Fotograf w podróży NAJ

BIRMA – uśmiech na dzień dobry!

Yangon, największe miasto Birmy – niegdyś jej stolica, to miejsce, gdzie stawiają pierwsze kroki turyści przybywający do Związku Myanmar, jak brzmi oficjalna nazwa kraju. Miasto wita nas błękitnym niebem, 30 stopniową temperaturą i wilgotnym powietrzem. Na szczęście autobus, którym zmierzamy do hotelu, nie posiada szyb i zbawienny przeciąg suszy mokre od potu plecy.

Po południowej drzemce regenerującej siły nadwątlone kilkunastogodzinnym lotem z trzema przesiadkami jesteśmy gotowi do spotkania z Birmą. Razem z moim towarzyszem podróży kierujemy się do pobliskiej restauracji. Obserwowani z zaciekawieniem przez stałych bywalców zasiadamy na niskich stołeczkach wokół małego stolika. Czujemy się trochę jak w przedszkolu. Na stoliku termos a obok miska wypełniona wodą, w której tkwią cztery filiżanki. Pomimo tej „oczyszczającej” kąpieli filiżanki noszą znamiona solidnej używalności. Po krótkim wahaniu pragnienie wygrywa z obawami o problemy żołądkowe. Chwytamy filiżanki. W końcu przed wyjazdem wykonaliśmy wszystkie obowiązkowe szczepienia. Otrząsamy z wody wyszczerbione naczynia i wlewamy do nich z termosu… zieloną herbatę o naprawdę wspaniałym smaku. Muszę przyznać, że nigdy w Polsce nie smakował mi ten napój tak wybornie jak tu, w Yangonie. Na stolik dociera już zamówiona wcześniej aromatyczna kawa. Rozleniwieni upałem spokojnie przyglądamy się ulicznemu ruchowi i okolicznym budynkom, które podobnie jak nasze filiżanki noszą ślady zdecydowanego zużycia. Przejeżdżające pojazdy wyglądają, jakby nie chciały kolidować swoim wyglądem z otoczeniem. Mówiąc krótko, większość jest mocno sfatygowana.

Ruszamy w drogę.
Mamy zamiar dotrzeć na piechotę do Shwedagon Paya, największej i najważniejszej świątyni buddyjskiej w kraju. Ot, jakieś pięć kilometrów, maksimum dwie godziny marszu. Wg. przewodnika Lonely Planet świątynia jest widoczna z każdego miejsca w Yangonie, więc nie można się zgubić. Otóż można. Może dlatego, że Shwedagon jednak nie jest widoczny z każdego miejsca. A może dlatego, że gapimy się na wszystko dookoła, a za mało zwracamy uwagę na drogę. Miasto nas fascynuje. Intrygują mężczyźni ubrani w tradycyjne longyi – coś, co przypomina kobiece spódnice, pas materiału owinięty wokół bioder. A może bardziej zaprzątają naszą uwagę kobiety w długich kolorowych spódnicach, poruszające się z wdziękiem pomiędzy licznymi straganami wypełniającymi chodnik i co więcej – uśmiechające się do nas.

Co chwila jesteśmy pozdrawiani i witani uśmiechem. Wystarczy jedno spojrzenie w stronę mijanych przechodniów, aby doświadczyć tych szczerych, przyjaznych gestów. To niesamowite uczucie zaczyna działać na nas jak narkotyk. Wprost chłoniemy energię przechodzących osób, pełną pozytywnych wibracji, zupełnie wyzbytą z agresji. Nie wyczuwam w tych ludziach żadnych negatywnych emocji. Na chwilę próbuję sobie wyobrazić warszawską ulicę pełną uśmiechniętych, łagodnych i pozdrawiających się nawzajem przechodniów. Mój zmęczony upałem mózg poddaje się i odmawia wykonania zadania. Z ochotą wracam do przyjemnej rzeczywistości.

Przed nami strzelista sylwetka świątyni. Mamy szczęście, dzisiejsza pełnia księżyca przyciąga tłumy wyznawców Buddy. Przed wejściem zdejmujemy buty i szerokimi schodami wdrapujemy się w tłoku na górę. Marmurowe stopnie, choć osłonięte dachem, promieniują ciepłem. Porządnie spoceni docieramy na szczyt i zamieramy z zachwytu. Potężna, mieniąca się złotem stupa z błyszczącą iglicą strzelającą wysoko w błękitne niebo, otoczona jest placem wypełnionym skrzącymi się w słońcu mniejszymi stupami, posągami, świątyniami, pawilonami, od których złotego blasku bolą wprost oczy. Z każdą minutą tłum na placu gęstnieje poruszając się spokojnie wokół głównej, największej stupy, kryjącej w swoich fundamentach cenną relikwię – 8 włosów Buddy.
Widząc grupki osób odpoczywających i posilających się na posadzce w cieniu pobliskich pawilonów siadamy, aby trochę odsapnąć. Stąd możemy obserwować barwny korowód wiernych obchodzących wokół stupę i fotografować wszystko, co wpadnie nam w oko. Mój aparat nie wzbudza żadnych protestów. Mogę fotografować do woli. Dla przyzwoitości wolę jednak zapytać o zgodę, ale jedyną odpowiedzią jest szczery uśmiech aprobaty. Taki sam uśmiech zobaczę po wykonaniu zdjęcia i na dodatek usłyszę: „czezube” – dziękuję. Nie wierzę własnym uszom. Dochodzę do wniosku, że tak właśnie wygląda fotograficzny raj!

Nadchodzi wieczór, świątynia zmienia nastrój: na tle ciemniejącego szybko błękitu nieba rozbłyskają światła lamp, reflektorów i tysięcy małych kolorowych żarówek LED, najnowszego hitu oświetleniowego ocierającego się intensywnością kolorów niemalże o kicz. Ale nam to nie przeszkadza. Całkowicie poddajemy się urokowi tego miejsca.

Jest już późno, czas wracać do hotelu. Za bramami świątyni witają nas egipskie ciemności. Miasto, jak i cała Birma, cierpi na deficyt energii elektrycznej. Muszą nam wystarczyć blade światełka latarek na pobliskich straganach i reflektory przejeżdżających samochodów.

Waldemar Sokołowski

To także może ci się spodobać