Fotograf w podróży

Fotograf w podroży: Magia Meksyku

Jestem w Ciudad de Mexico – jednym z największych miast świata. Prawdziwy moloch o wielu obliczach: nędzna zabudowa przedmieść i pięciogwiazdkowe hotele w centrum, żebracy, lśniące limuzyny, wynędzniałe psy o ogromnych oczach. Obrazki tak typowe dla krajów Ameryki Łacińskiej, a jednak niezmiennie fascynujące.

Ulicami ciągną niekończące się sznury samochodów, autobusów i ciężarówek wyrzucających kłęby czarnego dymu – nie dziwi więc widok ludzi w maskach chroniących płuca przed spalinami. Ten moloch to miasto olbrzymich cyfr – tu powstaje dziennie ponad 20 tysięcy ton śmieci, tu żeruje kilkanaście milionów szczurów, tu krążą po ulicach 4 miliony samochodów, tu stoi Stadion Azteków mieszczący aż 140 tysięcy widzów, tu znajduje się największa liczba muzeów na świecie, tu przebywa ponad pół miliona bezdomnych. A ilu mieszkańców liczy miasto Meksyk? Odpowiedź nie jest łatwa bo wszystko zależy od tego kto opracowuje statystki i co chce udowodnić … Liczby wahają się od 10 do 25 milionów … Tak czy inaczej to miasto to gigant.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

A może poderżnąć gardło… za dolara?
Jest ciepły wieczór, biorę plecaczek ze sprzętem fotograficznym oraz statyw i jadę metrem do centrum. Gdy tylko wychodzę na powierzchnię przede mną wyrasta człowiek z maską i nożem w ręku. „Poderżnąć Ci gardło, przyjacielu?” Widząc brak mojej aprobaty mężczyzna zakreśla zakres swoich oczekiwań finansowych: „Tylko 10 pesos albo 1 dolara”.
I dodaje: „Ja ci będę na niby podrzynał gardło, zrobimy zdjęcie Twoim aparatem i będziesz miał super pamiątkę ze Święta Zmarłych w Meksyku!” Wokół nas zatrzymuje się kilka osób, a mój rozmówca wyciąga z worka różne makabryczne rekwizyty tak starannie wykonane, że nie powstydziłby się tego żaden porządny teatr. „Ktoś chce zdjęcie z odciętą głową? A może fotka z zakrwawionym płodem? Oczywiście czaszek i masek w różnych kolorach mam bez liku!” Jest początek listopada. Jak co roku sklepowe wystawy, wejście do hoteli i restauracji, a nawet uliczne latarnie zdobią papierowe szkielety. Całe miasto wypełnione jest makabrycznie ubranymi postaciami. Wokół mnie sunie barwny tłum przebrany za kościotrupy, diabły, czarownice, między nimi hałaśliwi grajkowie, pod płotem siedzi kilku jegomości, którzy wlali w siebie za dużo wody ognistej i nieudolnie pomagają sobie nawzajem wstać. Centralny plac stolicy – Plaza de la Constitucion popularnie zwany Zocalo – to istne morze świecących kukieł, czaszek, potworów, ołtarzy z jedzeniem dla duchów i portretami zmarłych. Kilkunastoletni chłopiec wciska mi ulotkę do ręki – to reklama pobliskiego baru ofiarującego 20% zniżkę z okazji … Święta Zmarłych. Tak Meksyk obchodzi pamięć o najbliższych, którzy odeszli. Tygodniowa fiesta o gigantycznych rozmiarach.

Współczesny Meksyk to prawdziwa mieszanka ras i kultur zamieszkiwana w 80% przez Metysów. Czystej krwi Indianie czy Europejczycy stanowią zaledwie 10% mieszkańców.

Współczesny Meksyk to prawdziwa mieszanka ras i kultur zamieszkiwana w 80% przez Metysów. Czystej krwi Indianie czy Europejczycy stanowią zaledwie 10% mieszkańców.

Z balonikami do Matki Boskiej
Katolicy w Meksyku to znakomita większość wierzących – oficjalne statystyki notują aż ponad 90% przynależności do kościoła katolickiego. I choć w rzeczywistości liczba praktykujących katolików jest o kilkadziesiąt procent niższa, tym niemniej trudno przejść obok tematu religijności Meksykanów obojętnie. W niedzielę skierowuję więc moje kroki ku Bazylice Matki Boskiej z Gwadelupy w północnej części stolicy. To tutaj w 1531 roku doszło do najstarszego uznanego przez kościół katolicki objawienia maryjnego. Przez kolejnych blisko 500 lat rozwinął się kult, który objął cały kontynent i od stu lat Matka Boska z Gwadelupy jest oficjalną patronką Ameryki Łacińskiej. Faktycznie, olbrzymi plac przed Bazyliką pełen jest grup pielgrzymkowych z różnych stron kontynentu dumnie niosących narodowe flagi dzięki czemu udaje mi się zidentyfikować pochodzenie pielgrzymów: Ekwador, Peru, Wenezuela, Chile, Argentyna, Kolumbia, a nawet odległa Hiszpania. Pielgrzymi idą w asyście, często kilkudziesięcioosobowych orkiestr, niosą przenośne, barwne ołtarze bogato przybrane kwiatami, obrazy Matki Boskiej, figury świętych, zdjęcia papieża, żółto-białe flagi Watykanu. Mijają mnie grupki niepełnosprawnych na wózkach inwalidzkich, matki niosące noworodki zawinięte w koc, sędziwi staruszkowie prowadzeni pod pachy przez krewnych czy pielgrzymi wytrwale zmierzający na kolanach do celu, świętego obrazu Virgen de Guadalupe. Meksykańczycy uwielbiają balony. Sprzedawców ofiarujących ten towar można spotkać wszędzie – na ulicach, przed kościołami a nawet … na cmentarzach. Stoję przed Bazyliką i obserwuję kolejną grupę zmierzającą ku świątyni – pomiędzy głowami pielgrzymów widać przy najmniej kilkanaście różnokolorowych balonów. Grupa zatrzymuje się tuż przy słusznych rozmiarów pomniku Jana Pawła II, a pomiędzy pielgrzymami uwija się młody człowiek nawołujący: „Nie wnoście balonów do Bazyliki! Gdy one pofruną pod sufit nie będziemy mogli ich stamtąd ściągnąć – Bazylika jest tak wysoka, że w całym Meksyku nie ma tak długiej drabiny by sięgnęła pod powałę”, przekonuje i prosi równocześnie.

Szaman przed katedrą w mieście Meksyk.

Szaman przed katedrą w mieście Meksyk.

… a potem do szamana

Wracam do centrum. Trafiam na moment gdy po zakończonym nabożeństwie z katedry wylewa się tłum wiernych. Część z nich wprost zmierza w stronę grupy szamanów stojącej pomiędzy katedrą a pałacem prezydenckim. Szamani w zamian za drobne datki wypędzają złe duchy i odprawiają modły – bynajmniej nie według obrządku katolickiego … Rytm bębnów, tancerze przystrojeni wachlarzowatymi pióropuszami, odgłosy grzechotek oraz gęste kłęby dymu składają się na niezwykłą atmosferę. Nie można oprzeć się wrażeniu, że kolonizatorom nie udało się całkowicie wyprzeć prekolumbijskich wierzeń. Wiara przeciętnego współczesnego Meksykanina składa się po części z chrześcijaństwa, ale po części z pradawnej wiary przodków. Wieczorem, w pobliskiej niewielkiej restauracji prowadzonej przez Meksyko-Amerykanów, usiłuję się dowiedzieć czegoś więcej o tym niezwykłym religijnym synkretyzmie. Właścicielka restauracyjki podchodzi do sprawy raczej pragmatycznie i podsumowuje: „Tak, mam amulety w domu. Oczywiście, że przygotowuję jedzenie dla duchów naszych przodków, gdy te powracają do nas pierwszego listopada. A jak mam jakąś sprawę to najpierw idę do Matki Boskiej. Ale nie wiadomo, czy Maria akurat będzie miała czas by zająć się moją sprawą bo przecież jest bardzo zajęta dlatego na wszelki wypadek idę też do szamana …”

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

 

Uliczny grajek na ulicach Puebla

Uliczny grajek na ulicach Puebla

Spuścizna Nowej Hiszpanii
Po zdobyciu Meksyku, konkwistadorzy przystąpili do systematycznego niszczenia azteckich świątyń. Bezpowrotnie zniknęło z powierzchni ziemi tysiące budowli – niewyobrażalna strata dla światowego dziedzictwa. Na gruzach prekolumbijskich miejsc kultu powstały świątynie poświęcone Bogowi zdobywców – katolickie kościoły pełne przepychu. Znakomita część tychże kościołów powstawała w okresie baroku z typowymi dla tego okresu licznymi zdobieniami fasad oraz wnętrz. Monumentalne kościoły Nowej Hiszpanii, jak zwano wówczas obszary dzisiejszego Meksyku oraz Ameryki Środkowej, to obrazki dobrze znane turystom zwiedzającym tą cześć świata. Mając za sobą szereg wypraw do Ameryki Łacińskiej wydawało mi się, że żadna już kolonialna świątynia mnie nie zaskoczy. To wyobrażenie utrwaliło mi się szczególnie po zwiedzeniu kościołów Ekwadoru kilka miesięcy przed moim dotarciem do Meksyku. Przewartościowanie tegoż poglądu nastąpiło w chwili gdy przekroczyłem próg Kaplicy Matki Boskiej Różańcowej kościoła Santo Domingo w Puebla, dwie godziny jazdy autobusem od stolicy kraju. Kaplica zapiera dech w piersiach bogactwem szczegółów, licznymi zdobieniami i kolorową polichromią. Zdobienia pokrywają każdy centymetr ścian, sklepień i kolumn. Setki rzeźb oraz obrazów wiszą nad głowami zwiedzających i wiernych. Sufit pokrywają złote liście oraz delikatnie rzeźbione winorośle, drewniane dekoracje oraz stiuki – nie ma dosłownie jednego centymetra wolnego miejsca. Tańczące anioły i święci, apostołowie i biskupi patrzą na mnie ze wszystkich stron, a w najwyższym punkcie kopuły znalazł swoje miejsce śnieżnobiały gołąb z rozpostartymi skrzydłami. Matka Boska z Jezusem na lewym ramieniu ubrana jest w białą suknię zdobioną kwiatami oraz sięgający ziemi błękitny welon – z jej obu stron liczne marmurowe posągi zakończone złotymi zdobieniami. Odkrycie Ameryk i ich podbój przyniosła zdobywcom niewyobrażalne fortuny. Podbojom militarnym towarzyszyły mordy Indian, palenie wiosek, niszczenie miast ale także masowe grabieże. Ogałacano świątynie, grabiono złoto, ozdoby, biżuterię. Chciwość europejskich najeźdźców nie znała granic. Indian ocalałych od rzezi, chorób i wojen zmuszano do niewolniczej pracy przy budowie kościołów, klasztorów, twierdz – przy budowie Nowego Świata, którego pozostałości możemy obecnie podziwiać.

 

Z okazji Święta Zmarłych przed Katedrą w Oaxaca odbywa się konkurs tańca.

JAK FOTOGRAFOWAĆ W MEKSYKU?

Światło zakreśla nam w fotografii przestrzeń, w której możemy się poruszać i tworzyć zdjęcia. Teoretycznie w krajach takich jak Meksyk mamy więc rewelacyjne warunki do fotografowania przez kilkanaście godzin: przyjemna pogoda, (z reguły) bezchmurne niebo, dobra przejrzystość powietrza, soczyste kolory,. I tak i nie. Otóż słońce w Meksyku, tak zresztą jak w wielu krajach tropikalnych, jest naszym sprzymierzeńcem ale nie przez cały dzień. Bo o ile rano i późnym popołudniem mamy do czynienia z przyjemnym dla oka, delikatnym, miękkim oświetleniem, to z ekspozycją w godzinach południowych rzecz ma się inaczej.  Słońce południa daje głębokie cienie na twarzach, kolory wychodzą blado, światło jest twarde i nieprzyjemne w odbiorze. Wyjątkiem są tu dni pochmurne, gdy słońce nie przebija się przez chmury. W czasie moich podróży wstaję wcześnie, późno kończę plenery i załatwiam inne sprawy pomiędzy plenerami. W praktyce wyglądało to tak, iż wstawałem o 5:30 by krótko po 6:00 przywitać wschód słońca na wybranym miejscu. Poranna sesja trwała zwykle do godz. 8:15 – 8:30, potem słońce było już wysoko na nieboskłonie. Następnie jadłem śniadanie, zwiedzałem kościoły, muzea, klasztory, nawiązywałem kontakty lub przemieszczałem się autobusem do innego miasta.Popołudniowe plenery zaczynałem zwykle około 2,5-2 godzin przed zachodem słońca tj. ok. godz. 15:30. W tenże sposób starałem się optymalnie wykorzystać ekspozycję. ◊

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Lityński
http://www.litynski.com

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com
http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać