Okiem fotoedytora

FELIETON: Drzewo brzmi dumnie

Zdarza mi się często oglądać zdjęcia, które powstały z… nudów. Nie zmyślam, nie przesadzam i nie zakłamuję rzeczywistości. Ba! Wiem nawet, skąd się takie obrazki biorą. Oto fotograf lub, jak kto woli, fotoamator (najczęściej zaawansowany) zostaje przygnieciony szarą codziennością i nijak nie ma czasu na swoje hobby. Nie może bidulek zapakować fotogratów w fotoplecak i udać się w daleki plener, by w samotności lub w towarzystwie podobnych mu szajbusów mierzyć światło, a potem łapać je za pomocą aparatu.

Cierpi nieborak z tego powodu okropnie i dochodzi nawet do tego, że cichaczem wyciąga aparat, włącza go, zagląda w wizjer i gapi się na dobrze znane przedmioty, meble i sprzęty, żeby zaspokoić (choć przez chwilę) dziką żądzę obcowania z fotografią. No, więc desperat taki patrzy z tęsknotą przez skomplikowany system optyczny na domowe różności i nagle doznaje olśnienia: można zrobić zdjęcie bez wychodzenia z domu!

W tym momencie najczęściej rodzi się szalony pomysł, by stworzyć arcydzieło z niczego. Obiektem tej wiekopomnej idei stają się bibeloty, figurki, naczynia i urządzenia AGD, lampki, firanki, żaluzje oraz stara i nowa prasa lub serwetki i obrusy. Zaczyna się spontaniczna inscenizacja…

Felieton Wojtka WalczukaFelieton Wojtka Walczuka

Felieton Wojtka Walczuka

Nasz szalony fotograf demoluje mieszkanie, skacząc po meblach, przenosząc lampy i rozwieszając tła z prześcieradeł i narzut. Wreszcie robi kilka zdjęć drewnianej figurce lub porcelanowemu kotkowi (obiektem może być cokolwiek) i zadowolony z siebie (choć umordowany jak po rozładowaniu wagonu węgla) zasiada na kanapie. Uf – został wykonany kawał dobrej roboty, prawda? Co to, już po północy? Niemożliwe! Ależ ten czas leci przy fotografowaniu…

Następnego dnia okazuje się, że obrazek kotko-piesko-kogutko-filiżanki nie nadaje się do pokazania nawet na ryjknidze, a o zaspokojeniu chęci fotografowania nie może być mowy. Jedyny skutek takiego artystycznego uniesienia to uczucie piekielnego niewyspania i perspektywa kilkugodzinnego porządkowania „studia”. O rozmowie z panią domu – nie warto wspominać. Przepraszam za seksizm, w końcu panie też fotografują i maja napady „twórczości”.

Śmieszne? Jasne, a na dodatek prawdziwe! A przynajmniej wielce prawdopodobne. Tymczasem wystarczy wyjść na chwilę z domu i znaleźć najbliższe… drzewo. Nieważne, czy będzie rosło pojedynczo, czy w towarzystwie, w parku czy na ulicy, w polu lub lesie, czy będzie małe, czy duże i jaka jest pora roku. Drzewo to świetny kumpel fotografa, doskonały temat i okazja do wykazania się pomysłowością, wyobraźnią. Może być głównym bohaterem zdjęcia, może być jego uzupełnieniem lub tłem. Można je fotografować w całości lub wyłapywać drzewne detale: sęki, gałązki, suche liście, korę z jej niezwykłą fakturą. Czasem do fajnego ujęcia wystarczy, że drzewo rzuci efektowny cień lub będzie ciekawą barwną plamą. Zawsze jest niezwykłym wyzwaniem, tematem niepowtarzalnym, miłym i wdzięcznym. I zawsze daje więcej frajdy i pożytku (choćby krótki spacer na świeżym powietrzu, nowa wiedza, doświadczenie, relaks…) niż naiwne próby zostania ambitnym artystą.

A drzewa? Nawet jeśli za pierwszym razem nie poddadzą się naszym awansom, przy kolejnej randce przynajmniej dadzą się o siebie oprzeć, ochłodzą swym cieniem i zaszumią piękną, kojącą melodię. Bo drzewa nie tylko wyglądają, ale i brzmią dumnie.

Wojciech Walczuk

 

 

FotoGea07_09_okladka

Zapraszamy do prenumeraty FotoGeA.com

>>ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

 

To także może ci się spodobać