Fotograf w podróży

BURKINA FASO tak jak w kinie…

Gdyby nakręcić film o Burkina Faso, często byłby to obraz odległy od naszych europejskich przyzwyczajeń, czasami mroczny, mglisty, niezrozumiały, a wielu wypadkach nastrojowy, wzruszający i skłaniający do daleko-idącej refleksji. Film świetnie pasujący na jakiś konkurs, festiwal, idealny do wypełnionych miłośnikami kina o wyszukanych smakach, sal dkf-ów.  Dlaczego w ogóle o filmie mowa? Bo dla wielu Burkina Faso kojarzy się przede wszystkim z corocznym Festiwalem Filmowym FESPACO. Ponoć najważniejszym na Czarnym Lądzie. A poza tym tematów na świetny dokument w tym kraju jest bez liku.

Bani – Meczety wcale nie do bani
Niewielka miejscowość. Jeśli ktoś przyśnie w drodze na czwartkowy targ w Gorom Gorom, może nawet jej nie zapamiętać. A byłoby szkoda, bo to być może największa przygoda architektoniczna na tej trasie. A moim zdaniem w całym kraju.
Co prawda, w Burkina Faso najsławniejszą budowlą o znaczeniu międzynarodowym są ruiny dawnego pałacu, twierdzy, więzienia…tak wiele hipotez jest odnośnie tego miejsca, że można się pogubić…w Loropeni. To jedyny zabytek w kraju, który zaszczycił swoją obecnością listę UNESCO.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Sądzę jednak, że to jednak Bani i tamtejsze meczety powodują największy dreszcz emocji, głębię doznań i poczucie niepewności nie tylko dla nas – innowierców, ale też dla prawowiernych muzułmanów. Historia meczetów wcale nie jest odległa. Stąd też może pomijanie ich wśród tych najbardziej nobliwych zabytków architektury Zachodniej Afryki. Powstały niecałe 40 lat temu. Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku niejaki El Hadj Hama Mohamadou Ibn Hamadou odwrócił się plecami od głównego nurtu islamu i założył własną sektę.

Wielki meczet w Bani ma 40 lat, a wygląda jakby miał 400. To jedna z najbardziej osobliwych budowli w Burkina Faso.

Wielki meczet w Bani ma 40 lat, a wygląda jakby miał 400. To jedna z najbardziej osobliwych budowli w Burkina Faso.

Pobudował siedem meczetów. Jeden główny i sześć pomniejszych rozsianych po wzgórzach i skierowanych, nie w stronę Mekki, jak ma to miejsce w całym muzułmańskim świecie, ale… w kierunku największej świątyni lokalnego imama, którego długie nazwisko przytoczyłem powyżej. Jak zawsze największe wrażenie robi główny, największy meczet. Do dziś czynny i stale remontowany. Nic dziwnego, zarówno ten jak i pozostałe wykonano z cegły błotnej i sezonowe prace naprawcze są niezbędne. W wielkim meczecie są one na tyle cykliczne i dokładne, że śmiało można zapuścić się w głąb ogromnej, mrocznej, z lasem przykurzonych kolumn, sali modlitewnej. Bez ryzyka można wejść po nierównych schodach na dach świątyni, skąd roztacza się panorama na wioskę i meczety na wzgórzach. Do tych ostatnich też można zajść. Choć tam trzeba bardziej uważać gdzie się stąpa i czy jakaś cegła, czy belka nie spadnie nam na głowę.
Miejsce niezwykłe i tajemnicze i jedno z nielicznych, gdzie bywają sprawdzane przez miejscową policję, pozwolenia na fotografowanie – w większości wypadków ignorowane, choć oficjalnie, cały czas prawnie wymagane na terenie całego kraju.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

 

Gorom Gorom kontra Tin Akof
Trudno o bardziej sławne miejsce targowe niż Gorom Gorom. Bywa i tak, że nazywa się je największym targiem w Afryce Zachodniej, czasami najbardziej barwnym, innymi razy inspiracją dla wszystkich, którzy poszukują nieznanych barw, zapachów, twarzy… I to wszystko prawda. Gorom Gorom, oczywiście pod warunkiem, że przyjedzie się tutaj w czwartek, zamienia się z sennej osady w rozedrganą materię, w mrowie gestykulujących ciał, składowisko najbardziej tajemniczych produktów, które w tej części świata określa się mianem artykułów pierwszej potrzeby. Czyli bezsprzecznie warto tu zawitać. Najlepiej jednak uczynić to w przeddzień wielkiego targowego spektaklu. Tak, żeby zakosztować zacisznej atmosfery prowincjonalnego miasteczka i mieć poziom odniesienia dla tego wszystkiego co zacznie się dziać nazajutrz. Można zatrzymać się na noc w misji katolickiej. To jedno z najbardziej romantycznych miejsc noclegowych w całym kraju. I jedno z najbardziej spartańskich. Po sąsiedzku znajduje się kościół. Tamtejszy proboszcz był kiedyś w Katowicach. Pewnie stamtąd też przywiózł obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który obecnie wisi w ołtarzu.

Jedna z krewnych wodza wioski Tiebele przed niezwykle zdobną, pokrytą ornamentami chatą.

Jedna z krewnych wodza wioski Tiebele przed niezwykle zdobną, pokrytą ornamentami chatą.

Jest jeszcze jeden powód dla którego należy przybyć w te rejony wcześniej. Otóż 75 kilometrów na północ od Gorom Gorom, niedaleko granicy z Mali, nad rzeką Beli, jednym z dopływów Nigru, przycupnęła na skraju pustyni maleńka osada Tin Akof. Przez wielu uważana jest za jedną z najpiękniejszych wiosek Sahelu. Zamieszkała głównie przez przedstawicieli plemienia kel-Tamashek. My nazywamy ich Tuaregami, albo błękitnymi rycerzami pustyni. W środę można zobaczyć ich tam naprawdę wielu, gdyż właśnie wtedy przybywają z różnych stron, także z Mali i z Nigru na cotygodniowy targ. Znajdziemy tam wielobarwne szaty, srebrną biżuterię, wyroby skórzane i oczywiście dziesiątki kóz i wielbłądów oczekujących w cieniu postrzępionych drzewek nad rzeką Beli. Poza tym mnogość innych, bardziej powszednich towarów. Przede wszystkim jednak spotkamy tam zaciekawione spojrzenia, zdziwione miny, twarze pokryte tatuażami, albo szczelnie owinięte w turbany, nieśmiałe gesty zapoznawcze i szczere uśmiechy po kilku słowach zachęty.
Dzięki temu, że dociera tutaj bardzo niewielu obcokrajowców, mamy wrażenie, choć zapewne na wyrost, że dotykamy czegoś nowego i nieznanego. W żaden sposób nie czujemy się intruzami, raczej podglądaczami rzeczywistości z pełnym przyzwoleniem lokalnej społeczności. Szybko okazuje się, że wizyta w Tin Akof, która miała być niejako zapowiedzią, przedsmakiem, przystawką sławnego, czwartkowego targu w Gorom Gorom, szybko przeradza się w główne danie. I to razem z deserem.

Wioska jak malowanie
Do Tiebele warto przyjechać, choćby dlatego, żeby spędzić tam noc. Dekadę temu przybył tu pewien Francuz z ideami. Zbudował Auberge Kunkolo, hotel złożony z kilku chat mieszkalnych, które architektonicznie nawiązują do tradycyjnych domostw Kraju Kassena. Region ten położony jest tuż przy granicy z Ghaną, na wschód od miasteczka Po. Mówi się, że dawno temu, na początku XVII wieku przybyli tu pierwsi osadnicy. Obecny wódz Tiebele jest potomkiem legendarnego założyciela Kraju Kassena – krainy, która dziś liczy sobie około 100.000 mieszkańców.
Osadę Tiebele niektórzy określają jako muzeum na wolnym powietrzu. Sporo w tym przesady, gdyż większość zabudowań jest zwyczajnych, nie różniących się zbytnio od podobnych w innych częściach kraju. Jest jednak coś co wyróżnia tę wioskę spośród setek innych. To dwór królewski. Miejsce jedyne w swoim rodzaju, pełne chat, podwórek, zaułków. Wszystko dokładnie zaaranżowane, ozdobione, otoczone murem. Taka enklawa dobrego smaku, pogańskich wierzeń i poczucia władzy.
Wolno tam spacerować. Pod warunkiem, że ma się przewodnika i wykupi się odpowiednie pozwolenie. Wówczas można nawet zajrzeć do jednej z chat. A nie jest to proste. Wejścia do domostw są niewielkie, wewnątrz też nie ma zbyt wiele miejsca, a połączenia między poszczególnymi pomieszczeniami tworzą osobliwy labirynt. Wszystko po to by zniechęcić intruzów do penetracji. Lud Kassena bronił się przed najeźdźcami przez wieki. Stąd też dość hermetyczne, nieprzewidywalne wnętrza, brak okien w wielu przypadkach, grube ściany i… malowidła, które miały wróżyć pomyślność i odganiać złe demony.

ZAPRENUMERUJ BEZPŁATNY E-MAGAZYN FOTOGEA.com

Większość chat zbudowana jest z gliny wymieszanej z łajnem i słomą. Pokrywa się je osobliwym tynkiem z dużą zawartością białka z jaj. No i przyozdabia. To wyłącznie domena kobiet. I pewnie dlatego głównym elementem dekoracyjnym są geometryczne wzory symbolizujące kalabasze – naczynia, znajdujące się w kuchni każdej kobiety. Kalabasza może być wszystkim: kubkiem, miską, miednicą, pojemnikiem na masło, nakryciem głowy, sejfem, czy pośmiertnym pomnikiem. Cztery dni po śmierci każdej kobiety kalabasza zostaje rozbita w drobny mak na ścieżce prowadzącej do domu jej rodziców. Taka tradycja. Kalabasza jest symbolem. Stąd też tak wiele zdobień przypominających ten codzienny atrybut każdej gospodyni.

Większość przydrożnych restauracji oferuje proste, nieskomplikowane dania. Głównie ryż z rybą, kurczakiem, warzywami i sosem. Burkina Faso z pewnością kulinarnym rajem nie jest, ale posiłki choć skromne są smaczne.

Większość przydrożnych restauracji oferuje proste, nieskomplikowane dania. Głównie ryż z rybą, kurczakiem, warzywami i sosem. Burkina Faso z pewnością kulinarnym rajem nie jest, ale posiłki choć skromne są smaczne.

Poza tym wiele innych ozdób powinno znaleźć się na fasadach domów. Z tych najważniejszych, to skrzydła nietoperza. Ten zjada komary. Wierzy się, że w domu bez wizerunku nietoperza prędzej, czy później zawita zły duch. Skrzydła krogulca to także cenny ornament. Mówi się, że ów ptak żywi się ludzkim mięsem. Z kolei jego mięsem mogą raczyć się tylko wioskowi szamani. Dla innych byłoby trujące. Czasami na ścianach domów można spotkać wijącego się węża boa. To święte zwierzę ponoć potrafi okiełznać duchy przodków. Nikt nie odważy się go zabić. Na wielu domostwach dworu widać też żółwia. Poza dworem go nie ma. Nic dziwnego żółw to symbol rodziny królewskiej.
To tylko kilka odsłon kraju o inspirującej nazwie. Trzy epizody zaledwie. Trzy miejsca, które śmiało mogłyby posłużyć jako scenografia do filmu. Podobnie inspirujących miejsc w tym kraju o dziwnej nazwie jest więcej. Kraj Lobi, z najbardziej animistycznym nastawieniem w całym kraju, okolice Banfory z wodospadami, dziwnymi tworami geologicznymi i atmosferą wiecznych wakacji. No i stolica Wagadugu, choć tam warto przyjechać w marcu, wtedy kiedy festiwal filmowy nabiera tempa. Dobrze przyjechać wówczas z własnym filmem.

Tekst i zdjęcia: Zbyszek Borys


Artykuł pochodzi z bezpłatnego miesięcznika FotoGeA.com (a w nim wiele innych zdjęć!)

Do zaprenumerowania:
http://www.fotogea.com/?page_id=692

 

To także może ci się spodobać