Fotograf w podróży

Gruzja w 5 obrazkach

Czy warto jechać do Gruzji? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Nie udało mi się poznać dokładnie całej Gruzji. Podczas dotychczasowych kilku podróży koncentrowałem się na wschodnich i północnych rejonach tego kraju. Nie podróżowałem za szybko, chciałem mieć czas na pogawędki, spotkania na szlaku i odpoczynek przy winie. Dzięki rozmowom poznaję ludzi i kraj. Najlepiej jak tylko można, jak to czasem niektórzy powiadają „od podszewki”.

Obrazek pierwszy: Tuszetia

Prawdziwy, pusty Kaukaz. W tej krainie spędziłem najpiękniejsze chwile podczas podróży po Gruzji. Nie jest łatwo się tam dostać. Przez wieki Tuszetia była odizolowana wysokimi górami od pozostałej części Gruzji. Obecnie prowadzi do niej szlak górskiej, wąskiej drogi o długości około 70 km otwarty jedynie od maja do października. Nie ma na niej asfaltu za to są wąskie mijanki, ciasne zakręty i urwiste zbocza. Jeżdża tam jednak turystyczne marszrutki. Przejeżdża się przez kilka strumieni (nie ma mostów) a najwyższy punkt to prawie 3000 m n.p.m.
Oamlo jest największą wsią w dolinie. Górują nad nią baszty obronno-mieszkalne, które istnieją od ponad 500 lat.

Niby mieszkają tu chrześcijanie… ale we wsi pradawne rytuały i obyczaje pozostają nadal obecne w życiu mieszkańców. Na przykład nie spożywają wieprzowiny i są miejsca, w których nie wolno pojawiać się kobietom. Zatem nim zacznie się wędrówkę po Omalo warto poznać miejscowe obyczaje aby nie urazić swoim zachowaniem tutejszych mieszkańców. Do dziś wspominają aferę z tzw. „czeskim poczęstunkiem” dla wsi złożonym z wieprzowej kiełbasy i włóczeniem się kobiet z tej ekipy po zakazanych miejscach.

Poznałem większość pośród mieszkańców wsi podczas ich święta. Są mili i otwarci. Od kilku lat wieś nastawia się na turystykę. Otwarto kilka pensjonatów, można się stąd wybrać na wycieczkę konną, piesze wędrówki albo rowerowe wyprawy po widokowych drogach do osad Dartlo lub Diklo. Pomimo znacznych przewyższeń, tutejsze szlaki pozwalają na wchodzenie bez specjalistycznego sprzętu na wysokości sięgające nawet około 4000 m. n.p.m. Można obserwować nie tylko cudowne widoki ale także piękne okazy przyrody np. długo patrzyłem na orły majestatycznie krążące nad doliną. Podczas wędrówek trzeba uważać na pasterskie psy ponieważ nie tylko są duże ale bywają także bardzo agresywne. Jesienią Tuszetia się wyludnia. Odchodzą stąd ludzie i zwierzęta gospodarskie. W Omalo pozostaje tylko jeden mieszkaniec: Zura. Pilnuje pozostawionego dobytku i odstrasza dzikie zwierzęta. Życie toczy się wówczas tylko na miejscowym posterunku wojskowym, gdzie co kilka dni dolatuje śmigłowiec z kolejnymi zmianami załóg i zaopatrzeniem.

Obrazek drugi: Wino

Gruzini uważają, że słowo wino pochodzi od starożytnego gruzińskiego słowa ghvino. Lubią opowiadać o tradycji uprawy winorośli i produkcji wina sięgającej kilku tysięcy lat. Kolebką gruzińskiego wina jest Kachetia, gdzie wytwarzanych jest obecnie 70 % krajowej rocznej produkcji. Tradycyjne wina gruzińskie nie mają jednolitego smaku, jedyną wspólną ich cechą jest proces przemiany soku gronowego w wino na skutek fermentacji, który jest prowadzony w amforach całkowicie zagłębionych w ziemi. Nawet wylot szyjki takiej amfory pozostaje poniżej poziomu gruntu. Amfory nazywane są potocznie kwewri i do dziś w rejonach uprawy winorośli spotyka się w niemal każdym wiejskim domu. Obecnie kwewri służą tu do wyrobu wina na własny użytek. Gospodarze często podają gościom wino domowej produkcji i… na ogół jego smak mocno mnie rozczarowuje. Doskonale znam gruzińskie pouczenia: „robimy w sposób tradycyjny i wiemy co dla wina jest najlepsze, a wam w Europie zupełnie nie wychodzi”. Gruzińskie wino wytwarzane w domach metodami tradycyjnymi jest zatem z reguły czerwone, wytrawne i mocne. Znacznie odbiega smakiem od wina, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Jednak jak sądzę, mogą być nim zachwycone osoby poszukujące nowych doznań winiarskich.

Ze względu na domową wytwórczość, firmowa produkcja skierowana na rynek w 90% opiera się na tzw. metodach europejskich. Dzięki nim na rynku dostępne są też wina białe, różowe, słodkie i półsłodkie, eksportowane przede wszystkim do Rosji. W sposób tradycyjny wytwarzanych jest zaledwie ok 10% produkcji gruzińskich firm. Na sklepowych półkach takie produkty mają na etykiecie napis kwewri i są z reguły droższe niż inne wina. Jest też grupa lekkich win domowych, także dostępnych w prawie każdym gruzińskim domu. Ich przygotowanie zajmuje około 2-3 tygodni. Przypominają smakiem sok dlatego w wielu gruzińskich rodzinach pije się je już od śniadania. Natomiast przez całą dobę pije się w Gruzji czaczę, czyli bimber produkowany z wytłoków winogronowych. Na ogół smakowo dosyć kiepski ale za to mocny.

Obrazek trzeci: Kierowcy i szosy

Moje pierwsze spotkanie z Tbilisi odbyło się za sprawą bardzo szybkiej nocnej jazdy z lotniska do centrum w taksówce z kierowcą… oczywiście po prawej stronie samochodu. Po prostu jako auta używane królują tutaj pojazdy sprowadzane z Japonii, a te dostosowane są do ruchu lewostronnego. Od razu dowiedziałem się także jak jeżdżą dżigici. Szybko, bez większego szacunku dla oznakowana i z częstym używaniem klaksonu. Włócząc się potem autem po drogach Gruzji podziwiałem fantazję gruzińskich kierowców, którzy nieustannie się gdzieś śpieszą. Nie wiem dokąd ale ich cel nie może być daleko ponieważ z reguły na stacjach benzynowych tankują po 5 góra 10 litrów paliwa, nawet jeżeli jest to gaz. Tak na marginesie nie jest to LPG znany z naszych stacji benzynowych tylko CNG – gaz ziemny. Stacji z LPG jest w Gruzji jest bardzo mało. Podróż autem nigdy nie jest nudna ponieważ usiana jest spotkaniami z wałęsającymi się po nich końmi, snującymi się zaprzęgami, krowami spacerującymi po jezdni i leżącymi na mostach, licznymi dziurami i dobrze znanymi z naszych dróg niekończącymi się remontami. Na urlopie nie należy się śpieszyć więc staram się zachować spokój. Wiem także, że tutejsi kierowcy często prowadzą po mniejszej bądź większej dawce czaczy. Podczas spotkań towarzyskich zauważyłem, że tradycją stało się, iż kierowca pije co drugą kolejkę. Jednego z moich znajomych policyjny patrol zatrzymał w święta Wielkiej Nocy pytając ile dziś wypił. On jako abstynent odpowiedział, że ani kropelki. Na co dowódca patrolu stwierdził, aby się nie zgrywał. Przecież on sam przed służbą w święta wypił dwa kieliszki i jeśli mój znajomy będzie nadal kłamał to go przebadają i po prostu aresztują. Po kolejnym zapewnieniu doszło badania, a kiedy wynik potwierdził trzeźwość… wezwano lokalną telewizję, aby pokazała prawdopodobnie jedynego trzeźwego Gruzina w Tbilisi podczas świąt. Prawdziwy Bohater!

Obrazek czwarty: Kuchnia i biesiady

Wiem, że już wiele napisano o tutejszych specjałach: chinkali, chaczapuri i czurczchele przewijają się w prawie każdym opisie spotkania z Gruzją. Oczywiście, że trzeba spróbować chinkali, czyli pierożków w charakterystycznym kształcie sakiewek z rozmaitym nadzieniem (według mnie najlepsze są z mięsem). W zasadzie zawsze pod ręką ma się chaczapuri, który jest po prostu zapiekanym plackiem z serem (w wielu wariantach, ale na ciepło np. prosto z domowego prodiża jest najsmaczniejszy). Natomiast czurczchele są rodzajem deseru, na ogół przygotowywanego z orzechów i kisielu zwykle winogronowego, a następnie ususzone. Swym wyglądem przypominają… kiełbaski. Czasami na pierwszy rzut oka nie wyglądają nazbyt apetycznie jednak są bardzo, bardzo smaczne.

Nie lubię wędrówek po knajpkach i dlatego najbardziej zachwycałem się smakiem domowego jedzenia, ale takiego najprostszego: serów, jajek, marynowanych owoców i warzyw, wędzonego mięsa i pomidorów. Sałatka ze świeżych pomidorów i ogórków jest najpyszniejszą potrawą o jakiej tylko w innych miejscach można marzyć. Najprawdziwszy smak i aromat pomidorów! Tylko dla nich mogę wracać do Gruzji. Moja Gruzja pachnie pomidorami! Jedzenia się nie wyrzuca i można być pewnym, że czego nie zjadło się np. na kolację zostanie to zaserwowane na śniadanie. Dlatego np. wieczornym posiłkiem mogą być świeżutki gotowane chinkali, a na śniadanie będą już podsmażane (także bardzo smaczne).

Uwielbiam natomiast domowe posiłki, ponieważ przy nich mam okazję do rozmowy z gospodarzami a jeszcze piękniej jest w czasie biesiad. Na jednej z takich biesiad spotkała się cała wieś i ja na nie byłem i wino piłem! W czasie spotkania z okazji… usłyszałem podczas wieczoru pięć rożnych wersji owej okazji, wszystko ma swój rytm i porządek. Zasiada się na wskazanym miejscu, które dobrane jest według statusu uczestnika.

W najważniejszym miejscu usadowiony jest gospodarz, który zawiaduje biesiadą zazwyczaj jest on także tamadą, chociaż nie musi. Czasami tamada, czyli mistrz ceremonii wyznaczany jest spośród dojrzałych mężczyzn, obdarzanych szacunkiem i charakteryzujących się talentami oratorskimi i poczuciem humoru. Tamada wygłasza specjalnie przygotowane toasty, które dzięki swojej budowie i sposobowi przekazywania przypominają wiersze albo przypowieści. Na zakończenie swego toastu wypowiada on słowo gaumardżos, po którym można dopiero wychylić kieliszek wina.

Na takich biesiadach podawane są rozmaite potrawy ale nie zauważyłem pośród nich chinkali albo chaczapuri. Dominuje raczej gotowane i pieczone mięso, sałatki warzywne i oczywiście nieprzebrane ilości wina (zazwyczaj młodego) i wszechobecna w Gruzji czacza!

Obrazek piąty: Tbilisi

Pierwszy poranny spacer po Tbilisi za sprawą żaru i huku jawił mi się jako powrót do widoków znanych mi z ulic miast Turcji, Bliskiego Wschodu albo co najmniej Albanii. Chodziłem, słuchałem i patrzyłem i zastanawiałem się z czym mi się to wszystko kojarzy i nagle doznałem olśnienia: pomyślałem przecież to taka chrześcijańska Turcja. Podobny zgiełk, sposób zachowania ludzi, sąsiedztwo ruin, bałaganu i nowobogackiego przepychu. Tylko zamiast minaretów, wokół siebie widziałem mnóstwo kościelnych wież. Im bardziej się w nie zanurzałem tym mocniej okazywało się, że to bardzo rozległe miasto. Łączyłem piesze wędrówki, z jazdą metrem i taksówkami. Kluczyłem wśród starych dzielnic, wchodziłem na podwórka i klatki schodowe. Rozmawiałem z mieszkańcami. Na ogół nie przeszkadza mi miejski chaos, ba nawet niezwykle często jest przeze mnie fotografowany. Podobnie było w przypadku Tbilisi. Wiem, że Tbilisi potrafi urzec. Wiele osób zakochuje się w tutejszych zaułkach, drewnianych balkonikach i rozlicznych świątyniach. Jednak niestety nie odszukałem w nim swego miejsca. Może nie za bardzo się starałem? Może potrzebuję jeszcze więcej czasu? Być może muszę je odwiedzić w innej porze roku?
Interesują mnie bazary. Ten najbardziej dziś zanany zaczął funkcjonować podczas pierwszej wojny gruzińsko – rosyjskiej, kiedy zapanowały w mieście bieda i głód. Wynoszono z domów wszystko co dało się wymienić na żywność. Wówczas podobno można było się natknąć tu na rarytasy sprzedawane za nieomal bezen. Tak powstał mit bazaru rozlicznych okazji. Teraz to raczej rupieciarnia z sowieckimi gadżetami i dziełami lokalnych twórców (obrazy, grafiki, rzeźby). Ciekawe miejsce na spacer a nie na zakupy. Jest to natomiast znakomite muzeum sowieckich aparatów i obiektywów, których jest tu bez liku.
Uwielbiam także stołeczne przygody z taksówkarzami. Może nim być w zasadzie każdy. Wieczorem Tbilisi zapełnia się więc autami, które zatrzymują się na każde skinienie. Taksówkarze z reguły nie znają miasta. Mają plany i atlasy miasta ale nie potrafią z nich korzystać. Z reguły nie spieszyłem się ale potrafiliśmy objechać miasto szeroką pętlą zamiast najkrótszą drogą nim dotarliśmy na miejsce. Dlatego opłatę za kurs zawsze uzgadniam wcześniej i wybrana prze kierowcę trasa jest mi z reguły obojętna. Co najwyżej jeszcze dokładniej poznam miasto.

Jechać czy nie jechać do Gruzji?

Stanowczo jechać! Moim zdaniem Gruzja jest bardzo bezpiecznym krajem, a im dalej od dużych miast tym jest przyjemniej. Czuje się tu już powiew egzotyki ale nie jest on połączony z totalną zmianą kulturową. W sam raz dla początkujących podróżników. Można tam dolecieć z Polski (LOT i Wizzair) i bardzo łatwo jest podróżować publicznymi środkami komunikacji (marszrutki – busy). Ceny w gruzińskich sklepach są podobne do cen w Polsce. Na noclegi oraz zjedzenie miejscowych specjałów można odszukać ciekawe miejsca i nie drenujące kieszeni podróżników. Po prostu im dalej od wielkich miast tym jest taniej. Ceny jednak ostatnio ostro poszły w górę i Gruzja przestaje być tanim kierunkiem. Coraz łatwiej jest posługiwać się tam w języku angielskim ale wskazana jest znajomość języka rosyjskiego (i znowu im dalej od dużych miast tym bardziej!)

Marek Waśkiel

Polecam Dobry Blog o Fotografii

To także może ci się spodobać

  • Bartosz
    23 kwietnia 2018 o 14:42

    Wspaniałe zdjęcia i niezwykłe podsumowanie Gruzji!