Fotograf w podróży

DOMINIKANA – uśmiech z krainy piratów

Dominikana jest niczym bajka, więc zacznijmy jak na porządną bajkę przystało. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, siedmioma rzekami, a nawet dalej, bo aż po drugiej stronie oceanu dwoje spragnionych wrażeń podróżników, fotografów amatorów po długim locie w całkiem ciasnym samolocie ląduje by przeżyć kolejną przygodę.

Pierwsze wrażenie dosłownie zwala ich z nóg. Budynki lotniska w formie ogromnych szałasów, przykrytych liśćmi palmowymi. Widok tak niesamowity i niespodziewany, że bohaterowie tej bajki bardzo szybko odzyskują siły i nawet na chwilę zapominają o odczuwanej zmianie strefy czasowej. Ten egzotyczny, daleki kraj, położony jest na wyspie Espanola nazwanej tak przez swojego odkrywcę Krzysztofa Kolumba. Położenie, w przeciwieństwie do sąsiedniego Haiti jest dosyć szczęśliwe. Wapień koralowcowy, który jest podłożem tej części wyspy chroni Dominikańczyków przed częstymi w tym rejonie świata trzęsieniami ziemi. W centralnej i zachodniej części kraju rozciąga się pasmo górskie Kordyliera, która jest swoistą barierą przed pojawiającymi się tutaj kilkanaście razy w roku tornadami i huraganami. To wszystko połączone z cudownymi plażami, białym piaskiem, turkusowym oceanem oraz niesamowitą uprzejmością i otwartością mieszkańców sprawia, że Dominikana jest turystycznym rajem, w którym każdy może znaleźć coś interesującego dla siebie.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Oczywiście największa część turystów przylatuje tutaj na niezapomniane wakacje, bardzo często na podróż poślubną lub inny relaksacyjno-wypoczynkowy pobyt. Faktem jest to, że można tutaj poczuć romantyczny nastrój, zwłaszcza oglądając cudowne zachody słońca lub w nocy leżąc na plaży oglądając nieskończoną ilość gwiazd. Jednakże bohaterowie tej historii nie przylecieli tutaj by leżeć plackiem na plaży i spędzać czas tylko na terenie swojego hotelu. Oni mieli całkiem ambitny plan zobaczenia chociaż części tego interesującego miejsca, czegoś co zapamiętają do końca życia.


Początkowo ich plan opierał się na próbie wynajęcia samochodu i zwiedzenia wyspy „na własną rękę”, niestety życie to nie bajka i okazało się, że pomysł ten, ze względu na bardzo luźne podejście mieszkańców do przepisów ruchu drogowego, ich upodobanie do jazdy nocą bez włączonych świateł, a także niezliczoną ilość całkowicie nieobliczalnych motocyklistów został szybko porzucony. Ciekawe jest to, że mimo specyficznego podejścia do jazdy, Dominikańczycy bardzo dbają o bezpieczeństwo innych, gdy zdarza im się usiąść za kierownicą po wypiciu rumu lub lokalnej specjalności nazywanej mamajuana, każdy obowiązkowo włącza światła awaryjne, czym informuje uczestników, że jedzie po tzw. „spożyciu”.

Podróżnicy postanowili więc skorzystać z pomocy lokalnego biura podróży prowadzonego przez Polaków i razem z nimi zacząć realizację swojego planu. Wsiadają do podstawionego busa i ruszają w teren. W czasie jazdy są zasypywani licznymi ciekawostkami i śmiesznymi historiami z życia wyspy i jej mieszkańców. Dowiadują się bardzo dużo o systemie politycznym, układach społecznych, edukacji, gospodarce, a także arcyciekawej historii Dominikany.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Zwiedzanie rozpoczynają od miejscowości Higüey, gdzie znajduje się miejsce kultu religijnego, największa na wyspie bazylika Matki Boskiej z Altagracii. Ta potężna budowla jest zupełnym przeciwieństwem bazylik i katedr europejskich, wybudowana jako odwrotność stylu gotyckiego. Wszystkie podpory, łuki konstrukcyjne są po wewnętrznej stronie budowli. Dodatkowo akustyka w środku nie wymaga specjalnego nagłośnienia, czy mikrofonu. Z każdego miejsca słychać kazanie z ambony. Cudowny obraz przyciąga pielgrzymów z całego kraju (to ich Jasna Góra). Każdy może podejść do oszklonego obrazu na wyciągnięcie ręki, chwilę przy nim indywidualnie stanąć, pomodlić się, prosić Matkę Boską o wstawiennictwo w ważnych dla siebie sprawach i dotknąć go, by poświęcić różaniec. Do świątyni zawitał dwukrotnie Jan Paweł II, który raz po odprawionej w środku mszy poprosił o przygotowanie ołtarza przed bazyliką, by odprawić nabożeństwo dla wszystkich zgromadzonych wiernych na zewnątrz (około 2 mln ludzi). Za to Dominikańczycy bardzo pokochali polskiego Ojca Świętego.

Główną religią obowiązującą na Dominikanie jest katolicyzm. Jednakże oficjalnie uznaje się też voodoo. To religia, która potrafi w prosty sposób wytłumaczyć świat i wszystko, co się na nim dzieje. Mieszkańcy wyspy korzystają z chrześcijaństwa i voodoo po trochu – istny dualizm. Po intensywnym emocjonalnie pobycie w Higüey nadchodzi pora na kolejny punkt programu, wizytę w lokalnej szkole, gdzie podróżnicy mogą na własne oczy zobaczyć jak wygląda tutejsza edukacja. Dzieciaki w malutkich salach, wszystkie ubrane w mundurki, pilnie uczą się tylko czterech przedmiotów – hiszpańskiego, angielskiego, przyrody i „socialu” (mniej więcej nasza wiedza o społeczeństwie). Szkoła nie jest obowiązkowa, ale równocześnie jest to ich jedyna możliwość wyrwania się z małego świata, dostania lepszej pracy, utrzymania rodziny.

A skoro już mowa o lepszej pracy, to oprócz tej w turystyce, szczytem marzeń i możliwości niewykształconego Dominikańczyka jest największa na świecie fabryka cygar w La Romana, miejsce które odwiedzają jako następne. Wszystkie prace są tu wykonywane ręcznie, z największą starannością i dokładnością. Wszechobecny zapach tytoniu przeszywający nozdrza sprawia, że bohaterowie bajki zapamiętają to miejsce na bardzo długo.

A za oknami busa przepiękne widoki, pola trzciny cukrowej należące do Julio Igesiasa oraz Oscara de la Renty, farmy palm olejowych, plantacje ryżu, przeplatane obrazami nędzy i biedy – osiedlami Haitańczyków, którzy uciekli ze swojego nękanego klęskami żywiołowymi kraju. Niestety bycie Haitańczykiem na Dominikanie jest niezmiernie trudne. Oni są traktowani jak obywatele drugiej kategorii, najmowani do najcięższych prac i gdyby nie to, że żyją w swoich osiedlach, byliby zupełnie jak niewolnicy.


Następnego dnia wycieczki, niestrudzeni podróżnicy ruszają w bardziej dziką część wyspy, położoną na północy zatokę Samana, do której każdej zimy przypływa na swoje gody kilka tysięcy humbaków oraz park narodowy Los Haitses i położony po drugiej stronie zatoki półwysep El Limon. Świat roślin, które widzą po drodze: bananowce, hibiskusy, różnego rodzaju palmy (gaje palmowe), słodkie limonki, pomarańcze (gaje pomarańczowe), bawełna, gwiazdy betlejemskie, oleandry, bugawilia, a także plantacje kawy i kakao.
Szybka zmiana transportu na łódkę. Wpływają nią w las mangrowy rzeką wijącą się prawie między korzeniami. Drzewa te charakteryzują się tym, że rosną na bardzo mokrym terenie, wręcz w wodzie, a rozłożyste korzenie wystają powyżej jej poziomu. Czują się, jak w dość zamkniętej dżungli. Zewsząd otaczają ich korzenie, w których chowały się zwierzaki (małe kraby i czaple), a mętna woda, którą płynęli potęgowała wrażenia. Po jakimś czasie wypływają na bardziej otwartą przestrzeń, gdzie ich oczom ukazują się ogromne skały wystające z wody, czyli mogoty. Od dołu podcięte słonymi wodami oceanu, od góry porośnięte tropikalną roślinnością. Z pozoru powolna, leniwa łódka, nagle zamienia się w szybką łódź motorową i w mgnieniu oka dopływają do jaskini, która jest jedną z nielicznych pozostałości po rdzennych mieszkańcach wyspy – Tainach. Na ścianach tego tajemniczego miejsca można zobaczyć ich twórczość, petroglify – proste rysunki wykonywane materiałami znalezionymi w jaskini i jej pobliżu. Kilka chwil spędzonych w historycznym miejscu i pora wracać na motorówkę. Ubrani w kapoki, ruszają w głąb zatoki, by po kilkunastominutowym rejsie dotrzeć do portu Santa Barbara de Samana. W malowniczym miasteczku zmieniają środek transportu na otwartą ciężarówkę. Z wiatrem we włosach i aparatem w ręku pomykają w głąb półwyspu. Droga kręta i pod górkę. Wzdłuż niej można było wspaniale obserwować tutejsze realia życia. Dzieci właśnie wracały ze szkoły, mężczyźni jechali na pace pickupa, a kobiety wywieszały pranie przed domem. Domostwa w tej części kraju, jak można było zauważyć, były bardzo skromne, drewniane, często pokryte azbestowymi dachami, bez okien (tylko z drewnianymi żaluzjami). Na samym szczycie drogi rozpościerał się widok na dżunglę, a za nią całe piękno zatoki Samana. Docierają do rancho, na którym czeka ich niespodzianka, kolejnym środkiem transportu w tej dominikańskiej bajce są konie i muły, którymi udają się do najważniejszego punktu wycieczki, miejsca obowiązkowego w tej części wyspy, cudownego wodospadu El Limon.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Konie idą wolnym tempem, prowadzone przez swojego opiekuna. Wzdłuż ścieżki rosną dzikie bananowce, kakaowce oraz całe mnóstwo nieznanej podróżnikom roślinności. Prowadzi ona dosyć mocno pod górę przecinając liczne strumyki, w których zmęczone konie zatrzymują się na chwilkę by zaspokoić pragnienie. Po błocie, kamieniach, na skraju przepaści dochodzą na szczyt, skąd już tylko kilkadziesiąt metrów schodami w dół do widocznego z daleka wodospadu. Miejsce jest dosłownie magiczne, duża różnica temperatur i ogromna wilgotność tworzą tajemniczą mgiełkę, która jest jednak bardzo niebezpieczna dla sprzętu fotograficznego. Grzechem byłoby nie wykorzystać okazji do orzeźwiającej kąpieli w chłodnej wodzie spadającej z wysokości 30 metrów.
Droga powrotna znowu na koniach, jest już z górki więc i zwierzęta mniej się męczą. Całkiem szybko docierają do rancho. Przygoda zbliża się powoli do końca. Jeszcze tylko powrót do hotelu i koniec tej cudownej bajki. Powoli trzeba wrócić do szarej, zimnej rzeczywistości.

 

Tekst i zdjęcia: Agnieszka i Daniel Staniszewscy
http://www.worldinoureyes.pl

 

Artykuł pochodzi z miesięcznika FotoGeA.com o fotografowaniu i podróżach
bezpłatnie do pobrania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

To także może ci się spodobać