy się ludziom, którzy tam pracują. Wszyscy, ale to naprawdę wszyscy ludzie z obsługi byli non stop uśmiechnięci, cały czas bił od nich optymizm i radość życia. Jako naród moglibyśmy się tego od nich uczyć. Nieważne, czy człowiek jest kucharzem, czy zamiata liście – zawsze są skłonni Ci pomóc i zawsze są radośni. Wiem, wiem, zaraz ktoś mi powie, że przecież to obsługa, za to im się płaci – ale nie. To coś zupełnie innego – po wyjściu z hotelu to samo jest na ulicy. Kiedy zamówiliśmy taksówkę aby pojechać na zakupy do szumnie mówiąc centrum handlowego, kierowca zaczekał aż skończymy zakupy. Powiedział nam: „Przecież nie zajmie wam to więcej niż godzinę, więc poczekam. Drugie centrum handlowe – nie ma problemu. Chcecie miejscową kawę, zaraz Was zawiozę do dobrego miejsca – popróbujecie, jak będzie smakować to kupicie, nie będzie, nie kupicie”. W Kenii praktycznie nic nie jest problemem! Naprawdę. Acha, dla tych co stwierdzą, że przecież taksówkarz na tym zarabia – tak, to prawda, jakieś 40 zł za dwie godziny jeżdżenia i czekania na nas. A jak na nas czekał to licznik był wyłączony.
To samo dotyczy osób na plaży, podczas safari, na polu golfowym, ale też na ulicy – i to niezależnie czy pytasz o drogę (językiem urzędowym jest angielski!) czy ktoś chce Ci coś sprzedać. Dobrym przykładem jest człowiek, który jako 20-sta osoba w tym dniu chciał mi sprzedać pamiątkę. No coż, wręcz warknąłem na niego „NO!” na co on na spokojnie mi odpowiedział: „Spokojnie mój przyjacielu, wyluzuj. Ty jesteś na wakacjach i ciesz się tym. Ja próbuję zarobić na jedzenie i rodzinę – jesteśmy takimi samymi ludźmi, każdy z nas. W tym, że ty jesteś biały a ja czarny, to jesteśmy takimi samymi ludźmi. Miłych wakacji”. A kierowcy taksówek przy nagminnym zajeżdżaniu sobie drogi tak, że od wypadku dzielą ich tylko centymetry, zatrąbią na siebie, a po chwili ściskają sobie dłonie mówią: „Everything is ok my friend.” – blokując przy tym drogę innym. Ale o to nikt się nie denerwuje.

Plaża
Nienawidzę plaży! Nieznoszę jej, tego leżenia na leżaku w promieniach słonecznych i gapienia się w pustkę/książkę/film/lub spania* (niepotrzebne skreślić). Jestem osobą, dla której jest to bezsensowna strata czasu, który można by było wykorzystać na zwiedzanie zabytków, poznanie miejscowej ludności i jej codziennego życia. Ale – co nigdy mi się jeszcze w życiu nie zdażyło – plaża Diani mi się podobała i mógłbym tam wrócić. Ba, ja chce tam wrócić! I w 100% zgadzam się z osobami, które mówią, że jest to jedna z najpiękniejszych plaż na świecie. Jest długa i szeroka, z drobniuteńkim białym piaskiem pod stopami, schodząca do płytkiego i gorącego oceanu, gdzie największe fale jakie widziałem miały metr wysokości. Jest to zasługą rafy koralowej położonej 200 metrów od brzegu. Ze względu na bliskość równika występują tutaj bardzo duże odpływy i przypływy – tak, że do rafy możemy dojść z wodą po kostki. Uważajcie tylko na jeżowce, ale „chłopaki z plaży” którzy mają do zaoferowania chyba wszystkie możliwe usługi mogą Was tam przeprowadzić za drobną opłatą. Właśnie „Beach boys” – jeśli ktoś się z nimi jeszcze nie spotkał – to są to ludzie, którzy oferują turystom różne usługi (safari, wodne safari, pływanie z delfinami, nurkowanie itp.) za odpowiednią opłatą, warto jednak się targować. Często są to oferty tańsze niż w hotelu czy w biurze podróży oferujące takie same warunki. Ale jak to w życiu – wszystko zależy od uzgodnionych szczegółów. Do tego, kiedy wychodzisz z wody wokół Ciebie od razu pojawia się 4-5 „sprzedawców”, jednak po wejściu na plażę przy hotelu odpuszczają. Co ważne, przy plażach są „rozstawieni” pracownicy hoteli, którzy dbają o spokój turystów. Są nawet odpowiedni ludzie dbający o to by leżak czekał na Ciebie przygotowany, miał dobrze rozłożony leżak, materac, ręczniki i by wszystko było ok. Dla tych, którzy lubią plaże – wakacje jak z katalogu.

Być w Kenii i nie być na safari to jak być w Krakowie i nie widzieć rynku Starego Miasta.

Być w Kenii i nie być na safari to jak być w Krakowie i nie widzieć rynku Starego Miasta.

Safari
Niektórzy mówią, że wyprawa do Kenii bez safari to tak jak być w Krakowie i nie widzieć rynku. I mają rację, bo ten kraj bez wątpienia jest jednym z najbardziej dostępnych dla turystów miejsc na ziemi, gdzie możemy oglądać dziką przyrodę na wyciągnięcie ręki. Ale od początku. Przewodnika wybraliśmy na miejscu, co pozwoliło na zaoszczędzenie kilkudziesięciu procent w stosunku do oferty biura podróży z Polski. Pamiętajcie tylko, aby sprawdzić wcześniej przewodnika/lokalne biuro np. w Internecie lub wziąć dane kontaktowe od kogoś, kto już z nim gdzieś jechał oraz – co ważne – warunki waszego ubezpieczenia, czy będzie obowiązywać przy wyjeździe organizowanym na własną rękę.
O godzinie (o zgrozo) 5.30 rano czekały na nas pod hotelem 2 busy, które raczej nie wyglądały na terenowe auta. Nie zrażeni tym nic a nic, lub raczej jeszcze śpiący, wsiadamy i kierujemy się w kierunku Mombasy, gdzie podpisujemy umowę i płacimy za wycieczkę w siedzibie miejscowego biura podróży. Przejechanie 250 km wraz z formalnościami zajęło nam łącznie siedem (sic!) godzin. Uświadomiło nam to, że dwudniowe safari to minimum, aby można było coś zobaczyć. Za to sam przejazd do parku jest swego rodzaju miejskim safari. Aby wiedzieć jak się żyje w Mombasie trzeba to zobaczyć, choćby zza szyby samochodu. Krótko mówiąc, na przedmieściach bieda aż piszczy, byle lepianka jest domem, a parę kawałków blachy falistej sklepem. W centrum jest już lepiej, jednak białego człowieka chodzącego pieszo na ulicy nie zobaczyliśmy przez cały czas pobytu.
Na safari wybraliśmy się do najczęściej odwiedzanego przez turystów Narodowego Parku Tsavo East, który słynie z czerwonych słoni. Po wjeździe przez bramę oczywiście pierwsze co zrobiłem to wyciągnąłem aparat, przykręciłem teleobiektyw, lornetkę i … no właśnie. Gdzie te zwierzęta? Wjechaliśmy do parku o godzinie 14, wtedy kiedy żadne zwierze nie wychodzi bez sensu na skwar (nie mówię tutaj oczywiście o turystach), więc szansa znalezienia jakiegokolwiek zwierzaka była bardzo mała. Do czasu dojechania do naszego noclegu na środku sawanny, gdzie było jezioro i często odwiedzany wodopój, widzieliśmy raptem kilka stad antylop i żadnych, ale to żadnych drapieżników. No cóż, nie tak to sobie wyobrażałem. W końcu każdy ma jakieś nadzieje i marzenia i spodziewałem się czegoś więcej, ale ok. później na pewno będzie lepiej. Chociaż byli i tacy, którzy uważali, że jak płacą, to po przejechaniu bramy zobaczą całą arkę Noego, wliczając w to pewnie także białe niedźwiedzie. Musimy sobie powiedzieć jasno, na terenie parku to my jesteśmy intruzami. Wszystkie samochody jeżdżą po przygotowanych drogach wyglądających niesamowicie, ze względu na czerwony kolor ziemi, nie wjeżdżając bezpośrednio na dziki i trudny teren. Zwierzęta zaś tak przyzwyczaiły się do stalowych, głośnych puszek, że szansa na spotkanie na wyciągnięcie ręki jest naprawdę duża. Inną kwestią jest to jakie zwierzęta uda się zobaczyć i z jakiej odległości. Ale pomijając te niedogodności safari jest n i e s a m o w i t y m przeżyciem, widok stada słoni – tych kilkutonowych kolosów, z odległości kilku metrów i to idących w Twoją stronę jest jednym z tych przeżyć, których nie da się porównać do niczego innego. Słonie są czerwone dlatego, że obrzucają się błotem dla ochrony przed insektami i słońcem. A że w parku ziemia jest czerwona to i słonie mają taki kolor. A żyrafy zaglądają do szafy – tak na poważnie to znajomym żyrafy zaglądały do samochodu przez dach, kiedy oni byli w środku. Orły siedzące 10 metrów od drogi czy antylopa stojąca pół metra od samochodu nie są niczym niezwykłym. Podobnie jak prawie 2 metrowa antylopa stojący zaraz za płotem naszego domku na sawannie, w którym spaliśmy. Dopóki jesteśmy w samochodzie nic dla nich nie znaczymy, więc możemy podjechać na metr od zwierzaka i robić zdjęć ile sobie tylko chcemy, zapominając o całym świecie dookoła. Kiedy robiłem zdjęcia słoniom, to z manii pstrykania wybił mnie dopiero kierowca, który zapytał czy przestawić samochód bo z innego miejsca mogę mieć lepsze światło – taki kierowca to marzenie dla każdego fotografa. Informacja dla tych co by chcieli wyjść z samochodu, nieważne czy robić zdjęcia czy też do toalety – to jest to zakazane! I to nie dlatego, że ktoś miał taki pomysł, tylko ze względów bezpieczeństwa. Co roku kilku turystów ginie na safari po ataku „ciężkiej jazdy” – słonia, hipopotama, lub po ataku drapieżnika. Tutaj nie ma miejsca na źle pojmowaną „odwagę”.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Po przyjeździe do Lodge, naszego luksusowego hotelu na środku niczego, w którym mieliśmy spać, zostaliśmy przywitani w najlepszy możliwy sposób – mrożoną herbatą. Najpierw dokumenty, później klucze do pokoi, a później coś niezwykłego – Pani zamachała rękami jak wiatrak wskazując różne kierunki i mówiąc przy tym: recepcja, lunch, domki, basen i bar. Cóż więc nam pozostało – szybkie odświeżenie się w pokojach, lunch z widokiem na jezioro i stada zwierząt, a później chętni wskoczyli do basenu i z drinkiem w dłoni oglądali samicę hipopotama z młodym, które skubały trawę kilkanaście metrów dalej. Ogrodzeniem był cienki drut, ale z wielkimi napisami co kilka metrów „Uwaga! Wysokie napięcie!”. Dopiero kiedy upał zelżał wyjechaliśmy na kolejne ‘polowanie’ i sawanna nagle ożyła.
W porównaniu do pierwszego przejazdu, zwierząt było bardzo dużo, zobaczyliśmy praktycznie wszystkie zwierzęta, jakie występowały w tym parku. Brakowało nam tylko lwa, ale machnęliśmy ręką widząc, że zbliża się zachód słońca. Wtedy nasz kierowca nagle zawrócił i tak dodał gazu, że aż nas wbiło w fotele. Moja piękniejsza połowa stwierdzała, że pewnie chce dostać większy napiwek za ‘romantyzm’, bo wypicie drinka z widokiem na zachodzące słońce w środku Afryki będzie wyglądać cudownie. Miała rację, zachód był cudowny, ale chodziło o coś innego. Po jakimś czasie dojechaliśmy do miejsca, gdzie było chyba z osiem busików i każdy z turystów wpatrywał się w jednym kierunku co chwilę pytając „Gdzie mam patrzeć. Gdzie jest Simba?”. To było nasze spotkanie z lwami, które leżały sobie 300 m od drogi. Widoczność kiepska, zapadający zmierzch, w Kenii wschód i zachód słońca jest błyskawiczny, bo trwa kilka, kilkanaście minut. Cóż, może następnym razem będzie lepiej. Z samego noclegu na sawannie pamiętam przepiękne niebo (tyle gwiazd widziałem tylko w Bieszczadach albo na Roztoczu) oraz żaby i mgłę. O 22 zgasły wszystkie światła, wokół była tylko ciemność i rozległ się rechot i kumkanie tysięcy żab, przez chwilę myślałem, że nie zaśniemy, ale zmęczenie robi swoje. Kiedy obudziłem się o 4 rano w pokoju było pełno dymu. Przerażony przez chwilę zastanawiałem się co się pali i jak mam uciekać, ale to była tylko mgła znad jeziora, która ‘wpłynęła’ do naszego pokoju przez otwarte okno. Nie mogąc dalej spać usiadłem sobie na mikro tarasiku i to był chyba jeden z lepszych pomysłów na safari, bo po chwili zaczęło świtać i z mroku wyłaniały się coraz to nowe sylwetki zwierząt, które wykorzystywały resztki chłodu i całymi stadami pasły się nad jeziorem przed oczekującym je kolejnym skwarnym dniem. Ani wcześniej, ani później nie widziałem na raz tylu zwierząt. Powrót poprzedził jeszcze jeden wyjazd na poszukiwanie celów dla naszych aparatów, jednak nie zobaczyliśmy żadnych nowych gatunków zwierząt.
Za to wracając już do Mombasy krajową drogą dowiedzieliśmy się, że dwa pasy ruchu w Kenii, to tak naprawdę pięć – i każdym z nich można jechać do przodu, nawet jeśli w twoim kierunku jedzie czterdziestotonowa ciężarówka. Kenijczycy są niesamowici jeśli chodzi o wymyślanie ścieżek prowadzących do celu, także tych drogowych.
W mojej ocenie na safari warto jechać na minimum dwa dni, a jeśli możecie sobie na to pozwolić to nawet 3-4. Szczególnie, że zbliża się lipiec, kiedy to jest zwykle apogeum największej na świecie (2 miliony zwierząt!) migracji zwierząt, która kończy się w okolicach rzeki Masai Mara w Kenii. Dla miłośników dzikich kotów – park narodowy o tej samej nazwie jest też miejscem, gdzie na kilometr kwadratowy przypada najwięcej lwów na świecie. Miłej zabawy i rewelacyjnych zdjęć!

Za pomoc w przygotowaniu tego artykułu chciałbym podziękować mojej piękniejszej i lepszej połowie.
Marcin Ołtuszyk

Tekst i zdjęcia: Marcin Ołtuszyk
http://www.portretyisluby.pl

 

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com o fotografowaniu i podróżach
bezpłatnie do pobrania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać

  • Monika
    24 marca 2012 o 15:28

    Witaj, czy jako miłośniczka afrykańskich zwierząt mogę zapytać Cię jak nazywało się miejsce, w którym nocowaliście w parku Tsavo?
    Z góry dziękuję!
    Monika