Okiem fotoedytora

FELIETON: Moda na mody

Moda w fotografii… Na początek pragnę wyjaśnić, że to zupełnie nie to samo, co fotografia mody. Tę zostawmy znawcom „glamurów”, stylistom, makijażystom i wizażystom. Mnie chodzi o to, co sprawia, że nagle tłumy ludzi z aparatami zaczynają robić zdjęcia, a potem je „obrabiać” w  jakiś konkretny sposób. Nie oznacza to wcale, że sposób ten jest porywający, piękny i nowatorski. Oznacza to jedynie, że powstała jakaś nowa moda. I kto nie fotografuje zgodnie z jej nowymi wzorcami ten jest obskurant nie wart uwagi i dobrego słowa. Niniejszym informuję, że jestem obskurantem.


Tak się złożyło, że żyję na przełomie epok: technologicznych, kulturowych, obyczajowych i cholera wie, jakich jeszcze. Oczywiście – nie tylko ja, a miliony ludzi na świecie. Część z nich jednak w ogóle nie zwraca uwagi na techniczną rewolucję, powstawanie i upadek kolejnych wynalazków, wejście w erę cyfryzacji wszystkiego. Ot, po prostu żyją dniem dzisiejszym i cieszą się nim. A zmienia się także, i to bardzo dynamicznie, sposób patrzenia na wiele spraw, kultura i podejście do niej, a wraz z nim poczucie piękna i estetyka jako taka. Kolejne mody i trendy wypierają się tak szybko, że fason butów, które kupiliśmy przed chwilą w sklepie może niespodziewanie wyjść z mody zanim przeciśniemy się przez korki i dotrzemy do domu z hiper czy supermarketu.

Klasyczny przykład mojego obskurantyzmu: kierunek, rytm, perspektywa, naturalne kolory, naturalny półmrok i naturalna mgła. I tego się będę trzymał.

Klasyczny przykład mojego obskurantyzmu: kierunek, rytm, perspektywa, naturalne kolory, naturalny półmrok i naturalna mgła. I tego się będę trzymał.

Podobne mody i trendy dotyczą – czasami niestety – fotografii. Niestety? Z mojego obskuranckiego punktu widzenia – tak. Bo fotografia rozmienia się na drobne, niczym tania dziwka oddaje się każdemu, kto chce ją wykorzystać do czegokolwiek. Każdy może zrobić z nią, co chce: zniewolić, oszpecić, zmielić, przeżuć, połknąć, a potem wydalić dowolnym otworem, bo „tak chciał”. Komuś pomyliły się odczynniki i wsadził film do nie tego sosu, co trzeba – w efekcie już jest odkrycie, które inni naśladują, bo taka moda. Kilkadziesiąt lat fotografowie i inżynierowie walczyli z optycznymi błędami, by teraz zapanowała moda na np. winiety (których zresztą w porządnych zdjęciach sprzed lat 50., 100. i 150. nie znajdziesz).

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Długo fotografowie i fotograficy dbali o jakość i czystość fotografii, by za sprawą jakiegoś niechluja modne stały się na obrazach imitacje włosów, zacieków. zadrapań i innych tekstur „ku ozdobie”. Cieszyliśmy się z wiernego odwzorowania barw w fotografii, ale nie przeszkodziło to specom od reklamy zapoczątkować mody na psychodeliczne przebarwienia i wściekłe dominanty, które mają za wszelką cenę przyciągnąć i otumanić wzrok i umysł. Podobnie zresztą jak „programowe” pochylanie aparatu, by „zdynamizować” obraz lub sztuczne rozmydlanie (blurowanie…) mające „uplastycznić i stworzyć nastrój”.

Nie. Nie zgadzam się! Pozostanę obskurantem, który lubi harmonijną kompozycję, dobrze dobrane proporcje, rytmy, kierunki, perspektywę, grę światła, umiejętne operowanie barwami, plamami i planami, dobrą jakość i wszystkie te staromodne zasady, które sprawiają, że aparat fotograficzny nie jest tylko narzędziem w służbie różnych sztuk plastycznych. Aparat służy bowiem przede wszystkim Fotografii.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Nie wstydzę się swojego obskurantyzmu. Zwłaszcza, że cenię sobie wielce artystów, a nawet eksperymentatorów, którzy popychają sztukę w nieznane dotąd obszary, proponują nowe spojrzenia i przeżycia. Są tacy fotografowie i mam nadzieję, że zawsze będą! Są pełną gębą artystami i pionierami. Są wyjątkowi, niezwykli i niepowtarzalni. I nie mają nic wspólnego ze stadami mało zdolnych partaczy, którzy braki w wiedzy i umiejętnościach maskują bezmyślnym naśladownictwem oraz modnymi papraninami i aroganckim stwierdzeniem „bo tak chciałem”. A ja – obskurant, kiedy patrzę na produkcje apologetów mód, marzę, by nastała wreszcie kiedyś moda na rzetelną fotografię…

WOJCIECH WALCZUK

Dziennikarz, fotograf, obserwator. Z aparatem od 1966 roku.

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com o fotografowaniu i podróżach
bezpłatnie do pobrania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

FotoGeA.com listopad grudzień 2012

FotoGeA.com listopad grudzień 2012

To także może ci się spodobać

  • W.
    3 stycznia 2013 o 21:16

    Zaczynałem fotografować w latach 70. XXw. i nadal uważam się za amatora, i może dlatego zgadzam się z opinią zawartą w tekście. Niestety niewielu ludzi jest w stanie znieść rozszerzenia tych wniosków na np. Picassa. Według tego kanonu (obskurantyzmu) wiele z jego prac można by uznać za bohomazy mimo genialności kreski – kto potrafiłby piękniej nakreślić gołąbka pokoju?
    Może mam przestarzałe spojrzenie na fotografię, ale uważam, że po zrobieniu zdjęcia nie powinno być już ono obrabiane. Dopuszczam, niekiedy(!), drobne kadrowanie, drobny obrót i bardzo(!) niechętnie korekcję (np. gamma). Nie wiem jeszcze jak połączyć to z obróbką plików RAW – muszę się zastanowić. Przemyśleć też muszę jeszcze fotografię typu HDR.
    Starałem się moje zasady wpoić mojej Partnerce gdy zaczęła fotografować. Czy mi się to udało można sprawdzić na naszym blogu http://www.eryniawtrasie.eu i w naszej galerii (wejście z blogu).
    Będziemy wdzięczni za opinie – nie uważamy się bowiem za „odkrywców mód” w zamian chcielibyśmy być coraz lepsi w tym co robimy.

  • Robert
    4 stycznia 2013 o 0:13

    Witam wszystkich. Nie ładne, to co ładne ale to, co się komu podoba. Sam ostatnio wpadłem w manię edytowania zdjęć: dodaję winiety, zmieniam nasycenie barw i kontrast, kadruję (kończąc najczęściej na kwadracie – kupiłem nawet ostatnio isoletkę i jaszikę 635 dla kwadratu) – jeżeli zdjęcia podobają mi się bardziej rozmyte, to rozmywam; jeżeli uważam, że jest za dużo „negatywnej przestrzeni” lub nieistotnych szczegółów to kadruję. W ten sposób ze zdjęć, które początkowo nie przykuły mojej uwagi wydobywam coś nowego i innego – elementy, które być może podświadomie zauważyłem i które skłoniły mnie do wyzwolenia migawki. Jednocześnie dostrzegam błędy, na które wtedy byłem ślepy i maskuję je lub odwracam od nich uwagę tymi różnymi napiętnowanymi w powyższym felietonie trikami. Może następnym razem skomponuję zdjęcie jak potrzeba, jak nie to znowu wykadruję. Nie używam nawet w tym celu kobył w stylu fotoszopa a zwykłej pikasy i tanich chwytów w stylu łomografii lub holgografii, czy w krytycznych przypadkach gimpa, bo tak jest łatwiej i przyjemniej, szkoda na to czasu i pieniędzy a ja jestem AMATOREM fotografii i zdjęcia robię dla własnej przyjemności a jeżeli ktoś rzuci na nie okiem i nie odwróci się ze wstrętem to jeszcze lepiej. Patrzę też na swoje zdjęcia bardziej krytycznie i kasuję przy okazji dziesiątki praktycznie identycznych ujęć, różniących się ekspozycją o dziesiąte części przysłony, bo jakość, ostrość i „żeby chmurek nie prześwietlić”. Nie zgodzę się z opinią, że dawni fotografowie dbali o „czystość” fotografii – już od początków fotografii była na świecie rzesza ludzi, która wolała niezbyt ostrą i bardziej malarską kalotypię (która, choć obwarowana patentami stała się bardziej popularna od pełnych szczegółów dagerotypów i okazała się nawet praszczurem procesu negatywowego, który potem królował do początków cyfrowej ery). No i czym jak nie winietą nazwać owalne czy okrągłe ramki? Jeżeli „zepsute poprawione” zdjęcie wywołuje we mnie wrażenia podobne jak w momencie jego naświetlania to uważam krok za potrzebny i słuszny. Dodawanie paprochów, rys itp? – nie wszystkim i wszystkiemu służy doskonała ostrość i idealne kolory – wolę porysowany, niewyraźny akt od ginekologicznej fotki.
    I na koniec – „psucie zdjęć” może być doskonałą formą terapii przeciwko „sprzętoholizmowi”, którego sam jestem ofiarą. Nie dojem, nie dośpię, bo muszę sobie kupić coś ostrzejszego, ładniej rozmywającego lub mniej zaszumionego, DROŻSZEGO. Paranoja. To tyle… Lecę „winnetouwać”. Howgh!