Fotograf w podróży

Holenderski, wodny świat

Niderlandy mają większy związek z wodą niż niejeden wyspiarski kraj. I chociaż romans ten trwa od wieków, dziś przybiera nieco burzliwy charakter.

Z okna lądującego na amsterdamskim lotnisku Schiphol stolica Niderlandów wygląda niczym połówka ogromnej rozety, złożonej z setek niewielkich fragmentów kanałów, pospinanych mostami. Wszędzie dookoła widać wodę, która niczym wielkie, porozrzucane po ziemi lustra odbija promienie słońca, oślepiając przyklejonych do okien samolotu pasażerów. Lądujemy, szybka odprawa i po chwili siedzimy w wynajętym Peugeocie, mknąć wygodną autostradą na południe. Pobyt w Holandii zapowiada się pracowicie. Kraj jest niewielki, drogi ma wyśmienite, zaś na powierzchni niewiele większej od Mazowsza znajduje się tyle atrakcji, że trzeba by co chwilkę zatrzymywać się i zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać; fotografować, fotografować, fotografować. Mimo, że plany, ustalone jeszcze w Polsce były nieco inne, to chyba widok z okna samolotu sprawia, że moja przyjaciółka Joasia zaczyna namawiać na ich zmianę. Zamiast Amsterdamu i okolic postanawiamy rozpocząć naszą przygodę w Zelandii, położonej na południowym zachodzie, strategicznej prowincji kraju.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Nasz cel – Middelburg
Podziwiając krajobrazy pełne zalewów, kanałów, płaczących wierzb i ogromnych stad krów docieramy na miejsce. Urocze miasteczko wita nas piękną pogodą i licznymi kafejkami, zapraszającymi w centrum starego miasta. W ósmym wieku, Middelburg był jednym z trzech fortów, chroniących ówczesny obszar kraju przed najazdami Wikingów. Dziś, położony na półwyspie Walcheren – niegdysiejszej wyspie odebranej jak i inne holenderskie wyspy morzu – jest bramą dla odwiedzających najważniejszą prowincję, chroniącą kraj przed falami Morza Północnego. Niespiesznie pijemy kawę na placu z widokiem na imponujący, późno gotycki, bogato zdobiony Stadhuis – ratusz miejski. Ciężko sobie wyobrazić, że budynek został prawie całkowicie niszczony 17 maja 1940 roku w czasie dywanowego nalotu niemieckich bombowców. Ruszamy w miasto, po schodach wdrapujemy się na prawie 100 metrową wieże Lange Jan, wchodzącą w skład opactwa Abdijkerken Onderdentoren. Imponujący widok z góry, zaskakuje mnie całkowicie. Gdy Joasia wcześniej zachwalała to miejsca ja miałem przed oczami jedynie 270 schodów, które trzeba pokonać. Obserwując okolicę uświadamiam sobie jak bardzo Holandia uzależniona jest od kaprysów wody. Od zachodu do kraju wpadają trzy ogromne rzeki, w tym Ren niosący wody aż z alpejskich szczytów Szwajcarii. Zachód to nieokiełznane wody Morza Północnego, którego falowanie stwarza największe zagrożenie. Cały zaś interior to jedna wielka plątanina kanałów, zalewów i jezior. Ruszamy dalej, w biegu wpadamy do Miniatuur Walcheren, parku miniatur. Zbudowano tu makietę półwyspu Walcheren, obsadzoną drzewkami bonsai i wielki plac zabaw dla dzieci. Naszym kolejnym celem jest jednak coś znacznie większego – Deltapark Neeltje Jans, jedno z najbardziej niesamowitych muzeów świata.

Serowe targi to świetna okazja, żeby zobaczyć największe zagęszczenie krążków sera na metr kwadratowy. I fajne widowisko.

Serowe targi to świetna okazja, żeby zobaczyć największe zagęszczenie krążków sera na metr kwadratowy. I fajne widowisko.

Docieramy na miejsce wczesnym popołudniem, w pierwszej kolejności czeka nas film i zdjęcia, pokazujące jeden z najstraszniejszych epizodów w historii Holandii. Wtedy to huraganowe wiatry z północnego zachodu popchnęły fale Morza Północnego, te przerwały wały ochronne i wdarły się w głąb kraju. W tym samym czasie opady deszczu we Francji i Niemczech znacznie podniosły poziom holenderskich rzek. 1 lutego 1953 roku dwie wielkie fale spotkały się zalewając prawie doszczętnie Zelandię, Brabancję i cześć Południowej Holandii. Śmierć poniosło ponad 1800 osób, zniszczone zostało 47 tys. domów. Katastrofa była ostatecznym przyczynkiem do uruchomieniu projektu Delta – programu budowy systemu zabezpieczeń, oddzielających Holandię od morza.

Początek świata po holendersku
Holenderskie przysłowie mówi, że świat zbudował Bóg ale Holandię sami Holendrzy. Zwiedzając elementy konstrukcji Delta Project uświadamiam sobie ile w tym jest racji. Ze zdziwieniem patrzę na mapy prezentujące kraj sprzed wieków i jego obecny układ. 1/3 lądu Holendrzy wydarli morzu, budując groble, sypiąc poldery i osuszając. Wielkie wiatraki, których jest w Holandii nieco ponad 1100, przez setki lat kręciły się pompując wodę z osuszonych terenów, przepompowując pomiędzy kanałami, tak by mogło tam rozwijać się rolnictwo. Dziś podjęli się kolejnego, karkołomnego wyzwania. W ciągu 40 lat zbudowali system wielkich zapór, które pozwalają na swobodną wymianę wód morskich i lądowych ale w momencie wzmożonego falowania czy sztormu stają się barierą nie do przebycia, chroniąc południową Holandię w tym Rotterdam przed zalaniem. Zwiedzamy jedną z zapór – Oosterschelde – nazywaną ósmym cudem świata. Konstrukcja budzi podziw swoim ogromem. Przewodnik tłumaczy nam, że system w całości sterowany komputerem w 2002 roku został wykorzystany aż 21 razy. W tym momencie przypominam sobie fragmenty filmu „Niewygodna prawda”, autorstwa byłego wiceprezydenta USA Ala Gore’a, w którym pokazuje zalaną w wyniku podniesienia poziomu oceanów prawie całą powierzchnie Holandii. Dopiero wówczas, po wizycie w Deltapark Neeltje Jans dociera do mnie, że woda jest dla Holendrów równocześnie i skarbem i przekleństwem.

Klompen czyli drewniane chodaki to ubiór holenderskich farmerów, a że to rolniczy kraj na prowincji nosili je wszyscy. Lepsze od gumiaków...

Klompen czyli drewniane chodaki to ubiór holenderskich farmerów, a że to rolniczy kraj na prowincji nosili je wszyscy. Lepsze od gumiaków…

Turystyka skanalizowana
Blisko połowa Holandii położona jest poniżej poziomu morza. Kraj pocięty jest setkami kanałów, tworząc tym samym wielką sieć udostępnioną do żeglugi śródlądowej. Za Rotterdamem mijamy barki turystyczne, które powoli suną ku Hadze. Turystyka barkowa wręcz wybuchła ostatnimi czasy w Holandii, gdzie śródlądowe szlaki wodne tworzą długą na 7 tys. km sieć. Wynajęcie barki jest relatywnie tanie, nie trzeba posiadać żadnych uprawnieni by nią kierować, a trasy barkowych wypraw ułożono w taki sposób, że można poznać większość atrakcji nie używając dróg kołowych. Tydzień to optymalny czas na zorganizowanie urlopu na barce. Popularne trasy prowadzą przez większość godnych odwiedzenia miast – z północy na południe, zahaczając o Rotterdam, Hagę, Utrecht – aż po Fryzję na północy. Trasę można wybrać tak by wrócić do miejsca startu lub pozostawić barkę w dowolnym, innym mieście. W Holandii działa mnóstwo biur podróży specjalizujących się w wycieczkach łączących przyjemność pływania barką i rowerem. Trasy ułożone są w taki sposób aby turyści mieli szansą każdego dnia popedałować pośród płaskich i malowniczych krajobrazów Niderlandów. Zwłaszcza, że nie do wszystkich miast da się wpłynąć barką. Nie pozwalają na to niskie mostki. Żałuję, że my podróżujemy samochodem.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Serowe głowy
W Goudzie zatrzymujemy się na targ serowy – kaasmarket. Razem z nami kilka barek, które dotarły tu z Amsterdamu. Obserwujemy widowiskowe przedstawienie, którego tradycje sięgają XIV wieku. Członkowie Cechu Tragarzy Sera rozładowują wozy konne, układają setki krążków i serowe kule aby po chwili na wielkich, kolorowych noszach biegać z nimi ile tchu do Domu Wag, gdzie odbywa się ważenie. W tym czasie inni dobijają targu, uderzając co rusz dłonią o dłoń. Dookoła zbierają się tłumy turystów obserwując to niecodzienne widowisko. „Serowe łby” jak dawniej nazywano Holendrów – a to za sprawą form do serowych kul, które zakładali na głowy, gdy odpierali ataki wrogów – produkują rocznie ponad 700 mln kg serów. Tradycja sięga czasów przed narodzeniem Chrystusa – już wówczas produkowano sery podpuszczkowe. W Goudzie, Edamie czy Alkmaarze regularnie odbywają się serowe targi, które przyciągają setki tysięcy turystów. Holendrzy inwestują ile się da w tę gałąź turystyki. W Goudzie oglądamy więc zarówno targ z najstarszym w Holandii gotyckim ratuszem z XV wieku jak i muzeum, gdzie prezentuje się historię i całą serową, tradycyjną linię produkcyjną oraz sklepy, w których można kupić wszystkie gatunki lokalnych serów. Ogromne wrażenie robi na nas mocno reklamowany ale bezwzględnie wart uwagi kościół St Janskerk z cudownej urody witrażami. Gdy my zachwycamy się architekturą po mieście cały czas krążą ubrani w tradycyjne stroje obnośni sprzedawcy sera, a kanałami niewielkie łódki wyładowane tak, że w pewnym momencie zatrzymuję i patrzę z niepokojem, sprawdzając czy za chwilę nie trzeba będzie ruszać komuś na ratunek.

Barką przez kraj
Wszystkie drogi prowadzą w okolice Amsterdamu. Chociażby te wodne. To nie tylko stolica Holandii ale także baza, z której wyruszają barki na podbój kraju. Kierując się ku stolicy mijamy Utrecht – jedno z miast do którego barki wpływają aż po same centrum starego miasta, krążąc dookoła XIV wiecznymi kanałami Nieuwe i Oude. Wzdłuż kanałów, nad samym lustrem wody rozlokowały się knajpki i restauracje, wykorzystujące dawne pomieszczenia warsztatów lokalnych rzemieślników. Utrecht to centrum holenderskiego starokatolicyzmu i ważny ośrodek akademicki. Spory ruch w sezonie na kanale Amsterdam – Ren, przy którym leży sprawia, że barki muszą odstać swoje w kolejce. Zwłaszcza przy licznych śluzach, regulujących poziom wód w kanałach. Oglądamy mocujących się z barkami turystów. Widać, że nie dla wszystkich sterowanie barką to prosta sprawa. Szczególnie bawi nas ich, turystów, zaskoczenie, gdy zatrzymują się przed mostem, zbyt niskim by móc pod nim się przeprawić. Po chwili jednak domyślają się, że zawieszony na sznurku kolorowy sabot – tradycyjny, drewniany chodak – to skarbonka, do której należy uiścić opłatę, zaś znajdujący się tuż obok niewielki przycisk, który uruchamia mechanizm – to przepustka na dalszą drogę. Most ucieka do góry, a barka swobodnie może płynąć dalej.

Kierując się do Amsterdamu trafiamy na zadbaną, bajecznie kolorową z świetnie utrzymanymi całymi łąkami kwiatów, podmiejską dzielnicę rezydencji i ogrodów. Położona w sąsiedztwie rzeki Vecht, pomiędzy Maarssen i Loenen przypomina czasy świetności holenderskiej arystokracji XVII i XVIII wieku – schyłku Złotego Wieku. O tym okresie holenderska ekspansja handlowa osiągnęła apogeum. Do kraju przybywali kupcy, arystokraci, artyści ale i kucharze z rejonów, w których operowały okręty i statki Kompanii Zachodnio i Wschodnioindyjskiej – wielkiej, monopolistycznej sieci handlowej, obejmującej cały świat. Jedynie wschodnie ramie kompanii liczyło wówczas blisko 5 tys. jednostek pływających i kontrolowało całą wymianę towarową od Europy po Japonię. Temu okresowi świetności Holandia zawdzięcza swój kosmopolityczny charakter. Wraz z towarami przybywali bowiem do kraju przedstawiciele kolonii, wnosząc prócz obyczajów i tradycji lokalną kuchnię. Dziś Amsterdam zamieszkują przedstawiciele 177 różnych narodowości.

Dookoła Amsterdamu
Dotarłszy do Amsterdamu, głodni i zmęczeni szukamy więc indonezyjskiej restauracji. Nie bez powodu. Kuchnia tego kraju uchodzi za najlepszą, a kolonialne tradycje i związki z Indonezją przygnały tu setki kucharzy, którzy potrafią odtworzyć azjatyckie smaki jak nikt inny. Stolik znajdujemy w „Sama Sebo”, zamawiamy rijssttafel czyli wielodaniowy talerz. Dla nas to prawdziwy przegląd kilkunastu indonezyjskich dań. Ze smakiem zajadam satay – pieczone nad ogniem kawałki różnych mięs, nadziane na bambusowe patyczki, podane z ostrymi sosami i zaczynam sobie wyobrażać czasy kiedy holenderskie statki docierały do dalekich Indii Wschodnich, wracając przeładowane przyprawami i pomysłami na potrawy, które teraz mogę zajadać w Holandii.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Nie ma jak kanał
wody kanałów burzą śruby niewielkich, turystycznych barek wycieczkowych i jeszcze mniejsze motorowych łódek. Z katalogu wycieczek wybieramy tę, pozwalającą zwiedzić największe atrakcje miasta bez wychodzenia na brzeg. Czas miło ucieka, a wraz z nim dziesiątki niskich mostków – w mieście jest ich ponad 1200 – i nieco pochylone, wąskie, z zakończonymi schodkowo dachami domy dzielnicy Jordaan. Kiedyś mieszkała tu napływowa siła robocza z poza Niderlandów, dziś to modne miejsce amsterdamskiej bohemy, dla której ambicją jest posiadać tu studio, mieszkanie czy po prostu przesiadywać w knajpkach. Ponad 70 miejskich barek wycieczkowych posiada oszklone dachy, stąd zwiedzanie sprowadza się jedynie do zadzierania głowy ku górze. Biura podróży oferują tu przeróżne wodne trasy wycieczkowe. Można więc popłynąć szlakiem muzeów, zahaczając po drodze o Rijksmuseum ze zbiorami m.in. Rembrandta i Avercampa, autora słynnych łyżwiarskich scen czy słynne pośród Polaków muzeum Heineken Experience, z bezpłatnymi degustacjami piwa. Płynąc, wsłuchuję się w słowa przewodnika, opowiadającego jak to w wyniku sztucznego obniżenia poziomu wód w kanałach, budowane na drewnianych palach kamieniczki zaczęły podsychać, chyląc się do przodu i na boki. Rzeczywiście, niektóre pospinane są metalowymi klamrami, w innych trwają remonty, jeszcze inne oznaczono jako niebezpieczne i wyłączono z użytkowania. Przewodnik tłumaczy nam jak ważną sprawą jest utrzymanie prawidłowego poziomu wód w Holandii. Powołano do tego celu specjalne ministerstwo, które kontroluje stan wody. Amsterdam jest jednym z pierwszych miast na świecie, które zatonie jeśli poziom oceanów nieco się podniesie. Dopływamy do kanału Singel, na którym znajduje się słynny pływający niegdyś targ kwiatów – Bloemenmarkt. Przy Singel 7 podziwiamy słynną kamienicę – nazywana najwęższym domem świata, w tylnej części ma ok. półtora metra szerokości.

Amsterdamskie kanały wypełniają się prawie w całości łodziami, łódkami, żaglówkami i barkami tylko jeden raz w roku – w czasie obchodów Święta Królowej – w Koninginnedag, 30 kwietnia, w rocznicę urodzin matki Królowej Beatrycze. Cała Holandia przybiera wówczas kolor pomarańczowy – na cześć królewskiego rodu Oranje-Nassau – i świętuje do upadłego.

 Mimo, że pływanie barką wycieczkową kanałami Amsterdamu może się kojarzyć z obciachem jazdy dorożką w Krakowie - trzeba to przeżyć.

Mimo, że pływanie barką wycieczkową kanałami Amsterdamu może się kojarzyć z obciachem jazdy dorożką w Krakowie – trzeba to przeżyć.

Życie na wodzie
Po zakończonej wycieczce kanałami wracamy do hotelu. Po drodze mijamy domy na wodzie. Ludzie żyją tu jak w zwykłych mieszkaniach, przez okna można zaglądnąć do wnętrza. W jednym z boathousów odnajduję nawet kominek. W Amsterdamie można wynająć dom na wodzie i zamiast szukać miejsca w hotelu zamieszkać na barce. Po powrocie do hotelu sprawdzam w Internecie taką możliwość. Okazuje się, że tygodniowy pobyt 4 osób w pływającym hotelu jest znacznie tańszy niż zwykły hotel. Niestety, ograniczona ilość miejsc do cumowania i moda na mieszkanie na barce sprawiły, że ceny takiej przyjemności znacznie wzrosły. Niemniej jednak taki sposób na życie znalazło tu aż 2400 rodzin.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

O poranku ruszamy do Zaanse Schans. Ten położony nad rzeką Zaan, na północ od Amsterdamu skansen jest prawdziwą perełką, odwiedzaną co roku przez blisko 900 tys. turystów. Na niewielkiej przestrzeni otoczonej wodą znajdują się tradycyjne, pochodzące z przełomu XVII i XVIII wieku zabudowania, domy i przede wszystkim wiatraki, w większości wciąż działające. Sześć z nich pochodzi z XVI wieku, kiedy to Cornelis Corneliszoon z Uitgeest skonstruował pierwszy, wykorzystujący wał korbowy i pozwalający na użycie siły wiatru do prac przemysłowych. Zaanse zwiedzamy pieszo, fundując sobie jedynie krótką wycieczkę na łodzi. Próbuje sobie wyobrazić to miejsce sprzed ponad 100 lat, kiedy znajdowało się tu tysiąc pracujących wiatraków, które mełły, mieszały, wyciskały olej. Oglądamy tradycyjny proces produkcji sera i stolarnię, w której tworzy się drewniane chodaki. Kupujemy po jednym komplecie. Po powrocie do Polski zawisnął w widocznym miejscu i będą przypominać nam Holandię, do której z pewnością kiedyś wrócimy.

Tekst i zdjęcia: Piotr Trybalski
http://www.GoPlanet.pl

Artykuł pochodzi z bezpłatnego miesięcznika FotoGeA.com (a w nim wiele innych zdjęć!).
Do zaprenumerowania:   http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać